Jaki ład światowy: kosmopolityczny czy wielobiegunowy?

Chantal Mouffe
16.08.2004

Kiedy pytamy o przyszłość demokracji w skali światowej, jeden z głównych dziś trendów reprezentują ci, którzy nawołują do ustanowienia „demokracji kosmopolitycznej” i „obywatelstwa kosmopolitycznego” jako rezultatu upowszechnienia zachodniej interpretacji wartości demokratycznych oraz urzeczywistnienia zachodniego rozumienia praw człowieka. Według takiego podejścia, jest to sposób, w jaki mógłby nastać demokratyczny ład globalny. Istnieją różniące się warianty tego podejścia, lecz wszystkie one podzielają wspólną przesłankę: że zachodnia forma życia jest najlepsza i że postęp moralny wymaga wprowadzenia jej w skali całego świata. W niniejszym tekście zamierzam zmierzyć się z taką koncepcją, ponieważ moim zdaniem, nawet jeśli jest to bardzo dalekie od intencji wielu broniących jej kosmopolitycznych teoretyków, prowadzi ona do usprawiedliwienia hegemonii Zachodu oraz narzucenia jego partykularnych wartości twierdząc, że jako jedyne są one racjonalne i uprawnione. Przeciw kosmopolitom, będę argumentować na rzecz wielobiegunowego ładu światowego, uznającego różnorodność i pluralizm i nie postrzegającego świata jako „wszechświata” (universe), lecz jako „wieloświat” (pluriverse).

Demokracja kosmo­‑polityczna

W teorii politycznej istnieje wiele różnych wersji projektu demokracji kosmopolitycznej (cosmopolitan democracy), jednak ograniczę się do wariantu, który ostatnio Daniele Archibugi zapropoował nazwać „kosmo­‑politycznym” (cosmopolitical) i który rozwijał wspólnie z Davidem Heldem1 od czasu wydania w 1995 roku zredagowanej przez nich wspólnie książki Cosmopolitan Democracy. An Agenda for a New World Order. Archibugi definiuje ich projekt następująco: „Demokracja kosmo­‑polityczna opiera się na założeniu, że ważne cele – kontrolę nad użyciem siły, szacunek dla praw człowieka, samostanowienie – można osiągnąć jedynie przez rozszerzenie i rozwój demokracji. Od ogólnego podejścia do kosmopolityzmu różni się ona tym, że nie nawołuje po prostu do globalnej odpowiedzialności, lecz rzeczywiście próbuje zastosować zasady demokracji w skali międzynarodowej. Aby takie problemy, jak ochrona środowiska, regulacja migracji czy wykorzystanie zasobów naturalnych, mogły stać się przedmiotem niezbędnej demokratycznej kontroli, demokracja musi przekroczyć granice pojedynczych państw i domagać się uznania na poziomie globalnym”2.

Perspektywa kosmo­‑polityczna zapewnia, że teraz, gdy demokratyczna forma rządu jest uznawana na całym świecie jako jedyna prawomocna, nie ma powodu, dla którego zasady demokracji powinny się zatrzymać na granicach wspólnoty politycznej. Wymaga to stworzenia nowych globalnych instytucji. W istocie, błędem byłoby wierzyć, że istnienie zbioru demokratycznych państw automatycznie oznacza istnienie demokratycznego globu. Globalnej demokracji nie można sobie wyobrażać jako bezpośredniego rezultatu demokracji w obrębie państw, wymaga ona stworzenia specjalnych procedur i instytucji, które dodałyby kolejny poziom reprezentacji politycznej do tej, która istnieje obecnie. Co więcej, nie jest to kwestia jedynie przeniesienia demokratycznego modelu pomyślanego dla poziomu państwowego na poziom światowy. Wiele aspektów tego modelu wymaga przeformułowania, aby można go było wprowadzić globalnie. Archibugi i Held nie opowiadają się za końcem państw narodowych i podkreślają, że globalny poziom reprezentacji współistniałby z już ustanowionymi państwami, które zachowałyby część swoich funkcji politycznych i administracyjnych. Według Archibugi, „inaczej niż w przypadku wielu światowych projektów federalistycznych, którym sporo zawdzięcza, kosmo­‑polityczna demokracja ma na celu poprawić zarządzanie ludzkimi sprawami na poziomie planetarnym, nie tyle zastępując istniejące państwa, co dając więcej władzy istniejącym instytucjom oraz kreując nowe”3. Nadszedł czas, aby wyobrazić sobie nowe formy demokracji wywodzące się z uniwersalnych praw przysługujących światowym obywatelom, zaś Archibugi sugeruje, że przejście od demokracji narodowej do globalnej oznacza coś pokrewnego pojęciowej rewolucji, która pozwoliła w osiemnastym wieku na przejście od demokracji bezpośredniej do przedstawicielskiej.

Na taką rewolucję składałoby się utworzenie międzynarodowych instytucji, które dałyby jednostkom wpływ na sprawy globalne, niezależnie od sytuacji w ich własnych krajach. Żądania wszystkich jednostek, bez względu na ich pochodzenie narodowe, klasę, płeć i tak dalej, powinny otrzymać formę przedstawicielstwa na poziomie światowym. Jak miałoby się to dokonać? Pewną odpowiedź daje nam David Held, który oddziela cele krótkookresowe od długookresowych. Na początek powinno się podjąć następujące kroki4: zreformować Radę Bezpieczeństwa ONZ tak, aby stała się bardziej reprezentatywna, oraz powołać drugą izbę ONZ wraz z parlamentami regionalnymi. Następnie powinno się rozszerzyć wpływ sądów międzynarodowych, aby mogły egzekwować wiązkę podstawowych praw – obywatelskich, politycznych i ekonomicznych; należy też powołać nowy międzynarodowy Sąd Praw Człowieka. Wreszcie, należałoby zainstalować skuteczne i odpowiedzialne międzynarodowe siły wojskowe, które by interweniowały przeciwko państwom stale naruszającym owe prawa. W długim okresie, Held wyobraża sobie bardziej radykalną zmianę w kierunku globalnego demokratycznego rządzenia, ze zgromadzeniem wszystkich demokratycznych państw i agencji, które miałoby władzę decyzyjną w zakresie wszystkich istotnych kwestii globalnych dotyczących środowiska, zdrowia, wyżywienia, ekonomii, wojny i tak dalej. Jego zdaniem, powinno następować permanentne przesuwanie coraz większej części militarnych sił przymusu z rąk państw narodowych na rzecz globalnych instytucji, w celu wyjścia poza system wojenny jako środek rozwiązywania konfliktu.

Innym ważnym aspektem kosmopolitycznej struktury proponowanej przez Helda jest wpisanie na stałe demokratycznych praw i powinności do prawa narodowego i międzynarodowego. Celem jest stworzenie podstawy powszechnej struktury działania politycznego, jako konstytuującej elementy demokratycznego prawa publicznego”5. Jednak w dobie globalizacji, aby takie demokratyczne prawo było skuteczne, musi ono zostać zinternacjonalizowane, przemienione w prawo kosmopolityczne. Held argumentuje, że celem wszystkich demokratów powinno być ustanowienie kosmopolitycznej wspólnoty, to jest ponadnarodowej struktury procesu politycznego, wspólnoty wszystkich demokratycznych wspólnot. Rozważając konsekwencje, jakie nastanie takiej ponadnarodowej wspólnoty niesie dla państwa narodowego, oznajmia, że państwo „uwiędnie”, nie w tym sensie, że stanie się zbędne, ale w takim, że „państwa nie mogą już dłużej pozostawać wyłącznymi ośrodkami prawomocnej władzy w obrębie swoich granic i nie mogą już być za takie uważane, co już zresztą ma miejsce w rozmaitych sytuacjach. Państwa muszą zostać ujednolicone i na nowo usytuowane w ramach wszechogarniającego demokratycznego prawa. W takim szkielecie, prawa i reguły państwa narodowego byłyby zaledwie jednym z ognisk rozwoju prawnego oraz politycznej refleksji i mobilizacji, ponieważ szkielet ten na nowo określiłby i odtworzył znaczenie oraz granice suwerennej władzy. Poszczególne ośrodki i systemy władzy cieszyłyby się prawomocnością jedynie na tyle, na ile uchwalałyby i utrzymywały w mocy demokratyczne prawo”6.

Nie jest moim celem zaprzeczać szlachetnym intencjom rzeczników perspektywy kosmo­‑politycznej. Uważam jednak, że jest wiele powodów, byśmy byli więcej niż sceptyczni odnośnie demokratyzującego wpływu ich podejścia. Po pierwsze, jak argumentował David Chandler7, próba rozszerzenia pojęcia praw poza państwo narodowe, bez mechanizmu, który by umożliwił poddanie tych nowych praw kontroli ich podmiotów, rodzi poważne problemy. Kosmopolityczne prawa, twierdzi on, są fikcyjne, ponieważ pozostają poza kontrolą podmiotu tych praw, zważywszy, że globalny obywatel może być reprezentowany jedynie poprzez globalne społeczeństwo obywatelskie, które działa poza przedstawicielską strukturą liberalnej demokracji. Z konieczności zależą one od poparcia dla pośredniczącej roli instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Niebezpieczeństwo ze strony tych praw bez podmiotów jest takie, że mogą one być używane do podkopania istniejących demokratycznych praw samorządności, jak wtedy, gdy instytucje społeczeństwa obywatelskiego kwestionują suwerenność narodową w imię „sprawy wagi globalnej”.

Stanowisko kosmopolityczne większy kładzie nacisk na legitymizującą funkcję praw człowieka niż na demokratyczne korzystanie z nich i zgadzam się z twierdzeniem Chandlera, że kosmopolityczna konstrukcja globalnego obywatela jest częścią aktualnej próby uprzywilejowania moralności nad politykę. Zauważa, że „pod tym względem, kosmopolityczni teoretycy odzwierciedlają szerszy trend polityczny w kierunku uprzywilejowywania obrony praw względem przedstawicielskiej demokracji urny wyborczej. Aktywność polityczna jest w coraz większym stopniu podejmowana poza tradycyjnymi partiami politycznymi i staje się sferą zdominowaną przez grupy nacisku i kampanie na rzecz pojedynczych kwestii, które nie starają się zebrać głosów, lecz lobbować i zdobywać rozgłos dla swych żądań”8. Chandler konkluduje, że owe nowe prawa kosmopolitycznych obywateli są chimerą, ponieważ są to żądania moralne, nie zaś demokratyczne prawa, z których można by korzystać.

Istnieje jednak nawet poważniejszy problem, mianowicie taki, że w zamian za te iluzoryczne nowe prawa, podejście kosmopolityczne poświęca koniec końców stare prawa suwerenności. Usprawiedliwiając prawo instytucji międzynarodowych do naruszania suwerenności w celu podtrzymania w mocy prawa kosmopolitycznego, odmawia ono obywatelom wielu krajów demokratycznego prawa do samostanowienia. Chandler znów ma tu rację, wskazując, że „Kosmopolityczna regulacja w rzeczywistości opiera się na nierówności suwerenności, na tym, że nie wszystkie państwa powinny w równym stopniu brać udział w ustanawianiu i sprawowaniu prawa międzynarodowego. Jak na ironię, nowe kosmopolityczne formy sprawiedliwości i obrony praw pociągają za sobą stanowienie prawa i jego egzekwowanie uprawomocniane z coraz bardziej częściowej i wyraźnie zachodniej perspektywy”9.

Przypomnijmy sobie na przykład, jak Held opisuje swoją kosmopolityczną wspólnotę jako wspólnotę „wszystkich państw demokratycznych”. Kto będzie decydował o tym, jakie państwa są demokratyczne i na podstawie jakich kryteriów? Nie ma wątpliwości, że zostanie do tego wykorzystana zachodnia koncepcja demokracji. To, że Held nie postrzega tego jako problem, jest dość wymowne. W istocie, rozpatrując, jak demokratyczne prawo powinno być egzekwowane, zapewnia: „Przede wszystkim, kosmopolityczne prawo demokratyczne mogłyby krzewić i bronić go te państwa demokratyczne i społeczeństwa obywatelskie, które są w stanie zdobyć się na niezbędny polityczny osąd oraz nauczyć się, jak należy zmienić polityczne praktyki i instytucje, dostosowując je do nowych regionalnych i globalnych okoliczności”10. Tak więc w żadnej mierze nie jest jasne, jak ta kosmopolityczna struktura mogłaby zwiększyć szanse globalnych obywateli na samorządzenie. W rzeczywistości, wynikiem wprowadzenia kosmopolitycznego porządku byłoby narzucenie liberalnego modelu demokracji całemu światu, a to oznaczałoby poddanie większej ilości ludzi kontroli Zachodu. Można się tylko zgodzić z Chandlerem, który zapewnia, że „zamiast poszerzać zakres demokracji, przedwczesne zadeklarowanie jakiegoś szkieletu powszechnych kosmopolitycznych praw może faktycznie poskutkować dalszym ograniczeniem praw, które ludzie mieli do tej pory”11.

Jakie rządzenie?

Kolejny problem perspektywy kosmopolitycznej ujawnia się, kiedy przeanalizujemy jedno z jej centralnych pojęć – pojęcie „rządzenia”. Zwracając uwagę na różnicę między „rządem” (government) a „rządzeniem” (governance), Nadia Urbinati zauważa: „Rządzenie pociąga za sobą wyraźne odniesienie do »mechanizmów« lub »zorganizowanych« i »skoordynowanych działań« odpowiednich dla rozwiązania jakichś specyficznych problemów. Inaczej niż rząd, rządzenie odnosi się raczej do »polityk« (policies) niż do »polityki« (politics), ponieważ nie jest ono wiążącą strukturą podejmowania decyzji. Jego odbiorcą nie jest »lud« jako zbiorowy podmiot polityczny, lecz »populacja«, na którą mogą oddziaływać sprawy globalne, jak środowisko, migracje czy zużycie zasobów naturalnych”12. Opowiadanie o globalnym rządzeniu sporo nam mówi o tym, jakiego rodzaju aktora kosmopolici widzą jako aktywnego w swoim modelu. Centralną sprawą w globalnym rządzeniu jest negocjowanie pomiędzy rozmaitością stowarzyszeń i grup interesu posiadających określoną wiedzę specjalistyczną, interweniujących w związku ze szczególnymi kwestiami i próbujących przepchnąć swoje propozycje w nieantagonistyczny sposób. Zakłada to koncepcję polityki jako rozwiązywania problemów technicznych, nie zaś aktywnego zaangażowania obywateli korzystających ze swoich demokratycznych praw dzięki agonistycznej konfrontacji sprzecznych projektów hegemonicznych. Z pewnością część z tych stowarzyszeń kieruje się motywacją etyczną, a nie zwykłym interesem, jednak ich podejście nie jest podejściem właściwie politycznym. Ich celem jest osiągnięcie kompromisu lub racjonalnego konsensusu, nie zaś zakwestionowanie panującej hegemonii. Perspektywa taka bez wątpienia współgra z liberalnym rozumieniem polityki i doskonale pasuje do dominującego dzisiaj konsensualnego słownika. Lecz w jakim sensie tą formę rządzenia można jeszcze uznać za demokratyczną?

Robert Dahl jasno odpowiada, że nie można i krytykuje wychwalanie organizacji międzynarodowych przez stronników kosmopolityzmu, którzy upatrują w nich dalszego kroku w długim marszu idei demokracji – od polis do całego świata. Według Dahla taki pogląd na demokrację ignoruje fakt, że wszelkie decyzje, nawet te podjęte przez rządy demokratyczne, są niekorzystne dla części ludzi, ponieważ, jeśli przynoszą one zyski, wytwarzają także koszty. Jak zwraca uwagę, „Gdyby bilans korzyści i kosztów był dla wszystkich identyczny, osądy towarzyszące podejmowaniu decyzji zbiorowych odpowiadałyby z grubsza tym, które towarzyszą podejmowaniu decyzji indywidualnych: jednak bilans ten nie jest dla każdego taki sam”13. Koszty i zyski są więc rozdzielane nierówno i podstawowe pytanie zawsze brzmi: kto powinien decydować i według czyich kryteriów? Stąd tak ważne jest, aby istniała możliwość kontestowania tych decyzji. Jeżeli jest to trudne już na poziomie narodowym, staje się to niemal niemożliwe, kiedy rozważyć przypadek hipotetycznego międzynarodowego demos, w którym istnieją ogromne różnice w wielkości populacji i władzy różnych państw.

Dahl przekonuje, że jeżeli zgodzimy się, że demokracja to system kontroli społecznej nad rządową polityką i decyzjami, musimy dojść do wniosku, że międzynarodowy proces podejmowania decyzji nie może być demokratyczny. Nie oznacza to postrzegania organizacji międzynarodowych jako niepożądanych ani negowania ich użyteczności. Twierdzi on jednak, że „nie ma powodu odziewać międzynarodowych organizacji w szaty demokracji tylko po to, żeby zapewnić im większą legitymację”14. Proponuje za to traktować je jako „biurokratyczne systemy targowania się”, które mogą być potrzebne, lecz których koszty dla demokracji powinny zostać uznane i brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o cedowaniu na ich rzecz ważnych uprawnień narodowych.

Również Mary Kaldor jest sceptyczna odnośnie pomysłu, że procedury demokratyczne mogłyby zostać na nowo ustanowione na poziomie globalnym. Jednak w przeciwieństwie do Dahla, aprobuje projekt kosmopolityczny i sugeruje wymyślne rozwiązanie: wyobrazić sobie globalne społeczeństwo obywatelskie jako funkcjonalny ekwiwalent demokracji. Według niej, gdy już uznamy, że centralną kwestią demokracji parlamentarnej zawsze była deliberacja, nie zaś reprezentacja, trudności związane z ustanowieniem globalnej demokracji przedstawicielskiej można zignorować. Partycypacja w globalnym społeczeństwie obywatelskim mogłaby zastąpić reprezentację poprzez zapewnienie przestrzeni dla deliberacji na temat gamy spraw dotykających ludzi w różnych aspektach ich życia. Poza przywilejem, jaki daje to grupom nacisku, problem z taką ideą jest taki, że sama deliberacja – bez momentu podjęcia decyzji i mechanizmów wprowadzania tych decyzji w życie – znaczy bardzo niewiele. W imię dostosowania demokracji do doby globalizacji, jej propozycja ryzykuje pozbawienie pojęcia demokracji jednego z jego istotnych wymiarów. Żeby nie było wątpliwości, Kandor broni samej aktywistycznej koncepcji społeczeństwa obywatelskiego i podkreśla potrzebę redystrybucji władzy. Jej poglądy są w kilku punktach bardzo radykalne, jednak mimo wszystko prezentuje ona podejście konsensualne. Według niej społeczeństwo obywatelskie jest miejscem dla pewnego rodzaju rządzenia opartego na zgodzie – zgodzie, która powstaje poprzez politykę postrzeganą jako „społeczne targowanie się”. Wierzy w możliwość „autentycznie wolnej konwersacji, racjonalnego krytycznego dialogu” i przekonana jest, że „dzięki dostępowi, otwartości i debacie, jest bardziej prawdopodobne, że twórcy polityki będą działać jak heglowska klasa uniwersalna, w interesie wspólnoty ludzkiej”15.

Moim zdaniem podstawowy problem z różnorakimi formami kosmopolityzmu polega na tym, że wszystkie one, choć w innych przebraniach, postulują dostępność pewnej formy konsensualnego rządzenia przekraczającego to, co polityczne – konflikt i negatywność. Projekt kosmopolityczny musi więc zaprzeczać hegemonicznemu wymiarowi polityki. W rzeczy samej, kilku kosmopolitycznych teoretyków wprost stwierdza, że ich celem jest wyobrażenie sobie polityki „poza hegemonią”. Podejście takie przeocza fakt, że, ponieważ relacje władzy są konstytutywne dla tego, co społeczne, każdy porządek jest z konieczności porządkiem hegemonicznym. Wiara w możliwość kosmopolitycznej demokracji z kosmopolitycznymi obywatelami mającymi te same prawa i powinności, okręg wyborczy pokrywający się z „ludzkością”, jest według mnie niebezpieczną iluzją. Gdyby taki projekt kiedykolwiek został zrealizowany, mógłby oznaczać jedynie światową hegemonię dominującej władzy, która by była zdolna narzucić swoją koncepcję świata całej planecie, i która, utożsamiając swoje interesy z interesami ludzkości, traktowałaby każdą niezgodę jako nieuprawnione kwestionowanie jej „racjonalnego” przywództwa.

W kierunku wielobiegunowego ładu światowego

W przeciwieństwie do tego, co twierdzą kosmopolici, koniec dwubiegunowego porządku zimnej wojny, daleki od otwarcia drogi dla kosmopolitycznej demokracji, doprowadził do wyłonienia się nowych globalnych antagonizmów i, aby uchwycić ich naturę, potrzebujemy innego podejścia teoretycznego. Poddaję pod rozwagę, że to w kontekście jednobiegunowego świata, będącego skutkiem upadku Związku Radzieckiego i niekwestionowanej hegemonii Stanów Zjednoczonych, można wyjaśnić ostatnią falę międzynarodowego terroryzmu, która to sytuacja łatwo może się skończyć jakiegoś rodzaju wojną domową. Nieobecność rzeczywistego pluralizmu na arenie międzynarodowej pociąga za sobą niemożliwość znalezienia uprawnionych form wyrażania niezgody i to właśnie dlatego, kiedy pojawiają się antagonizmy, przybierają skrajne formy. Tak więc to brak politycznych kanałów dla kwestionowania hegemonii neoliberalnej globalizacji jest tym, co leży u źródeł rozprzestrzeniania się dyskursów i praktyk radykalnej negacji obecnego porządku. Nawet liberalni kosmopolici, jak Richard Falk czy Andrew Strauss, uznają istnienie związku pomiędzy terroryzmem a obecnym porządkiem światowym, mówiąc: „Z zamkniętą możliwością bezpośredniego i sformalizowanego uczestnictwa w systemie międzynarodowym, sfrustrowane jednostki i grupy (zwłaszcza gdy ich rząd jest postrzegany jako wrogi i nie posiadający legitymacji) zwróciły się w stronę różnych sposobów obywatelskiego oporu, zarówno pokojowego jak i z użyciem przemocy. Globalny terroryzm znajduje się na tym krańcu spektrum międzynarodowego protestu, gdzie przemoc, a jego widoczny program może być napędzany głównie celami religijnymi, ideologicznymi i regionalnymi aniżeli oporem skierowanym bezpośrednio wobec globalizacji. Lecz ta alienacja ekstremistów jest przynajmniej po części pośrednim skutkiem globalizujących wpływów mogących przeobrażać się w polityczną nieświadomość tych, którzy są dotknięci krzywdami kojarzonymi z kulturową niesprawiedliwością”16.

Falk i Strauss wierzą, że rozwiązanie dla naszej obecnej trudnej sytuacji leży w „demokratycznym transnacjonalizmie”, którego rdzeń tworzyłoby Globalne Zgromadzenie Parlamentarne (Global Parliamentary Assembly), dające globalny instytucjonalny głos ludziom całego świata17. Misję takiego zgromadzenia – którego uprawnienia zawsze byłyby wykorzystywane zgodnie z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka – prezentują jako wkład w demokratyzację globalnej polityki, nie tylko w zakresie jej formułowania, ale także jej implementacji. Potrzebujemy, mówią, międzynarodowego szkieletu zdolnego do demokratycznego przystosowania rosnącej instytucjonalizacji polityki obywatelskiej, a owo Globalne Zgromadzenie Parlamentarne mogłoby być zaczątkiem demokratycznej formy odpowiedzialności za ten instytucjonalny system.

Ich wersja kosmopolityzmu opiera się głównie na roli społeczeństwa obywatelskiego i jako centralny problem postrzega państwo. Dowodzi ona, że grupy obywatelskie oraz elity biznesowe i finansowe zaczynają rozpoznawać fakt, że mają wspólny interes w rzuceniu wyzwania państwom, które powinny przestać działać jako ich reprezentanci na arenie międzynarodowej. Według nich, wiele z wiodących postaci świata biznesu, jak te spotykające się w Davos, mają oświecone poczucie swych długoterminowych interesów i bardzo solidaryzują się z ideą demokratyzowania systemu międzynarodowego. Zorganizowane sieci globalnego społeczeństwa obywatelskiego i biznesu powinny zatem być w stanie narzucić swoje demokratyzujące projekty ociągającym się rządom. Celem jest ustanowienie globalnej instytucjonalnej struktury demokratycznej, umożliwiającej ludziom całego świata obejście państw i zabranie znaczącego głosu w globalnym rządzeniu, tworząc w ten sposób pokojowy ład globalny.

O ile zgadzam się z Falkiem i Straussem co do wagi ustanowienia szkieletu instytucjonalnego, który pozwoliłby na wyrażanie skarg, uważam ich rozwiązanie za zupełnie nieadekwatne. Chodzi nie tylko o to, że nadzieja, jaką pokładają w oświeconym interessie własnym elit biznesowych jest całkowicie nieprzekonująca. Mój główny spór z ich propozycją dotyczy tego, że potrafią oni wyobrazić sobie demokrację na poziomie światowym jedynie jako zglobalizowanie modelu zachodniego. Ich „globalne społeczeństwo obywatelskie” składa się z obywateli postrzeganych jako liberalne jednostki, walczące o obronę swoich praw przeciw możliwemu targnięciu się na nie przez państwo. Jest to wizja typowo liberalna, która nie okazuje żadnej wrażliwości na różne tradycje kulturowe, a indywidualny „zachodni styl” bierze za najwyższe osiągnięcie. To właśnie przeciwko narzucaniu takiego modelu społeczeństwa jesteśmy obecnie świadkami tak silnego oporu.

Twierdzę, że najwyższy czas uznać pluralistyczny charakter świata i porzucić europocentryczny dogmat, według którego modernizacja może nastąpić jedynie przez westernizację. Powinniśmy przeciwstawić się idei, że moralny postęp polega na upowszechnieniu liberalnej demokracji z jej specyficznym rozumieniem praw człowieka. Liberalne instytucje demokratyczne i zachodni język praw człowieka reprezentują jedynie jedną z możliwych gier językowych i nie mogą one rościć sobie uprzywilejowanego związku z racjonalnością. Powinniśmy przyznać, że istnieje wielość uprawnionych odpowiedzi na pytanie o „dobre rządy”. Niech podkreślę, że wbrew zarzutom, jakie postawiłoby z pewnością wielu racjonalistów, takie pluralistyczne stanowisko nie pociąga za sobą żadnego relatywizmu. Nie jest to podejście typu „wszystko ujdzie”, które by uniemożliwiło dokonanie jakiegokolwiek rozróżnienia między istniejącymi porządkami. Zgodnie z perspektywą pluralistyczną, muszą być spełnione pewne warunki etyczno­‑polityczne, aby zakwalifikować jakieś rządy jako sprawiedliwe. Idea praw człowieka mogłaby tu odgrywać istotną rolę, pod warunkiem że zostanie przeformułowana w sposób, który zezwala na pluralizm interpretacji. Dla przykładu, aby przejść test na dobre rządy, politycznej formie społeczeństwa musiałby nadawać charakter pewien zestaw wartości, których rola w tym ustroju odpowiadałaby roli, jaką w liberalnej demokracji pełni pojęcie praw człowieka. Oznacza to, że musielibyśmy szukać tego, co Raimundo Panikkar nazywa funkcjonalnym odpowiednikiem pojęcia praw człowieka. Według Panikkara, kiedy spojrzymy na zachodnią kulturę, dostrzeżemy, ze prawa człowieka są przedstawiane jako zapewniające podstawowe kryteria przyznania ludzkiej godności i to właśnie dlatego postrzega się je jako niezbędny warunek sprawiedliwego porządku społeczno­‑politycznego. Przekonuje on, że powinniśmy przeanalizować, jak inne kultury dają różne odpowiedzi na to samo pytanie. W istocie, kiedy już uznamy, że tym, co jest stawką praw człowieka, jest godność osoby, pojawia się możliwość wyobrażenia sobie innych sposobów odpowiedzi na to pytanie. Powinniśmy zatem zaakceptować, że to, co zachodnia kultura nazywa „prawami człowieka”, jest specyficzną kulturowo formą zapewnienia godności osoby, i że aroganckim jest oświadczać, że jest ona jedyną uprawnioną.

W momencie, kiedy Stany Zjednoczone, pod pretekstem „obrony cywilizacji”, próbują narzucić swój system wartości reszcie świata, myślę, że tego rodzaju refleksja jest bardziej nagląca niż kiedykolwiek. W celu utworzenia kanałów uprawnionego wyrażania buntu, musimy sprzeciwić się uniwersalistycznemu globalistycznemu dyskursowi, domagając się wielobiegunowego ładu światowego, pluralistycznego ładu światowego, w którym mogłaby koegzystować pewna ilość dużych jednostek regionalnych o różnych kulturach i wartościach, i w którym uprawniona byłaby wielość sposobów rozumienia praw człowieka i form demokracji.

Na tym etapie procesu globalizacji, nie chcę zaprzeczać, że potrzebujemy pewnego zestawu instytucji, aby regulować stosunki międzynarodowe, jednak instytucje te powinny zezwalać na znaczący stopień pluralizmu i nie powinny wymagać istnienia jednej zunifikowanej struktury. Struktura taka z konieczności pociągałaby za sobą obecność ośrodka władzy, który byłby jedynym umiejscowieniem suwerenności. Próżno wyobrażać sobie możliwość systemu światowego, w którym relacje władzy zostałyby przezwyciężone dzięki rzekomemu „Panowaniu Rozumu”. Takie panowanie rozumu mogłoby tylko być ekranem skrywającym rządy dominującej władzy, która zdoławszy przedstawić swoje interesy jako identyczne z interesami ludzkości, mogłaby zatem traktować jakąkolwiek niezgodę jako nieuprawniony sprzeciw wobec jej „racjonalnego” przywództwa.

Jest to moim zdaniem recepta na katastrofę, prowadzącą wprost do zderzenia cywilizacji zapowiadanego przez Huningtona. Jest w istocie sprawą kluczową, by zdać sobie sprawę, że w ogromnym stopniu podejście uniwersalistyczne do owego zderzenia się przyczynia. Próbując narzucić opornym społeczeństwom zachodnią koncepcję demokracji, uważaną za jedyną uprawnioną, postrzega ono tych, którzy tej koncepcji nie akceptują, jako „wrogów cywilizacji”, kreując tym samym warunki dla antagonistycznej walki między różnymi cywilizacjami. Jedynie poprzez uznanie prawomocności wielu różnych sprawiedliwych form społeczeństwa, jak również faktu, że model demokracji liberalnej jest tylko jedną z możliwych form demokracji, mogą zostać stworzone warunki dla „agonistycznego” współistnienia różnych regionalnych ośrodków z ich specyficznymi instytucjami. Z pewnością ten wielobiegunowy ład światowy nie wyeliminuje konfliktu, lecz jest mniej prawdopodobne, że konflikty te przyjmą antagonistyczną formę, niż w świecie, który nie zezwala na autentyczny pluralizm. Większa jest szansa zapewnienia pokoju, kiedy zostanie osiągnięta swego rodzaju równowaga między wielością regionalnych ośrodków niż przez jedną hiperwładzę narzucającą swój porządek.

Pozwolę sobie na koniec podkreślić, że tym, co tak naprawdę jest kluczowe dla mojej krytyki stanowiska kosmopolitycznego, jest fakt, iż podejście owo neguje to, co polityczne, oraz dopuszcza wiarę, iż celem polityki jest ustanowienie konsensusu w sprawie jednego jedynego modelu. Powinniśmy porzucić iluzję, że antagonizmy można wyeliminować dzięki unifikacji świata osiągniętej poprzez przekroczenie tego, co polityczne, konfliktu i negatywności. Uznać trwałość tego, co polityczne, to zdać sobie sprawę z tego, że próżno jest dążyć do porządku poza hegemonią czy poza suwerennością. Nie powinno to być jednak powodem do apatii czy pesymizmu. Istnieje w istocie cel, do którego możemy zmierzać: stworzyć wielobiegunowy świat tak, aby spluralizować hegemonię, spluralizować suwerenność i w ten sposób sprawić, by świat w większym stopniu podlegał demokratycznej kontestacji i respektował wielość poglądów.

Przełożył Jakub Maciejczyk

Przypisy:

1. W języku polskim z tekstów Helda ukazał się: David Held, Czy można regulować globalizację?, Krytyka Polityczn, nr 2 (jesień 2002), s. 321­‑345. Na temat demokracji kosmopolitycznej zob. też: U. Beck, Manifest kosmopolityczny. Demokracja ponad państwem narodowym, „Krytyka Polityczna”, nr 1 (lato 2002), s. 159­‑163 (przyp. red.).

2. D. Archibugi, Cosmopolitical Democracy, w: D. Archibugi (ed), Debating Cosmopolitics (London 2003), s. 7.

3. Daniele Archibugi, Demos and Cosmopolis, w: Debating Cosmopolitics, op. cit., p. 262

4. David Held, Democracy and the New International Order w: Daniele Archibugi and David Held (ed), Cosmopolitan Democracy. An Agenda for a New World Order (Cambridge: Polity Press, 1995), p. 111

5. David Held, The Transformation of Political Community: Rethinking Democracy in the Context of Globalization w: I. Shapiro and C. Hacker­‑Cordón, Democracy’s Edges (Cambridge: Cambridge University Press, 1999), p.105

6. Tamże, p. 106

7. David Chandler, New Rights for Old? Cosmopolitan Citizenship and the Critique of State Sovereignty, Political Studies, Vol 51, 2003, pp. 332­‑349.

8. Tamże, p. 340

9. Tamże, p. 343

10. David Held, Democracy and the Global Order (Cambridge: Polity Press, 1995), P. 232

11. Chandler, op. cit., p. 347

12. Nadia Urbinati, op. cit., p. 80

13. Robert Dahl, Can International Organizations Be Democratic? A Sceptic View w: Democracy’s Edges, op. cit., p. 25

14. Tamże, p. 32

15. Mary Kaldor, Global Civil Society. An Answer to War (Cambridge: Polity Press, 2003), p. 108

16. Richard Falk and Andrew Strauss, The Deeper Challenges of Global Terrorism: A Democratizing Response, w: D. Archibugi (ed) Debating Cosmopolitics (London: Verso, 2003, p.206).

17. Richard Falk and Andrew Strauss, Towards Global Parliament, Foreign Affairs, January­‑February 2001.