Dialogi

Leszek Łuczyn
07.12.2003

Eleganckie, czyste i jasne pomieszczenie w kolorach pastelowych, stolik ze szklanym blatem, ergonomiczne krzesła z jasnego drewna, na reprodukcjach olejnych obrazów wazony z kwiatami, wszystko z Ikei; słoneczne popołudnie, wiosna, uchylone okna, a za nimi drzewa, ptaki, odgłosy miejskiego parku; obydwie osoby ubrane na sportowo, w białych tenisówkach, siedzą pod kątem do siebie tak, że mogą się zderzyć stopami gdyby wyprostowali nogi; jedyna znacząca różnica między nimi to włosy? ten który zaczyna łysieje, a drugi ma bujne, kręcące się włosy, przypomina Wodeckiego.

– Tak jak mi tłumaczyłeś myśli to takie elektryczne pętelki, takie puszczane w kółko sample gdzieś w sieci neuronalnej, takie loopy, co pewien czas remiksowane, zgodnie z zegarem taktującym o tych opcjach alfa, beta, theta i co tam jeszcze, no i przemawia to do mnie, ale mi powiedz, jak to wyłączyć, bo się mi czasem jedna taka myśl zakręci jak bączek, co ja chcę ją zresetować, to ona mutuje, jak ten cholerny wirus grypy, i dalej sobie krąży obciążając mi pamięć roboczą, a mam przecież już inne rzeczy na głowie. No więc pytam jak ją wyczyścić?

– Próbowałeś wizualizacji klawisza „delete” umiejscowionego nad jej symbolicznym przedstawieniem i naciskania go?

– Jasne, ale wtedy zostawał mi na ekranie wyobraźni ten cholerny klawisz, jakby w niego przesiąkła wredota myśli, i muszę ci powiedzieć w tajemnicy, że nawet twardy reset nie pomaga, trzeźwieję nad ranem i co widzę jak tylko przymknę oczy? Pierdolony klawisz.

– I kiedy to mija?

– No rozmywa się z czasem, ale wtedy pojawiają się inne, właściwie nie mam odpoczynku.

– Mów dalej.

– Właściwie to nie mam odpoczynku, wyłączą się nowe, powracają stare. Starałem się nie myśleć o niczym, ale wtedy to się dopiero władowałem w szambo, bo się okazało, że pod warstwą w pełni ukształtowanych myśli, takich dobrych, dopiętych figur, jest całe złomowisko ich potencjalnych elementów, taki zrzut na niedorobione kaleki i narządy do przeszczepu, a jak to się pnie do góry! Ledwo spojrzę na jedno, to już wrzeszczy, żeby je uzupełnić.

– Hmm… gdy już nic nie pomaga, warto by jeszcze spróbować mycia naczyń, odkurzania…

– To mi się kojarzy z moją matką, o boże, już czuję zapach jej perfum, widzę te plamy potu pod pachami, i ta kluskowata miękkość ciała…

– Dotykała cię?

– Często, sprawdzała jak jestem ubrany, czy mi się podkoszulka w spodniach nie pozaginała, bo od tego można dostać niedokrwienia i martwicy. Poza tym zawsze się witaliśmy po eskimosku, wiesz, ocierając się nosami, czułem zapach jej ust, taki ciężki, kobiecy, tak wtedy myślałem, że kobiety mówiąc „ach” wydzielają taki swój zapach, że on się bierze z ust.

– I co czułeś?

– Nic. To były tylko wrażenia. Wstydziłem się trochę, czy kumple nie wyczują, czy mi nie zostawiła ciasta na ubraniu albo piany z płynu do mycia naczyń. Myślałem, że to jest normalne. Dopiero, gdy pojechałem z kumplem i jego ojcem na ryby, to dotarło do mnie, że inni mają inaczej.

– Czyli?

– No, jego ojciec pachniał wodą kolońską, palił papierosy, przeklinał, miał szorstkie dłonie i przegryzał robaka zębami. Mnie zemdliło. Gdy chciałem dotknąć jego spodni, takich twardych, dżinsowych, na pośladkach, to popatrzył na mnie z takim niezrozumieniem i zaśmiał się „czego tu szukasz” powiedział.

– Jeśli zrobiłeś z nim coś więcej, wiesz o czym myślę…?

– Nie.

– Czy próbowałeś jeszcze go dotykać?

– Chciałem, ale się nie odważyłem. Łatwiej było z jego synem, a moim kumplem. Przebieraliśmy się w ciuchy jego starego, gdy go nie było w domu. Raz pomogłem mu się rozebrać, i ściągnąłem mu majtki, dotykaliśmy swoich nieopierzonych fiutków, oblewaliśmy się wodą kolońską, byłem szczęśliwy.

– A dziś?

– Dziś też, tylko te zapętlenia, kurde, to może być nawet głupi serek topiony. Myślę sobie: „kup serek topiony”, idę do sklepu, kupuję i myślę sobie po wyjściu „kup serek topiony”, no to zawracam, kupuję, wydają mi resztę, a ja myślę sobie „kup serek topiony”, no to proszę jeszcze jeden, sprzedawca patrzy na mnie dziwnie, robię się czerwony, pocę się, drżą mi ręce, ale kupuję, kupuję, póki mi się kasa nie skończy. Raz wypieprzyli mnie ze sklepu, raz myśleli, że to do ukrytej kamery i zamiast serka dawali mi szynkę, a ja chciałem serek! Właściwie to nie lubię już serków topionych, mam ich pół lodówki. Czy mogę ci zapłacić w serkach topionych?

– Chciałbyś mi zapłacić?

– Tak, chcę ci zapłacić.

– To zapłać.

– Proszę.

– Dzięki. No i…?

– Chcę ci zapłacić.

– No dalej.

– Proszę.

– Dziękuję. O to właśnie chodzi.

* * *

(za jedną z długich półek wielkiej biblioteki, gdzieś między literaturą gruzińską a teologią, szepczą pochyleni)

– Nie mam nic do powiedzenia, co to właściwie oznacza, że nie mam nic do powiedzenia, po czym to rozpoznaję.

– Nie chodzi tu przecież o nie mówienie, mówić mogę, wydawać dźwięki, wypowiadać słowa, formułować zdania, nawet wielokrotnie złożone, manipulować akcentem i sprawiać wrażenie…

– Mieć coś do powiedzenia, mieć coś na składzie, coś w magazynie, gotowe do wysłania, do sprzedania, oczekujące odbiorcy, nie mieć nic to mieć tylko przestrzeń wskazującą na brak czegoś, dzięki niej mogę stwierdzić, że nie mam nic na sprzedaż, jeśli bym jej nie miał nie byłbym sprzedawcą, byłbym niemy. Co spowodowało?

– Coś musisz włożyć by wyjąć coś, lecz nie jest to takie proste, nie ma pewności efektu, no bo straty energii w procesie, tarcie, rozpraszanie się ciepła, entropia…

– Metabolizm informacyjny. Czy istnieje jakaś dieta informacyjna, której stosowanie daje soczyste pakiety danych na wyjściu nie uszkadzając kanałów i przydatków po drodze? Czy istnieje wykaz toksycznych informacji? A lista schorzeń układu przetwarzania? Niestrawność, zaparcia, wrzody, zapalenia, wirusy?

– Czy ten układ zaczyna trawić sam siebie, gdy jest głodzony? Czy ma stałe zapotrzebowanie na pewne rodzaje informacji, coś jak białko, tłuszcze, witaminy, mikroelementy?

– Codziennie garść dotyku, szczypta refleksji i sześć wagonów gapienia się w przestrzeń. Przypomnij sobie, że dane zmysłowe są dla organizmu podstawą dla odmierzania czasu. Regulują nas.

– Najwyższy destylat, ostatnia frakcja to myśl. Synteza syntez.

– Nie co dzień kupujemy platynowe łyżeczki.

– Nie, nie, myśl też jest pokarmem. Uzdatniamy nią środowisko. Być może jak kiedyś sinice nasączające atmosferę tlenem tak my teraz kumulując wysoce złożone informacje, myśli właśnie, stworzymy środowisko dla całkiem nowych organizmów.

– Raczej mentalizmów.

– Z protoplazmy naszych mózgowych wydzielin zrodzi się ciało boga w sieci.

– Zaraz boga!

– Wyższej istoty, jeśli tylko będziemy mieli coś do powiedzenia, może ona jest tym co ma wypowiedzieć cały nasz gatunek, sprężamy się od wieków, gromadzimy w sobie treść, by kiedyś wreszcie WYPOWIEDZIEĆ.

– Na początku było słowo.

– Alfa i omega. Początek i koniec. Cykl kumulacji i rozpadu.

– Lecz coś musiało być przed tym słowem, przed początkiem, coś po drugiej stronie, bo słowo wychodzące z nikąd, pozbawione kontekstu, odniesień, nic nie znaczy, tam musiało być coś, coś podobnego do nas, coś co było glebą dla początku.

– Coś przed metaforą.

– Co mogło być przed metaforą początku???

– Być może rozwiązanie tej zagadki będzie jego paznokciem, złośliwym, szczypiącym pazurem.

– Przed metaforą…

* * *

(w kącie wielkiej biblioteki pod drzwiami z nieprzeźroczystą szybą do magazynu, tuż obok dzieł na Z nieokreślonego, zakurzonego działu, pochyleni szepczą)

– Nie mam nic do powiedzenia, co to właściwie oznacza, że nie mam nic do powiedzenia.

– Powiedzenia, po wiedzenia… coś po wiedzy, powiadasz, podjadasz, żujesz, przetrawiasz. Pusta spiżarnia – pusta gęba.

– A pamiętasz tego, co wiedział, że nic nie wiedział, a gadał?

– Wystarczy jedna mała wiedza, by ruszać szczęką, chleb i woda, przy odrobinie talentu opowieść możesz snuć zda się w nieskończoność, mimo, że kręci się wciąż wokół jednego motywu, jednego pytania, jednego uczucia. Niby mówisz ciągle to samo, ciągle o tym samym, a zawsze jest coś jeszcze do dodania.

– Szczególnie jak się zapomniało początku zdania.

– Może to jest właśnie sens obumierania, by opowieść nie straciła smaku, by nigdy nie była dopełniona, lecz zawsze otwarta.

– Raczej dziurawa, skorodowana.

– Oto oblicze które byś zobaczył na dnie magicznej studni wszechpoznania, jeśliby taka istniała.

– Ależ istnieje!

– Jak to?

– Skoro o niej powiedziałeś. Mówiąc masz przecież zawsze przeświadczenie, że opisujesz coś istniejącego. Nie wyobrażamy sobie nazw bez desygnatów.

– Tak? Jak zatem wygląda desygnat terminu „desygnat”?

– Zbiór bytów świata materialnego i świata idei.

– Czy byty świata idei istnieją?

– Lepiej porzućmy ten tok rozumowania, to nasze umysły płatają nam lingwistycznego figla, gonimy w piętkę.

– O, proszę! Tu właśnie trafiliśmy na trop niekończącej się opowieści.

– Nie wydaje ci się jednak trochę przynudnawa, pusta, jałowa, akademicka i tak dalej?

– Dobra jak każda inna patrząc relatywnie. Jeśli tylko jest w stanie rozpalić twoją wyobraźnię ciągnij ją dalej.

– Ale po co? Nadal nie czuję, żebym miał coś do powiedzenia w tym, czy w jakimkolwiek innym temacie.

– Zanim zaczniesz, lub nie, w każdym bądź razie myślę sobie, że warto, tak, warto, bez względu na to czy sam zostaniesz bajarzem, czy filozofem, że naprawdę…

– Trochę przydługawy ten wstęp…

– Czasami lubię posłuchać samego brzmienia słów.

– Gdy ludzie zabijają czas rozmową to może o to im chodzi, o miłe uchu brzmienie ludzkiego głosu, szczególnie własnego głosu… to jak napinanie mięśni w szatni przed wuefem… jak muzykowanie…

– Może, może… no więc chodziło mi o to, że warto zacząć od słuchania, taka jest tradycja, że najpierw słuchasz opowieści wokół jakiegoś wątku, wciągasz się, odkrywasz jego wieloznaczność, i jesteś gotów by opowiadać go samemu, na swoją modłę.

– No dobrze, ale po co?

– Ha! To dopiero przedni wątek, naprawdę wieloznaczny. Napomknę tylko, że swym pytaniem zakładasz, że znajomość celu jest czymś istotnym dla czynności mówienia, że zawsze mówi się w jakimś celu, codzienna praktyka bezwzględnie narzuca nam to założenie. Wyobraź sobie jednak białe ciałko krwi zapytujące się o cel swej tułaczki po tętnicach i żyłach. Zawsze czynimy znacznie więcej niż to co myślimy, że robimy. Nieświadomość pszczoły wcale nie sprawia uszczerbku na skuteczności jej działań. Możesz z powodzeniem snuć opowieść dla samego snucia opowieści, lecz nigdy nie będzie to snucie dla snucia.

– Czy trucie dla trucia.

– Właśnie. Możesz stworzyć dla swej przyjemności parę uzasadnień, coś o rezonansie, coś o jaskini, świetle i cieniach, coś o archetypach, czy odkrywaniu ukrytego, coś o napinaniu mięśnia, coś o żywym systemie symboli, dla którego jesteśmy środowiskiem, cokolwiek, ale równie dobrze możesz nie zaprzątać sobie tym głowy i skupić się jedynie na swym wątku, oczywiście jeśli tylko powyższe właśnie nim nie jest.

– Zatem po raz kolejny wiem, że nic nie wiem.

– I to już wystarczy.