W czyim dobrym interesie?

Leszek Łuczyn
18.01.2005

Język to piękna rzecz. Nazywamy coś inaczej – i ulegamy złudzeniu, że to coś też się zmienia, że to już coś zupełnie innego. Kto by dzisiaj nie przyklasnął antykolonializmowi? Ale, ale – można by rzec – przecież kolonii już nie ma! Tak piszą w podręcznikach!

Otóż są. To, co kiedyś było zwane kolonializmem, dziś nazywa się globalizacją. Dziś CEO znaczy więcej niż generał. Słowem, to, co kryje się pod nazwą „globalizm”, nie pojawiło się wczoraj. Owszem, nazwa jest świeża, ale proces, który etykietuje, działał i za czasów Imperium Rzymskiego, i wcześniej. Chodzi o handel na wieeeeelką skalę. Ilustruje to cel strategiczny firmy Coca­‑Cola: nasz produkt o pięć minut od każdego mieszkańca Ziemi. Serio – taki mają cel. Rozejrzyjcie się wokół, powspominajcie i zobaczycie, że nieźle im to wychodzi. Jak daleko jesteś teraz od Coli?

Nawet na Grenlandii człowiek ma ochotę czasem się napić i, jeśli tylko uda się sprawić, by pod każdą szerokością geograficzną ludzie mieli w głowie skojarzenie „pragnienie=cola”, to niewyobrażalna ilość kupujących zrzuci się na potęgę firmy rozlewającej wciąż tę samą barwioną wodę z cukrem, kofeiną i bąbelkami.

Koncentracja kapitału w rękach ponadnarodowych koncernów, które chcą kontrolować handel danym towarem na coraz większym obszarze, odbywa się jednak czyimś kosztem. Kosztem „tanich surowców” i „taniej siły roboczej”. To, co obecnie nazywamy globalizacją, to taki porządek świata, który wymaga istnienia krajów „konsumentów” i krajów „zasobów”. Jest to ułożone w pewną hierarchię – są kraje będące dla jednych „konsumentem”, ale dla drugich „zasobem”. Są, siła rzeczy, miejsca na dnie tej hierarchii i na szczycie. Nie mogą być wszyscy równi, to by się nie opłacało. Rynek, by działać, musi być spolaryzowany na tych, którzy tanio pracują i na tych, którzy mają dużą siłę nabywczą. Same różnice w zasobach (wysyłanie karawany z jedwabiem tam, gdzie jedwabiu nie ma) nie dadzą takich korzyści, jak różnicowanie kosztów pracy. To powoduje ruch, a procent od tego przepływu dóbr jest zyskiem w handlu. Co by to było, gdyby Chińczyk czy Polak chciał za pracę tyle, co Szwajcar (choć niejednokrotnie wykonują przecież tyle samo pracy!). Wtedy handel światowy by się nie opłacał i globalizacja by „nie wyszła”. Kto jest na dnie? Republiki bananowe i im podobne, gdzie de facto rządzą „zachodnie” koncerny (Shell w Afryce ma własną policję czy też armię). Kto na szczycie? No? USA i UE. Stany Zjednoczone konsumują na skalę masową i bezkonkurencyjną zarówno na przykład produkty spożywcze (ponad połowa żywności wyprodukowanej rocznie na całym świecie jest zużywana w USA; piszę „zużywana”, bo rząd płaci farmerom za niszczenie plonów. Podobnie jest w UE i Norwegii), jak i potencjał ludzki – drenując z ludzi wykształconych resztę świata. Born to consume!

Czy antyglobaliści (czy też poprawniej alterglobaliści) są naiwni? Czy na globalizację nie mamy wpływu? Cóż, jest pewien sposób znany dobrze wszystkim pasterzom. W obliczu stada owiec nie należy tracić wiary tylko dlatego, że jest się solo i ma się do dyspozycji jedynie szczekającego psa. Trzeba być autorytetem, którego gesty są przyjmowane jako wskazówki, co ze sobą zrobić. Ludzie nie są bez wpływu na rynek – przecież stado pojedynczych konsumentów, w tym ja i ty, każdą wydaną monetą buduje potęgę firm lub odmową zakupu posyła je w niebyt. A w swych decyzjach kierujemy się gestami autorytetu. Nie urodziliśmy się z wiedzą, że „pragnienie=cola”. Wpływowa część stada uwierzyła na przykład reklamom, a reszta instynktownie się upodabnia. Wszystko zaczyna się jednak od sugestywnie podanej informacji, co należy robić.

Informacja to potęga. Nie jest przesadą stwierdzenie, że ludzie na ogół nie wiedzą, na jakim świecie żyją, i nie wydają się być tą wiedzą zainteresowani. Z oszczędności energii własnej mkniemy od narodzin po grób na „autopilocie”. A jednak zdarzają się w „statystycznym” postrzeganiu świata dramatyczne zmiany. Ktoś zasugerował kiedyś chłopom, że stan chłopski nie jest dany im z natury, nie jest wyrazem niepodważalnej woli Boga – i nie ma już „stanu chłopskiego”.

Alterglobaliści wybudzają nas właśnie z kolejnej iluzji, konserwującej zbyt szkodliwe sfery wpływów, sfery o znacznie szerszym zasięgu niż średniowieczne „stany”. Dziś bezrefleksyjnie przyjmujemy takie założenia jak: postęp jest dobry, kraje dzielą się na rozwijające się, gdzie postęp sprawia, że każdy ma coraz więcej dóbr, i na kraje, gdzie z niejasnych przyczyn postęp nie występuje, ale mógłby. Te kraje znajdują się jednak na dwóch stronach tej samej huśtawki! I tego już widzieć nie chcemy. Potęga jednych budowana jest na nędzy drugich. Nie da się zmotoryzować Chin w stopniu takim, jak „kraje rozwinięte”, to jest fizycznie niemożliwe – nie starczyłoby benzyny ani gazu. Chinom przypada rola rezerwuaru taniej siły roboczej (i tanich organów na przeszczepy) uzbrojonego w zasobną kastę dozorców.

Gdy jedni się bogacą – drudzy biednieją. Zasoby świata to nie worek bez dna. Gdy jeden weźmie więcej, drugiemu zostanie mniej, a nadwyżki, wynikające z zastosowania nowych technologii, zżera chciwość i tykająca bomba demograficzna. Zarażeni chciwością bogaczy biedacy podłożą w końcu ogień pod pałace. Wszyscy więc możemy się pewnego dnia obudzić z ręką w nocniku.

Wielkie koncerny chcą od społeczeństw Zachodu głównie tego, by chciały i kupowały one coraz więcej, by stanowiły dobry rynek. Pielęgnują wzrost potrzeb, pochwalają awanse i dogadzanie sobie na wszelkie możliwe sposoby. Z drugiej strony werbują hordy biedaków i pożerają środowisko naturalne. Czy myślicie, że ktoś w Coca­‑Coli, GM czy koncernach zbrojeniowych myśli o czymś więcej niż o sprzedaży i kształtowaniu rynku? Czy myślicie, że sterowanie globalne społeczeństwami z takim nastawieniem jest dla nas dobre i bezpieczne?

Ja tak nie myślę. I chętnie bym rzucił trochę piasku w te tryby. Nie chcę skończyć jako jeden z milionów lemingów skaczących w przepaść, w pogoni za rajem na Ziemi, zaprojektowanym przez magików od reklamy i marketingu. To nie są moje autorytety.

Tekst pochodzi z: „Recykling Idei”, 2004, nr 1.