Posłuszeństwo czy wzajemny szacunek?

Katarzyna Meyer
03.10.2005

Każdy z nas tęskni w głębi swego serca za miłością naszych bliskich, za miłością, która szanuje naszą wolność do bycia takimi, jakimi chcemy być. Wszyscy znamy sytuacje, w których rezygnujemy z tego, co jest dla nas ważne, aby nie wywołać gniewu ukochanych. Mówimy „dla świętego spokoju” i wydaje nam się, że wzmacnia to nasze związki, ale tego typu zachowanie „na dłuższą metę” jest raczej przyczyną rosnącego niezadowolenia i wzajemnego oddalania się od siebie. Potrzeba miłości i potrzeba szacunku dla naszej autonomii stanowią podstawowe dążenia człowieka już od dziecka. W naszej kulturze, która tradycyjnie opiera wychowanie na posłuszeństwie, stoją one sobie zazwyczaj na drodze.

W naszym dzieciństwie byliśmy na co dzień poddani próbom naszych rodziców wymuszania na nas ich woli. Nasi najbliżsi, kochani przez nas i podziwiani, stawali się nagle groźni, gdy nie byliśmy im posłuszni. Jeśli dziecko zostaje cieleśnie lub psychicznie podporządkowane przez tych, którzy powinni go chronić i mu pomagać, i nie ma możliwości ucieczki z takiej sytuacji, odczuwa ono paniczny strach. Strach, który nie zostaje zauważony i ukojony przez przyjazną osobę. Ten strach może stać się tak wielki, że jedyną możliwością dla dziecka jest ucieczka od niego poprzez odcięcie się od swoich odczuć i pragnień i podporządkowanie się woli dorosłego.

Jednocześnie dziecko czuje się winne zaistniałej sytuacji, wierzy na słowo, że jest niedobre, za głośne, za dużo pyta, przeszkadza, itp. Nie ma ono jeszcze możliwości krytycznego przemyślenia tego, co rodzice o nim mówią i przyjmuje wszystkie ich poglądy za prawdziwe. Jeśli jego własne obserwacje i uczucia nie zgadzają się ze stwierdzeniami dorosłego, przestaje wierzyć w swoje i przejmuje to, co mówią rodzice. Im więcej takich sytuacji we wczesnym dzieciństwie zaistniało, tym bardziej umacnia się taki sposób reagowania na otoczenie i jako dorośli jesteśmy skłonni wierzyć „ważnym” dla nas osobom na słowo, nawet jeśli nasze własne oczy mówią nam coś innego na ich temat.

Wywołane u dziecka w ten sposób poczucie winy powoduje z jednej strony wiarę we własną niemoc i brak wartości, z drugiej strony wiąże ono mocniej z krytykującym dorosłym poprzez nadzieję dziecka na możliwość poprawy swojej sytuacji przez stanie się takim, jakim powinno być według potrzeb dorosłego. Jeśli tylko uda się mu zadowolić mamę czy tatę, otrzyma miłość i schronienie, których tak bardzo pragnie. Dla wielu z nas jest to nadzieja, którą żywimy w stosunku do naszych rodziców niezależnie od tego, czy mamy dziesięć, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat…

Taka sytuacja sprawia, że zależność małego dziecka od otoczenia staje się jeszcze większa i dziecko staje się chętnym wykonawcą poleceń, łaknącym pochlebstw i nagród. Taki proces powoduje coraz większe oddalenie się dziecka od własnych pragnień i uczuć, które z czasem będą coraz bardziej oceniane, jako niedobre i nie warte zajmowania się nimi. Dalszym skutkiem jest ukrywanie własnej słabości, strachu i niepewności. Dziecko identyfikuje się z „mocnymi” dorosłymi, podziwia ich twardość i siłę, pragnie stać się takim, jak oni.

Wychowany w ten sposób człowiek jest uzależniony od osiąganych sukcesów, bycia podziwianym przez innych, zwłaszcza przez zwierzchników i autorytety oraz bliskie mu osoby. Większość z nas rezygnuje ze spełniania swoich pragnień w zamian za dobre granie ról wytyczonych przez społeczeństwo. Jeśli jestem dobrą matką, dobrą studentką, dobrym mężem, synem i pracownikiem, jestem coś wart. Mianowicie tyle, ile uznania zdobywam poprzez moją rolę w hierarchii społecznej. Z chwilą, gdy kończy się nasza rola lub nie spełniamy jej zgodnie z oczekiwaniami, idziemy na emeryturę, tracimy stanowisko, dzieci wyprowadzają się na swoje, czujemy się bezwartościowi, znowu odzywa się nasz strach przed pustką. Nie wiemy, kim jesteśmy i co jesteśmy warci, gdy opuszczamy przyjęte przez nas role.

Również nauka w szkole opiera się na tej samej zasadzie posłuszeństwa wobec tych, którzy mają władzę. Oddajemy nasze dzieci w ręce systemu, w którym przez kilkanaście lat uzurpowana jest władza nad ich działaniem i myśleniem. Nauczyciele decydują, co, jak długo, z kim i w jaki sposób mają dzieci robić, jakie pytania i odpowiedzi mają sobie stawiać. Rzeczywistość, jaką podają nauczyciele na talerzu, musi zostać przez uczniów „połknięta” bez prawa poszukiwania na własną rękę, znajdowania własnych dróg, odkrywania własnych tematów. Zamiast oryginalności w myśleniu otrzymujemy następne pokolenie jako produkt standaryzowany, z taśmy, bez odwagi do otwartego wyrażania odbiegających od normy wyobrażeń.

Władza systemu szkolnego nie jest obecnie tak brutalnie sprawowana jak do niedawna. Dzieci zazwyczaj nie są już karane cieleśnie, nawet wyśmiewanie i „robienie głupka” z dziecka nie są już tak popularne. Powszechnie chętnie stosowane są natomiast nagrody i pochwały oraz inne „pozytywne wzmacniacze” zachowania. W tej metodzie dorosłym jest łatwiej uspokoić swoje sumienie, tym razem nie zmuszamy dziecka siłą do wchłaniania wiedzy, którą chcemy im do głowy włożyć. To, co robimy jest raczej mniej lub bardziej masywnym uwodzeniem małoletnich. „Wykorzystujemy” dzieci do naszych celów, skłaniamy je do pracowitego osiągania w szkole ocen, jakich sobie dorośli życzą. Jeśli dziecko odważy się na odmowę współdziałania w tej grze, wypada z roli, jaką mu wyznaczyliśmy i czuje się winne. Psuje nam naszą „zabawę” i przeszkadza.

Rodzice mówią dziecku często w dobrej wierze: „ty to potrafisz, spróbuj, na pewno ci się uda”, ale zazwyczaj nie ma miejsca na pytanie: „czy tego chcesz?” Naszym podstawowym pytaniem jako rodziców i wychowawców nie jest: „kim jesteś? Czego pragniesz? Czy mogę ci w tym pomóc?”, najczęstszymi pytaniami do tzw. „ekspertów” są prośby o porady, jak najefektywniej skłonić dzieci, aby robiły to, czego od nich oczekujemy.

Młodzi rodzice decydujący się na wypróbowanie nowych metod w wychowaniu szukają mozolnie innych możliwości. Odrzucając zasadę wymuszanej siłą lub pochlebstwem władzy starszych wpadają często w pułapkę oddania władzy tym razem w ręce najmłodszych, pozwalając im dosłownie i w przenośni na wchodzenie sobie na głowę. W kulturze opartej na przemocy trudno jest zauważyć, że w obu przypadkach zasada pozostaje nie zmnieniona, władza przeszła tylko z jednej grupy na drugą, podobnie jak w innych rewolucjach „uciśnionych”.

Prawdziwą zmianą jest oparcie naszych związków z ludźmi niezależnie od ich wieku na wzajemnym szacunku. Jeśli przyjmujemy do wiadomości, że każda istota ludzka (z nami włącznie) jest niepowtarzalną osobą mającą prawo do własnego zdania, własnego widzenia i odczuwania świata, własnego sposobu reagowania na niego i zbierania własnych doświadczeń życiowych, będziemy w kontaktach z naszymi „bliźnimi” coraz częściej zauważać sytuacje, gdzie tego szacunku brakuje. Sytuacje, w których wzajemnie odbieramy sobie to prawo są na porządku dziennym.

Przykładów jest wiele. Pamiętam jak wiele krzyku i łez mieliśmy na co dzień przy przewijaniu naszego syna. Dopóki nie mógł się poruszać wszystko było w porządku, ale z czasem nie dawał on nam ani minuty na spokojne przewijanie, zainteresowany coraz to innymi przedmiotami kręcił się, skakał i biegał po pokoju nieustannie pomimo naszych prób „pięlegnacyjnych”. Dopiero dwa lata później odkryłam stół do przewijania, który uwzględniał zarówno potrzebę starszego dziecka do poruszania się oraz potrzebę dorosłego dbania o bezpieczeństwo i porządek. Ten stół wygląda prawie tak jak zwykły stół do przewijania niemowląt z tą różnicą, że z trzech jego stron są przymocowane dodatkowo wysokie na około 70 centymetrów szczebelki. Powstaje w ten sposób rodzaj klatki, w której dziecko może się swobodnie i bezpiecznie poruszać, a dorosły przy odrobinie wprawy pielęgnować poruszające się dziecko bez krzyku i przemocy fizycznej. Pomysł pochodzi z Istytutu Emmi Pikler w Budapeszcie, gdzie od lat są takie stoły używane z dobrymi wynikami.

Inne doświadczenie, tym razem z moją córką. Miała wtedy około dwóch lat. Tego dnia pojechałyśmy do miasta na większe zakupy, po trzech godzinach spędzonych wspólnie w sklepach czekałyśmy na przystanku na autobus, którym chciałam wrócić do domu. Moja córka ucieszyła się niezmiernie z tej okazji do wyżycia się, jej pragnienie ruchu po takim przedpołudniu było bardzo silne. Biegając i skacząc wokół przystanku co i rusz podchodziła niebezpiecznie blisko ruchliwej ulicy, raz o mało nie wpadła na nią. Stanęłam więc między nią i brzegiem chodnika ostrzegając, że tu jest granica. Po kilku nieudanych próbach ominięcia mnie moja córka zamiast dać sobie spokój z tą stroną chodnika, jak ja to sobie wyobrażałam, znalazła widoczne upodobanie w wyprobowywaniu szybkości moich reacji. Ta zabawa sprawiała jej przyjemność, a mnie męczyła. Aby ułatwić sobie życie mogłabym oczywiście przymocować ją pasami do spacerówki, ale mając przed oczami dalszą drogę w autobusie uznałam za ważniejszą jej potrzebę ruchu niż mojego spokoju.

Niedawno słyszałam na ulicy rozmowę matki z córką w drodze do przedszkola. Dziewczynka powiedziała: „mamo, jak się boję iść tam sama”, na to mama: „nie masz czego się bać, nic się ci nie stanie”. Nawet najlepsze argumenty i tłumaczenia dorosłych, które mają na celu udowodnienie dziecku, że jego odczucia są niewłaściwe, bez podstawy, śmieszne czy nielogiczne są przekroczeniem granic dziecka. Szacunek dla jego uczuć wymaga wzięcia ich na poważnie i zastanowieniu się nad możliwością pomocy.

W takim samym stopniu, w jakim sami szanujemy osobowość naszych dzieci, możemy wymagać od nich szacunku dla naszych potrzeb i uczuć. Jeśli dziecko ma miejsce w mieszkaniu na własne zabawki i zabawę nimi, możemy spokojnie „bronić” stojącej w dużym pokoju wieży, nie pozwalając na jej dotykanie przez małe dzieci. Osiągniemy ten cel, gdy przy każdej próbie zbliżenia się staniemy między „zakazanym owocem” i małym odkrywcą świata i spokojnie zauważymy „nie, to nie jest dla ciebie”. Szanując pragnienie dziecka do poznawania wszystkiego, co się w zasięgu ręki znajduje, nie możemy być źli, gdy swoje próby ponawia. Nie oczekujmy, że się podporządkuje naszym wyobrażeniom o grzecznym dziecku. Również oczekiwanie, że poprzez nasze wyjaśnienia i prośby dziecko zrozumie nasze pragnienia jest ingerencją w jego osobiste terytorium. Zdecydowane i konsekwente stawianie granicy między upragnionym celem dążenia małego dziecka i jego rękami jest gwarancją wolności zarówno dla naszych, jak i jego potrzeb, okazaniem szacunku dla obopólnej autonomii. Przykłady takie można mnożyć, każda sytuacja jest inna, stawia nowe pytania o granice autonomii i dobro nasze i innych.

Dążenie do znalezienia własnej drogi w związkach opartych na wzajemnym szacunku stawia nam wiele trudnych zadań do rozwiązania i prowadzi często do niezrozumienia przez otoczenie. Mimo to podążanie w tym kierunku przynosi wiele pięknych przeżyć dających satysfakcję i nadzieję. Nawet, gdy robimy po raz setny ten sam błąd, którego chcieliśmy przecież uniknąć, jesteśmy nadal człowiekiem podążającym za tęsknotą swojego serca.