Odzyskiwanie władzy

Esteban Magnani
19.02.2004

W ostatnich latach Argentyna zaistniała w serwisach informacyjnych głównego nurtu, oglądanych przez widzów na całym świecie. Przedtem była tylko miejscem urodzin piłkarskiej legendy Diego Maradony, ale jeszcze przed końcem 2001 roku flagę Argentyny oglądano nie tylko na koszulkach sportowców tego kraju, ale także na płonących ulicach, niesioną przez tłukących w garnki i patelnie reprezentantów klasy średniej. To obraz, który CNN nadawało bez końca.

Inni postrzegali Argentynę jako zwiastun tego, co czeka za neoliberalnym klifem. Powód był prosty. Na gruzach systemu – wymieszanych z trupami obywateli – zaczęły wyrastać nowe idee, a burżuazja uświadomiła sobie (inne klasy doszły do tego wcześniej), że same narzekania nie wystarczą: nadszedł czas, aby zabrać się do intensywnej pracy. Więcej: gdybyśmy my, Argentyńczycy, dalej pozwolili marionetkom decydować o naszej przyszłości, wynik byłby tak samo nieszczęśliwy, jak sytuacja, na którą narzekaliśmy od dawna.

Koniec roku 2001 to był dziwny okres. Do tej pory czymś normalnym było, że na ulicach w całym kraju narzekali „inni”, biedni. Ale tym razem to była klasa średnia. Ci, którzy jeździli samochodami, rzucali teraz jajkami w drzwi banków, na przeciwko stojących przed nimi w milczeniu policjantów. Z chaosu i zniszczenia kwestionującego wszystko, powstały nowe formy organizacji. Wszyscy próbowali robić to, co uważali za najlepsze, zanim jeszcze politycy się tym zajęli. Klasa średnia zbierała się na rogach ulic, aby dyskutować o polityce, bezrobotni demonstrowali wszędzie domagając się pomocy państwa, a robotnicy… niektórzy obrali nowe ścieżki i zadecydowali, że zatrudnienie nie jest czymś, o co trzeba prosić, ale co trzeba samodzielnie wypracować.

Ta świadomość narastała jeszcze przed wydarzeniami grudnia 2001 roku, ale kryzys przyśpieszył nadejście punktu kulminacyjnego, zapewniając poparcie społeczne. Kilka miesięcy wcześniej robotnicy rozważający przejęcie zbankrutowanego przedsiębiorstwa zostaliby uznani za złodziei zagrażających uświęconej własności prywatnej. Po grudniu, gdy przeszłość wydawała się wyblakła i odległa, ci sami robotnicy zostaliby potraktowani jak partnerzy i sąsiedzi walczący o coś powszechnie uznawanego: pracę i godność. Stało się jasne, że nie byli poddanymi praniu mózgu komunistami, ale ludźmi, na oczach których rdzewiały maszyny w pustych fabrykach, a dzieci zapadały na zdrowiu.

Jak to działa?

Tradycja przedsiębiorczości w Argentynie jest niewesoła. Podobnie jak na całym świecie, celem kapitalisty jest możliwie największe pomnożenie zysków. Cechą szczególną Argentyny (a właściwie niezbyt szczególną w trzecim świecie), jest to, że właściwie nie istnieje kontrola państwa, a siła ekonomiczna znaczy tyle samo, co siła polityczna. Nie prowadzi się żadnych negocjacji. Co jeszcze pogarsza sprawę, w latach dziewięćdziesiątych dominowała ideologia głosząca, że cokolwiek, co zapewnia kapitalistom zyski, będzie równie dobre dla całego społeczeństwa. Sprawy stały się o wiele prostsze dla biznesmenów, którzy potrafili wyciągać z tego korzyści. Uzyskiwali subsydia państwowe na „zatrudnienie nowych pracowników”, zdobywali nowe kredyty, a w końcu nie opłacali pensji, podatków ani dostawców. Na końcu drogi znajdowało się bankructwo i aukcja majątku, pozwalająca „przyjacielowi/córce/prawnikowi” na bardzo tanie odzyskanie pozbawionej długu fabryki. System działał sprawnie, choć było kilka odosobnionych demonstracji i umorzonych spraw sądowych. Ustawa dotycząca bankructw pozwalała jednak na nieczyste zagrywki w ramach prawa.

W styczniu 2001 roku, po długiej walce, grupa robotników, którzy ucierpieli w systemie kapitalistycznym, założyła spółdzielnię Unión y Fuerza (Jedność i Siła) i wywalczyła od rządu wywłaszczenie zbankrutowanego przedsiębiorstwa na rzecz byłych pracowników. Przynajmniej na dwa lata sami stali się właścicielami. Co tak właściwie znaczy „wywłaszczenie”? System nie jest prosty do zrozumienia, ale z grubsza wygląda tak: kiedy przedsiębiorstwo bankrutuje, jego pracownicy zakładają spółdzielnię, przez co stanowią całość w świetle prawa. Wtedy mogą się starać u sędziego o zatrzymanie licytacji majątku. W międzyczasie, przedstawiają władzom regionu petycję z prośbą o uznanie fabryki za dobro wspólne i jej wywłaszczenie. Według konstytucji Argentyny, wywłaszczenie jest jedynym legalnym sposobem ograniczenia własności prywatnej. W ciągu dwóch lat państwo musi zapłacić rekompensatę za wywłaszczenie. Pieniądze są rozdzielane pomiędzy wierzycieli przedsiębiorstwa, do których najczęściej należą także pracownicy. W momencie, gdy państwo się załamało i stało się niewypłacalne, pracownicy musieli w miarę możliwości sami zebrać pieniądze na spłacenie reszty zadłużenia. Jeśli udało się to zrobić w ciągu dwóch lat, to wywłaszczenie zostało przedłużone na kolejne dwa. Trzeba dodać, że tego typu „przedłużenie” udało się tylko w kilku przypadkach.

Procedura jest, rzecz jasna, o wiele bardziej złożona i przewiduje wiele możliwych rozwiązań. Oprócz wywłaszczenia istnieją oczywiście również inne drogi do przejęcia fabryki. Na przykład pracownicy mogą zdobyć pozwolenie na kontynuację produkcji i późniejsze wykupienie zakładu. Zdarzył się także przypadek, kiedy sąd uznał długi wobec „zbankrutowanej” załogi jako ratę na wykup przedsiębiorstwa. To bardzo ważny krok, ponieważ pracownicy są najczęściej głównymi wierzycielami upadłej firmy i użycie ich długu może być bardzo pomocne.

Nowa praktyka

Pozostaje o wiele więcej zagadnień prawnych do wyjaśnienia i pytań, na które trzeba odpowiedzieć, między innymi: jak samo­‑organizujący się robotnicy są w stanie zwiększyć wydajność, albo: jak oszczędności na pensjach administracji (która zwykle znika razem z właścicielem) pozwalają im na zwiększenie inwestycji. Ja wolę skupić się na innym zagadnieniu, które jest trudniejsze do zrozumienia i analizy, ale które może wywołać głębsze zmiany w całym społeczeństwie. Chodzi o wpływ nowego sposobu organizowania się robotników na zmianę ich podejścia do życia.

Aby to wyjaśnić, musimy sięgnąć do zestawu narzędzi teoretycznych i wyjąć fundamentalną koncepcję praxis. Materializm historyczny Marksa uczy nas, że to rzeczywistość kształtuje świadomość, a nie na odwrót. „Idziemy z ziemi do nieba, a nie z nieba na ziemię”. Ta zdroworozsądkowa, ale głęboka, myśl wskazuje, że to właśnie codzienne życie – co robimy, co jemy, jak podróżujemy, z kim rozmawiamy, nasza praca, i tak dalej, ogólnie nasza „praxis” – w głównej mierze wpływa na nasz sposób myślenia.

Codzienne działanie Argentyńskich robotników najczęściej wypływa z codziennej praktyki oprartej na kontroli i posłuszeństwie. Kto tego nie akceptuje, jest pozostawiony sam sobie. Jej lub jego rolą jest być posłuszną/ym i starać się oszukiwać szefa, jak to tylko możliwe. Ale w każdym stosunku władzy musi istnieć symetria: pracownik nie musi podejmować żadnych decyzji i cokolwiek się stanie, przysługuje mu prawo do pensji. Jeśli jej nie dostanie, może przynajmniej ponarzekać.

Kiedy fabryka zostaje zamknięta, pracownik zazwyczaj demonstruje, aby odzyskać tak dużo pieniędzy, jak to tylko możliwe, co z reguły i tak nie przynosi efektów (robotnicy są ostatni na liście, których spłaci sąd po przeprowadzeniu licytacji). Po demonstracjach pracownik zwykle idzie do domu i szuka nowej pracy. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku nowej ery szukanie pracy było nie tylko głupie, ale i nieskuteczne. Przez większość czasu stopa bezrobocia sięgała sporo ponad 20%.

W głodzie i desperacji, pewni, że nie znajdą nowego zatrudnienia, pracownicy zdali sobie sprawę, że muszą spróbować czegoś innego: stworzyć miejsca pracy zamiast ich szukać. Jak zauważyliśmy, stoi to w sprzeczności z wcześniejszymi doświadczeniami. Zmiana ta niesie ze sobą symboliczną i emocjonalną cenę, jaką muszą płacić. Muszą dyskutować z sędziami, walczyć z policją i utrzymywać się z pensji współmałżonka. Walka pochłania ich wolny czas, co często prowadzi do rozwodów. Jako przykład można podać fabrykę Zanon – jedną z największych – której pracownicy są pod stałą opieką psychologów. Wszystkie związki zawodowe radzą im, żeby się poddali, wzięli pieniądze, które im się należą i otworzyli sklepiki obok tysięcy innych, prowadzonych przez ich sąsiadów, którzy zostali pozbawieni wsparcia. To dlatego tylko najstarsi zdecydowali się na walkę: wiedzą, że to ich ostatnia szansa, bo nikt nie zatrudni ich ponownie. Tylko najbardziej potrzebujący walczą do końca.

Teraz panuje nie tylko desperacja. Jest także więcej nadziei: kiedy pracownicy zaczęli przejmować fabryki metalu i szkła, drukarnie, szkoły, stocznie, szpitale i tak dalej, pozostali uświadomili sobie, że jest to możliwe. Była to ogromna pomoc dla tych, którzy nie widzieli innego wyjścia i chwytali się tej ostatniej deski ratunku.

Spółdzielnie stały się groźbą dla właścicieli. Otoczeni przez przejmowane fabryki, stali się punktualni w wypłacaniu pensji. Zakładanie spółdzielni było często formą nacisku na pracodawcę. W momencie, kiedy pracownicy zaczęli dyskutować o byciu szefami dla samych siebie i ustalaniu swoich zarobków, weszli na drogę bez odwrotu. Gdy tylko raz poczuli władzę i pewność, że nie zostaną ponownie zwolnieni, otrzymywanie pensji na czas okazało się niewystarczające.

Walka jest bezwzględna. Pracownicy cierpią głód, stają się żywymi trupami, włóczącymi się po korytarzach sądów i urzędów, gdzie proszeni są o plany produkcji, listy przyszłych klientów, i tak dalej.. wszystko to wymaga dużo cierpliwości. Przez większość czasu po prostu czekają w zimnej fabryce na kolejny krok, czasami tylko po to, żeby się dowiedzieć, że muszą zacząć wszystko od początku. Przeważnie nie mają ani prądu, ani gazu, przemarznięci jedzą to, co dostaną od innych ludzi (jeśli w ogóle). Może to trwać kilka miesięcy, czasami rok, czasami dłużej. Kiedy czekają, ich głównym zajęciem są zgromadzenia, na których decydują, co robić, jak kontynuować walkę i w jaki sposób się organizować. Zgromadzenia są ich najważniejszym zajęciem. To w ich trakcie uczą się demokracji, która pozwoli im samodzielnie kierować zakładem.

Powróćmy do naszego skromnego marksistowskiego narzędzia, żeby przypomnieć, że ci pracownicy byli od zawsze częścią systemu hierarchicznego, w którym nikt nie pytał o ich opinie, co w konsekwencji wpływało na ich autopercepcję. Mówiono im, że nie muszą myśleć. Większość zapytanych przedsiębiorców twierdziła, że robotnicy nie potrafią prowadzić fabryki, nawet pomimo przykładów wskazujących, że jest inaczej.

Nagle robotnicy muszą udowodnić, że potrafią to robić, że ich opinie się liczą, i że mają głos. To olbrzymi skok, który trudno wykonać. Jedna z osób towarzyszących pracownikom fabryki metalu zapytała mnie: „jak udaje ci się powstrzymać wszystkich od „przytakiwania”, kiedy mówi jeden z byłych brygadzistów? Przecież robili to od lat”. Jeśli nawet to dla nich trudne, to niektórzy szybko się uczą, że wyrażanie własnych opinii to coś normalnego. Już wiedzą, co się dzieje, kiedy wydają zarządzenia. Wbrew temu, kim są, wbrew przyzwyczajeniom,według których żyli cały czas i doświadczeniom, które ich uformowały, niektórzy zaczynają się przebudzać. A kiedy im się to udaje, służą swoim compańeros, sąsiadom, innym robotnikom jako przykład. Możliwe, że to początek głębszej i bardziej rzeczywistej zmiany.

Po kilku miesiącach walki robotnicy zmienili się. Czują, że są w stanie zrobić cokolwiek. To uczucie narasta, kiedy zaczynają pracować. Wiedzą, że jakiekolwiek błędy będą kosztować ich i tych za nimi. Ciąży na nich większa odpowiedzialność i muszą się z tym pogodzić. Kiedy ją przyjmują, wpływa ona na produktywność przedsiębiorstwa. Nie ma już szefów, których trzeba oszukiwać.

Ale czy to wszystko, o co w tym chodzi? Tylko demokratyczne grupy walczące na dzikim rynku, niezdolne do wprowadzenia głębszych zmian? Jest wiele odpowiedzi na te pytania. Niektórzy robotnicy dochodzą tylko do tego punktu: wiedzą, że muszą trzymać się razem, żeby walczyć z konkurencją i Złym, który jest gdzieś tam. Ale są też inni, którzy nie mogą się zatrzymać, gdy już raz nabrali impetu. Ci pomagają w innych walczących fabrykach: pożyczają pieniądze, otwierają centra kultury dla sąsiadów, zabiegają o zmiany w ustawodawstwie, pozwalające na bezpośrednie przejmowanie przez pracowników zbankrutowanej fabryki.

Podczas wywiadu z jednym z liderów Narodowego Ruchu Odzyskanych Fabryk, Eduardo Murúa, zapytałem go o poświęcenie, jakie zauważył w przejętych zakładach. Nie był zbyt optymistyczny. Tylko nieliczni pracownicy stają się aktywistami: „Jedyne, o co możemy ich prosić, to pomoc innym. Jeśli tego nie robią, to ich decyzja i nie będziemy naciskali”. Wie, że jedynym sposobem na zbudowanie prawdziwej solidarności jest przykład. Fabryki, na dobre i na złe, są autonomiczne i pielęgnują swoją samodzielność jak najcenniejszy skarb. Ci, którzy oddali władzę po walce, zazwyczaj płacą za to.

Jak daleko zajdą?

Ciężko znaleźć odpowiedź na to pytanie. Niektórzy zaszli bardzo daleko. Inni są tylko małymi posiadaczami, starającymi się zwiększyć zyski, śniącymi sen o konsumpcji narzucony im tak starannie przez reklamę. Są też tacy, którzy zamienili się w narzędzia przywódców politycznych.

Każdego tygodnia robotnicy otwierają nowe fabryki. W tej chwili jest ich około 200. Ich wpływ na gospodarkę jest niezauważalny, ale znaczenie symboliczne jest nieocenione. Niektóre partie próbują otwierać fabryki, bo taka jest ich linia programowa, ale nieomalże wszystkie odzyskane zakłady powstały w wyniku braku innego wyboru i dzięki nadziei zbudowanej przez innych.

Z drugiej strony, opinia publiczna odwraca się. Wygląda na to, że Argentyńczycy zrywają ze myśleniem o społeczności, jakie obowiązywało kilka lat temu. Klasa średnia znowu narzeka, ponieważ demonstranci zanieczyszczają parki i blokują drogi, którymi trzeba dojeżdżać do pracy. Nawet jeśli ogólny klimat jest lepszy niż 4 lata temu, to wciąż ciężko zgadnąć, co będzie dalej. Gdy gospodarka odbiła się od dna, zbankrutowane fabryki znowu stały się atrakcyjne.

Można sobie wyobrazić, że musi nadejść druga fala przemian. Pierwszym etapem było przejmowanie fabryk pod kontrolę robotników i można to uznać za niezaprzeczalny sukces, jeśli tylko proces ten potrwa dłużej. W drugim etapie robotnicy będą musieli zadecydować, czy pozostaną częścią systemu, który ich pogrążył, gdy tylko zaczęło dziać się źle, czy też podtrzymają ducha walki o jutro. Mogą udowodnić, że szefowie nie są potrzebni. Dzisiaj zmienili swoją praxis i muszą pokazać innym, że to możliwe. Sam fakt istnienia tego dylematu obrazuje wykonany już ogromny skok naprzód i pozostaje tylko ściskać kciuki w nadziei, że to oni będą tymi, którzy pokażą reszcie społeczeństwa, że jest on możliwy.

Przełożył Bartosz Łabuda