Władza Boga

Leszek Łuczyn
03.10.2005

Wizerunek Boga zmienia się na przestrzeni czasu, ewoluuje wraz z ogółem kultury Jego wyznawców. Zakłada się, że za tym wizerunkiem kryje się byt niezmienny, przedwieczny, wszechwładny, niedostępny naszemu doczesnemu poznaniu. To założenie jest agnostyczne, sprzeczne z nauczaniem na przykład Kościoła katolickiego. Są i tacy, co oglądali, lub wciąż oglądają, tu, na Ziemi, Boga twarzą w twarz. Rozmawiają z Nim (biblijny Enoch), malują Jemu portrety (św. Faustyna), spisują słowa (obecnie na przykład Vassula Ryden). Można w to wierzyć, można nie wierzyć. Istnienie wizerunku Boga w umysłach ludzi jest zaś faktem bezspornym.

Przyjrzyjmy się jednemu z aspektów wizerunku Boga: typowi władzy, którą sprawuje nad ludźmi i światem.

Władza Matki

Porównując pisma budujące wizerunek Boga z kontekstem historycznym ich powstania łatwo dostrzec, że władza Boga na przestrzeni wieków przybierała różne formy. Na pierwszy plan wybijało się w niej odbicie aktualnego modelu rodziny i społeczności, a konkretnie stosunki władzy na tych dwóch płaszczyznach. W katolicyzmie odbiciem żeńskiego typu władzy w ramach rodziny stała się Maryja – uzdrawiająca, opiekująca się słabymi, zatroskana, mogąca wyprosić coś u bardziej odległego Ojca. We władanie Maryi, jako królowej, oddał Polskę król Jan Kazimierz w 1656, w niecały rok po tym, jak protestanckie wojska szwedzkie poniosły klęskę pod Jasną Górą. Maryja dodaje otuchy w trudnych chwilach i stale czuwa nad swym „przybranym dzieckiem”, któremu króluje, czyli Polską. Podkreśla się również jej bezwzględne poświęcenie, które było wysoko cenione również u kobiet w modelu rodzinnym popularnym w okresie, gdy wizerunek Maryi kształtował się i krzepł. Nazywanie Maryi „królową” może wydać się dziś anachronizmem, lecz w całej Polsce wciąż żywym jest święto, obchodzone 3­‑go maja przez wszystkich katolików, święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski.

Władza Natury

Sięgając ku początkom monoteizmu znajdujemy zupełnie odmienny wizerunek Boga: El­‑Szaddaj, który przemówił do Abrahama. W tych odległych czasach, gdy klan mitycznego Abrahama opuścił kwitnący Babilon, by szukać nowej ojczyzny, jednym z głównych bóstw babilońskich był właśnie El, najsroższy spośród nich, żądający ofiar z dzieci, w pozytywnym swym aspekcie będący źródłem wszelkiego dobra. El uosabiał władzę natury nad człowiekiem, która przeważała nad wszelką władzą polityczną. Ówcześni władcy mogli liczyć na, co najwyżej, przychylność bóstwa, wobec którego byli równie mali, co reszta ludzi. Dodanie do imienia El przydomku Szaddaj, oznaczającego „wszechmocny”, podkreśla prymat tego bóstwa i czyni go Bogiem Jedynym. Takiego właśnie wybrał sobie Abraham. Symbolem El’a jest byk, zastępczą ofiarą, zamiast dzieci, stały się małe cielęta lub jagnięta. Utożsamienie Boga Jedynego z bykiem zostało zarzucone i było zwalczane od czasów mitycznego Mojżesza, z racji tego, że wiele okolicznych ludów czciło byka­‑El’a pod imieniem Baal’a na starą, pogańską modłę, jako jedno z wielu bóstw.

Władza Człowieka

Mojżeszowi, zgodnie z biblijnym przekazem, Bóg po raz pierwszy wyjawił swe prawdziwe imię – JHWH – imię zbyt święte, by można było je wypowiadać, zaszyfrowane w tetragramie. W tamtych wiekach, w Egipcie, faraonowie już byli uznawani za równych bogom, dokonano również pierwszego „eksperymentu” z monoteizmem (kult Atona związany z faraonem Echnatonem, XIV w. p.n.e.). Władza polityczna wyszła na pierwszy plan przed siłami natury. Nośnikiem „boskości” stał się człowiek, stąd też – Naród Wybrany.

Poza władzą – poza władzy

W pierwszym wieku p.n.e. oczekiwany mesjasz miał być tym, który, pochodząc z królewskiego rodu dawidowego, podniesie Izrael z upadku, zrzuci jarzmo najeźdźców. Mesjasz miał stać się dosłownie królem, czyli realnym zagrożeniem dla istniejącej, skorumpowanej władzy, kolaborującej z Rzymianami. Jeden z wielu proroków I­‑go wieku n.e., Jeszua z Nazaretu, okazał się być kimś więcej – niósł zapowiedź kresu całemu światu i możliwość wyzwolenia całkowitego wszystkim ludziom. Wpisał się tym samym w kiełkujący wśród synagogalnych żydów diaspory prozelityzm (występujący przede wszystkim wśród zhellenizowanych żydów, z centrum oddziaływania w Aleksandrii, którego ślady to na przykład greckie tłumaczenie Biblii – Septuaginta powstała w III­‑I w. p.n.e.; oraz dzieła Filona z Aleksandrii, współczesnego Jezusowi), a Jego uczniowie, szczególnie Paweł, przełamali ograniczenia judaizmu (nawracani poganie zostali zwolnieni od Prawa Mojżeszowego), tworząc w praktyce nową wiarę. Historia śmierci i zmartwychwstania Jezusa idealnie pasowała do szerzących się na terenie Cesarstwa Rzymskiego kultów misteryjnych ku czci Ozyrysa, Adonisa, czy Ottysa – bóstw, które cierpią, giną i zmartwychwstają, niosąc pokrzepienie swym wyznawcom. Wśród światłych politeistów istniał również grunt pod monoteizm – Logos stoicyzmu, niezależność bóstwa od lokalizacji i „jeden byt duchowy” postulowane na przykład przez Plutarcha.

Korzenie wizerunku Jezusa­‑Króla są więc polityczne, gdy był oczekiwanym mesjaszem­‑królem, lecz Jego pierwsze zaistnienie w powszechnej świadomości miało przede wszystkim głębszy, egzystencjalny wymiar. Chrześcijaństwo u swych początków istniało w radykalnym odcięciu od instytucji politycznych żydów czy pogan, nie tworząc też własnych. Cały świat miał przecież rychło przeminąć. Dopiero „upaństwowienie” chrześcijaństwa przez cesarza Konstantyna Wielkiego w IV­‑tym wieku dodało elementy polityczne do wizerunku „bezpaństwowego” w pierwszych wiekach Boga chrześcijan. Stał się władcą absolutnym, nadającym tytuły i dobra, pod którego fizyczną nieobecność rządzi jego najwyższy namiestnik – zależnie od regionu i okresu był to papież, patriarcha, cesarz lub car.

Władza Ojca

W chwili obecnej najintensywniej podkreślanym aspektem chrześcijańskiego Boga, w różnych wyznaniach, jest miłość. Bóg sprawuje władzę niczym rodzic, dyscyplinując swe dzieci wycofaniem miłości połączonym z wyrzutami sumienia. Jest dobrym rodzicem, nie zamyka w ciemnej komórce i nie każe klęczeć na grochu. Jest rodzicem wyrozumiałym, pozwala swoim dzieciom bawić się z innymi dziećmi, nie zachęca do ich bicia i nieustannie zaprasza do siebie nawet skończonych łobuzów. Jeszcze do niedawna w wizerunku chrześcijańskiego Boga odbijał się inny typ rodzicielstwa – ten typ, którego ekstremum dominowało w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku, zwane „pruskim drylem”. Wtedy Bóg był przede wszystkim silny, sprawiedliwy i surowy, dzieci dyscyplinował karami cielesnymi. Był również porywczy i nietolerancyjny, obcych traktował z podejrzliwością, usprawiedliwiał bijatyki na podwórku między swoimi dziećmi, a innymi dziećmi, a nawet im kibicował. Istnieje hipoteza, że właśnie ten model wychowawczy sprzyjał późniejszemu zwróceniu się społeczeństwa niemieckiego w stronę surowego, ale „sprawiedliwego” i silnego Adolfa Hitlera. Wizerunek Boga „miłującego” zyskał popularność po II­‑giej wojnie światowej.

Nieuchronna zmiana?

Aspekt polityczny wizerunku Boga nie jest tak elastyczny jak aspekt rodzinny. Dlaczego? Na pierwszy rzut oka widzimy, że „polityczna” rola Boga w pismach kształtujących Jego wizerunek opiera się przede wszystkim na rzeczownikach, słowach określających stanowisko, jak „król”, „władca”, „pasterz”, a w nich zakodowana jest jednoznaczna koncepcja władzy. Nie ma Boga „managera”, „rektora”, czy „prezydenta”. W słowniku budującym wizerunek Boga brak terminów post­‑monarchicznych, Bóg nie ma demokratycznego, czy (o zgrozo!) socjalistycznego lub anarchistycznego kontekstu. Jego „detronizacja” wydaje się nie do pomyślenia, chętniej postulowano Jego śmierć lub nieobecność. Napięcie na linii Bóg „monarcha” kontra „zbuntowany sługa” do złudzenia przypomina freudowską fazę edypalną w rozwoju dziecka – wtedy również, nim zaświta szansa partnerstwa, jedynym sposobem na wyzwolenie spod tyranii ojca wydaje się jego uśmiercenie, choćby w sercu.

Polityczny aspekt wizerunku Boga wciąż pasuje do quasi­‑monarchicznej struktury Cerkwi Prawosławnej czy Kościoła Katolickiego. Rola patriarchy była od zawsze głęboko związana z władzą, stanowił on prawą rękę wpierw cesarza wschodniego, a następnie carów, zaś „bliźniacze” stanowisko papieża jest swego rodzaju kontynuacją pozycji cesarza rzymskiego – po nim zresztą papież odziedziczył jeden ze swych tytułów: Pontifex Maximus; i cesarzowi, na podstawie fałszywej „Donacji Konstantyna” z VIII­‑go wieku, „zawdzięczał” swą ziemską potęgę: Państwo Kościelne i roszczenia do absolutnego prymatu nad światem chrześcijańskim. W tytułach takich jak „cesarz”, „król”, „patriarcha” bądź „papież” podstawą ich znaczenia jest określona koncepcja władzy.

Inaczej ma się sprawa z rodzinnym aspektem wizerunku Boga – jego elastyczność ma swe źródło w przymiotnikach, które możemy dodać do słowa „Ojciec”: sprawiedliwy, surowy, silny, dobry, wybaczający, kochający… Nasza relacja z ojcem może ewoluować od całkowitego poddania się jego woli przez małe dziecko ku dojrzałemu partnerstwu dwojga równych sobie dorosłych. Być może z tego właśnie względu w kontekście demokratycznym, w kulturze promującej rozwój i samorealizację, najbardziej trafiającym do szerokiej rzeszy wyznawców, najbardziej intensywnie kształtowanym, jest „rodzinny” aspekt Boga. Bóg – Król, a już szczególnie starotestamentowy Bóg – Despota, staje się coraz bardziej odległy od naszej codzienności. Co więcej, wiele protestanckich kościołów chrześcijańskich w dużym stopniu zdemokratyzowało swoją strukturę, dopuszczając nawet, praktykowaną przez pierwszych chrześcijan, możliwość wyboru i odwołania pastora przez wszystkich wiernych danej gminy (duński Folkekirke). Ekstremalnym zda się przykładem zderzenia współczesnej kultury z odziedziczonym po wiekach patriarchatu wizerunkiem Boga jest Jego płeć. Wiemy, że sam Bóg nie jest ani mężczyzną, ani kobietą. Jego wizerunek jest jednak męski. Co zrobić z tym fantem w wieku, gdy równouprawnienie płci jest „towarem eksportowym” zachodniej kultury i jednym z podstawowych jej wyróżników? Posuwanie się do zabiegów w duchu „politycznej poprawności” i odgórne pozbawienie wizerunku Boga płci nie wydaje się dobrym rozwiązaniem… Odpowiedź zapewne pojawi się z czasem sama wśród Jego wyznawców i, być może, „wyjdzie z mody” nazywanie Boga ojcem. Do zmiany „płciowego” aspektu wizerunku Boga wydatnie mogą się przyczynić kobiety pełniące role kapłańskie, coraz częściej spotykane w Kościołach protestanckich. Wśród muzułmanów w USA również pojawił się pierwiosnek kobiecego kapłaństwa – w marcu 2005 jako pierwsza kobieta w historii islamu modły poprowadziła dr Amina Wadud.

Przekroczyć próg władzy

Czy polityczny aspekt wizerunku Boga może się w jakikolwiek sposób zmienić pod wpływem demokratycznego kontekstu? A może, po prostu – zaniknie, i Bóg stanie ponad polityką. Starania Kościoła Katolickiego, które podejmował od czasu upadku europejskich monarchii i „wykradzenia” mu troski o biednych przez socjalizm, by utrzymać przy życiu polityczny aspekt wizerunku Boga, wydają się nie przynosić zachęcających rezultatów. Praktycznie jedynym „władcą”, który na serio odniósł się do Społecznej Nauki Kościoła, był hiszpański dyktator Franko, a Społeczna Nauka Kościoła miała być właśnie odpowiedzią na zeświecczenie polityki – faktyczne „wyproszenie” z niej Boga. Autorytety duchowe stają się coraz bardziej rzecznikami pewnej koncepcji człowieka, a nie polityki, co znalazło odbicie na przykład w pierwszej encyklice Jana Pawła II­‑go „Redemptor Hominis” z 1979­‑go roku. Również europejskie partie chadeckie nie dodały wizerunkowi „politycznego” Boga specjalnego splendoru, delikatnie mówiąc. Z Polskiego podwórka wystarczy wspomnieć LPR, partię skupiającą tych, którym wciąż bliski jest wizerunek Boga surowego, będącego blisko politycznej władzy sprawowanej siłą. Są echem, które nieuchronnie przemija.

Różne wizerunki

Tak jest, i tak zapewne było zawsze – różni ludzie mogą formalnie wyznawać tego samego Boga, kultywując w sobie zupełnie rozbieżne Jego wizerunki. W postronnym obserwatorze, który przyjmie jeden z wizerunków Boga za obowiązujący dla całego wyznania, ta sytuacja może prowokować oskarżenia o hipokryzję wobec nie podzielających tego wizerunku przedstawicieli tegoż wyznania. Owszem, w każdej grupie społecznej znajdziemy pewien odsetek rzeczywistych hipokrytów, osobników makiawelicznych, którzy, jeśli nawet posiadają jakikolwiek wizerunek Boga, to… jest on zapewne nader specyficzny. Wiele oskarżeń o hipokryzję i „zdradę wiary” bierze się jednak z różnic w wizerunku Boga, które rzadko bywają uświadomione. Bóg z zasady jest jeden i jedną objawił ścieżkę, więc poddanie refleksji różnic w Jego wizerunku nie jest tym, do czego przeciętny wyznawca czułby się zobligowany, a wręcz przeciwnie. Na ogół chcemy wierzyć, że nasz wizerunek Boga podzielają wszyscy inni, że mówimy o tym samym, że mamy ten sam punkt odniesienia. Również ateiści stosują podobne uproszczenie, zakładając, że wizerunek Boga u pana X i u pana Y jest ten sam, skoro przynależą do tego samego wyznania, i że wobec tego Bóg powinien ich zobowiązywać do podobnych zachowań w odniesieniu do tych samych wartości. Tymczasem osoba posiadająca wizerunek Boga surowego i sprawiedliwego będzie różnić się w swym postępowaniu zasadniczo od osoby, która posiada wizerunek Boga miłującego i wybaczającego. Nasze zachowania warunkuje nie sam Bóg, lecz Jego wizerunek, który przyjęliśmy za swój.

Bóg – demokrata?

Rastafarianizm, będący kolejną po judaizmie, chrześcijaństwie, islamie czy sikhizmie „religią Księgi”, wyrastającą z korzenia Abrahama, jest bardzo specyficzną odmianą wiary w Boga. Można śmiało stwierdzić, że swą niezwykłą elastyczność zawdzięcza skocznej muzyce reggae, prostym postulatom i… niedojrzałości koncepcyjnej. Głosicielami rastafarianizmu w Europie są przede wszystkim ludzie młodzi, którzy chętniej napiszą piosenkę, niż rozprawę teologiczną. I nie razi, gdy warszawska kapela reggae śpiewa „JAH jest prezydentem, JAH jest kierownikiem, JAH jest trenerem, ja jestem jego zawodnikiem”.. Czy moglibyśmy z równą śmiałością nazwać Jezusa, JHWH bądź Allaha „prezydentem”, „kierownikiem” lub „trenerem”? Przecież są to role na wskroś współczesne i… wybieralne. Sama wybieralność leży u podstaw europejskiego rastafarianizmu, gdyż jest to wiara, którą zwykle właśnie się wybiera, nie rodzi się w niej, nie dziedziczy, i można ją swobodnie odrzucić, bez przykrych konsekwencji. Bóg w roli prezydenta jest kimś, z kim jesteśmy w relacji współpracy, a nie służby. Ponadto dzisiejszy „zawodnik” może jutro sam zostać „trenerem”! A to jest już koncepcja z zupełnie innego, buddyjskiego podwórka… czyli granice wiary opartej na tak „uwspółcześnionym” wizerunku Boga stają się bardziej nieostre, otwarte na synkretyzm.

Istnieje zatem sposób dopasowania wizerunku Boga do kontekstu demokratycznego, a nawet, co najmniej, trzy sposoby: uczynienie z Boga demokraty, partnera; przemiana Boga w uniwersalną syntezę „nadprzyrodzoności” (pod hasłem „wszystkie religie mówią o tym samym różnymi językami, a człowiek może między nimi wybierać lub spajać ze sobą”) lub postawienie Boga ponad polityką, co ma swoją tradycję.

Spróbujmy na koniec wyobrazić sobie wizerunek Boga korespondujący z kontekstem anarchistycznym… czy byłby to cichy, nie narzucający się „spiritus movens” społeczności? Stróż „karmicznej” zasady „za dobro nagroda, za złe kara”? A może Bóg­‑Synteza, dopuszczający dowolne formy kultu, czy wręcz rytualny politeizm? Albo, w duchu tołstojowkiego anarchizmu, źródło duchowej siły umożliwiające ludziom całkowite wyrzeczenie się przemocy, nawet w obliczu agresorów? Ciekawe, które z aspektów Boga wysunęłyby się wtedy na pierwsze miejsce w Jego wizerunku…

Post scriptum

Oświecenie przyniosło wiarę w nieuchronny tryumf „rozumu” nad „mitem”. Wiara ta miała tak dużą siłę oddziaływania, że praktycznie zdominowała duchowość cywilizacji zachodniej i na przykład wartość Objawienia zawartego w Biblii zaczęto weryfikować w sposób naukowy. Udowodnienie przez archeologów, że Exodus (ucieczka żydów z Egiptu pod przewodnictwem Mojżesza) miał faktycznie miejsce, i to w sposób opisany w Biblii, stało się dla wielu „być albo nie być” religii. Specyficznie chrześcijańskim przypadkiem zastosowania naukowych narzędzi do „weryfikacji” wiary jest całun turyński. Współcześnie także cuda muszą być zaopiniowane przez grono naukowców, by zostały uznane przez Watykan. Co więcej, nawet najbardziej radykalni „obrońcy religii” przyjmują naukowe kryteria obiektywnej prawdy, jako własne – mam na myśli kreacjonistów, którzy upierają się, że historia stworzenia opisana w Biblii jest „naukowo właściwa”. Porzucono symboliczny wymiar religii na rzecz „racjonalnej” dosłowności.

Druga połowa XX­‑go wieku stała się jednakże świadkiem odrodzenia „myślenia religijnego” zrywającego więzy „radykalnego” racjonalizmu (głoszącego, że Rozum jest jedynym kluczem do poznania), zarówno w obrębie tradycyjnych religii (żydowska kabała, chrześcijańskie ruchy charyzmatyczne, wspólnoty w rodzaju Taizé, Emmanuel, Arka, Wiara i Światło), jak i poza nimi, w postaci rozmytego ruchu New Age i żywego zainteresowania religiami wschodu. Racjonalizm okazał się nie być receptą dobrą na wszystko dla wszystkich. Rozum nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć, i gdy to, czego nie ogarnia, budzi w nas niepokój, odpowiedzią staje się właśnie „irracjonalna” wiara, która, podobnie do poezji, nadaje sens temu, co ukryte, podświadome, niewytłumaczalne. Bez względu na system polityczny i upowszechnianie wiedzy naukowej, „myślenie religijne”, czy też mythos niezależny od logos, od poznania racjonalnego, znajdzie wśród części ludzi posłuch. Może przybrać formy rozwijające judaistyczny monoteizm, może się przejawić w nawiązaniach do innych tradycji duchowych lub ich syntezy, lecz nic nie wskazuje na to, by ów mythos mógł całkowicie zaniknąć. Rozum jest cenny, lecz rozum nie jest wszystkim.

Polecane książki w temacie:

Karen Armstrong, Historia Boga

Marcel Simon, Cywilizacja wczesnego chrześcijaństwa

Mircea Eliade, Historia wierzeń i idei religijnych