Czyja władza? Czyja demokracja?

Natalia Kowbasiuk, Aneta Jerska, Marcin Starnawski
27.11.2005

Dziewiętnastego listopada policja pokazała w Poznaniu, co w praktyce oznacza w tym mieście wolność zgromadzeń. Brutalna akcja „sił porządkowych” – pałowanie demonstrantów, szarpanie ich za włosy i za ubrania – postawiła kropkę nad „i” w polityce usuwania mniejszości z życia publicznego przez PiS i PO przy kunktatorskim milczeniu lewicy.

Około godziny 15 rozpoczęła się w Poznaniu demonstracja solidarności z dyskryminowanymi w Polsce mniejszościami: osobami homoseksualnymi, kobietami, ludźmi niepełnosprawnymi, osobami o innym pochodzeniu etnicznym, kolorze skóry, przekonaniach religijnych, ludźmi starymi i biednymi. Cztery dni wcześniej, 15 listopada, Prezydent Poznania zakazał Marszu Równości, powołując się na względy bezpieczeństwa. Decyzję Prezydenta podtrzymał wojewoda. Władze odwołały się do powszechnie dziś w Polsce podnoszonego argumentu: demonstracja miała stwarzać zagrożenie dla życia i mienia osób w znacznych rozmiarach. Zagrożenie stwarzać mieli jednak nie uczestnicy Marszu, lecz ich przeciwnicy. Władze powołały się na wydarzenia sprzed roku, w trakcie których legalna manifestacja została zaatakowana przez grupy kibiców piłkarskich i członków Młodzieży Wszechpolskiej, a policja okazała się w tej sytuacji bezradna. Jednakże zamiast wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do napastników i zastanowienia się, jak nie dopuścić do zawłaszczania ulic przez agresywne bojówki, władze i policja postanowiły zrzucić winę na organizatorów i zakazując manifestacji ukarać ich za to, że zostali w brutalny sposób zaatakowani. Standardy prawa międzynarodowego (między innymi wykładnia prawa stosowana przez Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu) mówią jednak, iż w przypadku kolizji wolności zgromadzeń i wymogów bezpieczeństwa, pierwszeństwo ma ta pierwsza, a obowiązkiem demokratycznych władz i policji jest zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom pokojowych demonstracji.

Nijak przystaje to do rzeczywistości w Polsce. Siły policyjne zgromadzone w Poznaniu z pewnością mogłyby zapewnić skuteczną ochronę demonstrantom. Zamiast tego stały się dla nich źródłem zagrożenia, takim samym, jak bojówki nacjonalistów i chuliganów. Uzbrojone oddziały prewencji, tuziny radiowozów w bocznych ulicach, policja konna, butle z gazem do rozpędzania demonstracji, armatki wodne… Takie „dekoracje” mogły świadczyć tylko o jednym: policja nastawiona była na konfrontację. Zaraz po rozpoczęciu demonstracji uczestnicy z dwóch stron zostali otoczeni kordonem policyjnym, zamknięci na ulicy Półwiejskiej na odcinku około 100 metrów. Tyle miejsca wydzielono w Poznaniu demokracji. Policjanci stali z tarczami skierowanymi w stronę uczestników manifestacji. Domagaliśmy się prawa przejścia. Bezskutecznie. Z drugiej strony kordonu dochodziły do nas skandowania: „Pedały”, „Do gazu”, „Wypierdalać” itp. Zamknięci jak w klatce, zaczęliśmy chodzić w kółko, wykorzystując do maksimum przestrzeń „demokracji”, którą łaskawie wyznaczyła nam policja. Po około godzinie zaczęło się ściemniać, demonstranci zapalili znicze, chcąc w symboliczny sposób „uczcić” śmierć demokracji. Agata Teutsch, jedna z organizatorek, podziękowała wszystkim za przyjście, rozwiązując tym samym manifestację. Wtedy wtargnęła policja. Zaczęła wyrywać pojedyncze osoby z tłumu. Na początek samą Agatę. Demonstranci zastosowali tzw. sitting, taktykę pozbawionej przemocy samoobrony polegającą na tworzeniu „łańcuchów” na siedząco, tak, aby policji trudniej było wyciągać pojedyncze osoby. Manifestanci nie dali jednak rady uzbrojonym w tarcze i hełmy policjantom. Rząd za rzędem, w sposób bardzo brutalny, szarpiąc demonstrantów za kołnierze i za włosy, ciągnąc niektórych manifestujących głową po bruku, policjanci rozprawiali się z nimi. Był to typowy pokaz siły, obliczony na zastraszenie uczestników marszu. Na komisariaty przewieziono w sumie 68 osób, w tym tylko około 10 agresywnych przeciwników Marszu Równości. Manifestantom grożą kary grzywny i więzienia pod zarzutem nieopuszczenia nielegalnego zgromadzenia mimo wezwań policji. Prawdą jest, że policja wzywała do opuszczenia demonstracji. Nie podawała jednak informacji, jak to zrobić, skoro z dwóch stron otaczał nas gęsty kordon.

Nasuwa się wiele pytań. Najbardziej oczywiste są te dotyczące kształtu demokracji w Polsce. To już nie tylko pytania o miejsce mniejszości w życiu publicznym, o pluralizm społeczno­‑obyczajowy czy o neutralność światopoglądową państwa. Od dawna wszak wiadomo, że opiewana i odmieniana przez wszystkie przypadki po 1989 r. w Polsce „demokracja” ma w tych sferach znaczne niedostatki. Przepisy antydyskryminacyjne czy skromne prawa mniejszości (w przypadku mniejszości seksualnych praktycznie nieistniejące) mają w praktyce fasadowy charakter i podlegają nagminnemu łamaniu. Społeczności i jednostki żyjące wedle norm i wartości nieprzystających do konserwatywnego kanonu katolicko­‑mieszczańskiego podlegają demonizowaniu lub marginalizacji w środkach masowego przekazu, wystąpieniach polityków czy w obrębie treści nauczanych w szkołach. Zaś przesiąknięte klerykalizmem wzorce kultury politycznej stały się powszechnie obowiązujące za sprawą uprawomocnienia ich przez działania urzędników państwowych z przedstawicielami najwyższych władz – tak lewicowych, jak i prawicowych – włącznie. Wydarzenia poznańskie nasuwają także pytania bardziej fundamentalne: o prawo do swobodnego wyrażania w przestrzeni publicznej poglądów odwołujących się do założeń liberalno­‑demokratycznego modelu ustrojowego, prawo do zbiorowego prezentowania tych poglądów czy prawo do obywatelskiego sprzeciwu bądź nieposłuszeństwa wobec błędnych czy niesprawiedliwych rozwiązań prawnych lub decyzji władz publicznych różnych szczebli godzących w społeczny interes obywateli. Czy nasilające się w Polsce represje wobec demonstrantów reprezentujących alternatywne względem obowiązującego status quo opcje polityczno­‑ideowe, represje, których poznańska pacyfikacja była przecież jedynie bardziej spektakularnym przykładem, pozwalają jeszcze mówić o państwie demokratycznym i przywoływać wartości konstytucyjne jako wiążący władze i obywateli konsensus? Czy w ogóle pojęcie „obywatela” ma w dzisiejszej Polsce jeszcze jakikolwiek sens, jeśli jego głównym obowiązkiem staje się nieprzeszkadzanie władzy w kreowaniu „zdrowego” ładu społecznego, a prawem – siedzenie cicho?

Ale są też pytania mniej oczywiste, a przez większość komentatorów właściwie nie zadawane. Kim tak naprawdę byli przeciwnicy marszu? Kim są młodzi, agresywni chłopcy, krzyczący faszystowskie hasła? Czy przypadkiem nie są oni ofiarami manipulacji dokonywanej przez cynicznych ciułaczy kapitału politycznego próbujących zbić go na dawno skompromitowanych sloganach „czystości narodowej” czy „zdrowej moralności publicznej”? Patrząc w twarze zakapturzonych młodzieńców, którzy przed demonstracją zbierali się przy Starym Browarze w grupki mające potem wyćwiczonym kibicowskim tonem wygrażać „pedałom”, nietrudno było z nich odczytać ich społeczne pochodzenie. Choć były wśród nich wyjątki, jak na przykład studenci o skrajnie prawicowych poglądach, większość to zapewne uczniowie zawodówek czy „gorszych” gimnazjów, mieszkańcy podupadających ekonomicznie i kulturalnie blokowisk, niewykształceni, nierzadko pełni frustracji z powodu braku perspektyw na pewną i godną pracę oraz życie na przyzwoitym poziomie. Nie wolno łudzić się, że ci „dresiarscy” bojówkarze to jedynie niewielki „wrzód” na zdrowym ciele nowoczesnego i oświeconego społeczeństwa. Są oni bowiem, w swej ignorancji i nietolerancji, wytworem tegoż społeczeństwa, w szczególności jego żenującego poziomu edukacyjnego i daleko posuniętych zaniedbań w kwestii polityki społecznej. I jako tacy stanowią łatwy łup i narzędzie prowadzenia politykierskich gier dla tych, którzy wskazując takiego czy innego „kozła ofiarnego” (wczoraj Żyda, masona i komunistę, a dziś geja, feministkę i euroentuzjastę) zyskują poklask jako demaskatorzy rzekomych źródeł naszych narodowych bolączek. Przede wszystkim zaś są dowodem na istnienie głębokich nierówności klasowych, które nieszczęśliwie przeciwstawiły tych w większości bezrobotnych (lub potencjalnie bezrobotnych) oraz dotkliwie wyzyskiwanych członków społeczeństwa, wyzwolonej młodej inteligencji z kręgów artystyczno­‑akademickich, broniącej praw mniejszości podlegających opresji w innych obszarach (część tej inteligencji stanowią zresztą przedstawiciele mniejszości seksualnych, którzy są tych mniejszości politycznym głosem – rzecz niespotykana w środowiskach robotniczych, wiejskich czy małomiasteczkowych, choć i tam są geje i lesbijki). Niewątpliwie wielkim wyzwaniem na dziś jest dla środowisk lewicowych i wolnościowych przerzucenie pomostu pomiędzy „wykluczoną” młodzieżą z rodzin przegranych w procesie restauracji kapitalizmu, a środowiskami mniejszości dyskryminowanych w życiu publicznym skarlałej polskiej demokracji. Podjęcie tego wyzwania musi wiązać się ze sformułowaniem wielowymiarowego, szerokiego projektu emancypacji społecznej, obejmującego poprawę warunków bytowych i szans zatrudnienia oraz radykalne podniesienie poziomu edukacji humanistycznej, etycznej i obywatelskiej. Bez tego walka z homofobią czy neofaszyzmem pozostawać będzie na poziomie inteligenckich pouczeń i nie przez wszystkich akceptowanych ograniczeń wolności wypowiedzi.

Te spostrzeżenia rodzą z kolei pytania o rolę tych środowisk politycznych i społecznych, które mogły do tej pory mieć potencjalnie największy wpływ na sposób rozwiązywania omawianych problemów. Dlaczego po wydarzeniach w zeszłym roku mająca większość w parlamencie lewica oraz liberalne podobno media zareagowały tak słabo? Czy czują się współwinne tego, co się stało? Ostrożne komentarze dziennikarzy po ubiegłotygodniowych wydarzeniach należy zapewne tłumaczyć wewnątrzredakcyjną cenzurą nakazującą – zwłaszcza mediom publicznym – nie narażać się nowej i groźnie anonsującej się władzy. Jednak wypowiedź lidera SLD Wojciecha Olejniczaka sugerującego, iż rozpędzenie demonstracji było zbyt brutalne (ale nie negującego samego rozpędzenia!), a także odmowa udziału przez młodzieżówkę tej partii w nielegalnym wiecu świadczą o trwającej w szeregach lewicy impotencji w sprawach społeczno­‑obywatelskich, której nie przezwyciężą ostre słowa posła Kalisza potępiające nazistowskie okrzyki wznoszone przez przeciwników Marszu. (W tym kontekście należy uczciwie przyznać, że znacznie bliżej postawy wolnościowej znalazł się umiarkowany konserwatysta Geremek, którego stać było na krytykę działań policji; z kolei działacze Młodego Centrum zjawili się osobiście na Półwiejskiej.)

I wreszcie pytanie o to kim są tzw. „porządni obywatele”, nie mieszający się do polityki, spokojnie robiący zakupy, podczas gdy za oknami centrum handlowego policja szarpie niewinnych ludzi. Czy na tym ma polegać owo osławione „społeczeństwo obywatelskie”? Czytając uzasadnienie Prezydenta Poznania do zakazu Marszu, w którym szczególną troskę przypisano możliwości skorzystania przez mieszkańców z ofert sklepów w godzinach ich otwarcia, można dojść do wniosku, iż handel i konsumpcja stają się wzorcem życia zbiorowego w Polsce. Oparty na tym „wzorcu” wykręt Grobelnego to przykład uśmierzania odruchów społecznych, wykraczających nie tylko poza konserwatywne postawy, ale i kolidujących z dyscyplinującymi mechanizmami konsumerystycznego kapitalizmu. Uśmierzanie to jest tym dotkliwsze, że nie tylko paraliżuje aktywność obywateli, ale i rozbraja ich czujność moralną i wrażliwość na tak elementarne przejawy ludzkiej krzywdy, jak przemoc.

Nazbyt często też wysuwano w ostatnich dniach przewrotny argument, że wiec równości uderzał w zasady demokracji, gdyż stanowił zanegowanie decyzji demokratycznie wybranych władz. Jednocześnie w przekazach medialnych bardzo rzadko można było usłyszeć o pojęciu obywatelskiego nieposłuszeństwa czy o fundamentalnych prawach konstytucyjnych. Porządek publiczny w takim wąskim rozumieniu oznacza ślepe podporządkowanie istniejącym regułom gry. Reguły to chyba odwieczne i naturalne, skoro ich zakwestionowanie – choćby w interesie godności ludzkiej – przychodzi znacznej części komentatorów z takim trudem, a dla wielu jest wręcz niepojęte. A nierzadko jest niepojęte dlatego, że sytuacja nie dotyczy „prawdziwych Polaków” występujących przeciwko autorytarnej władzy komunistycznej, ale „zboczeńców” zaburzających swoimi postulatami, a nawet samą swoją obecnością, ład i harmonię wymarzonej moralnej Rzeczpospolitej.

Podobno jeden z dowódców policyjnych powiedział do swoich podwładnych: „No, chłopaki, wracają stare, dobre czasy”. Poseł Kamiński wyznacza nowe zadanie dla policji: ma stać na straży moralności publicznej. Według posła nie można zmuszać ludzi do oglądania pewnych rzeczy, ani do dyskusji nad pewnymi sprawami. Tymi „pewnymi rzeczami” są osoby, które nie mają tyle „szczęścia”, by być heteroseksualnymi katolikami, najlepiej płci męskiej, jak sam pan poseł. Na razie władza usuwa ich sprzed oczu moralności publicznej dość nieumiejętnie, gdyż dokonuje tego na oczach mediów i całego Poznania. Ale kto wie, może szybko się nauczy robić to bardziej subtelnie? Ciarki przechodzą po plecach.