Media, głupcze!

Maciej Muskat
20.01.2004

Trzynastego grudnia 2003 roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało nagrody dla czołowych dziennikarzy RP w tym roku. Kiedykolwiek słyszę o jakiejś nagrodzie, od razu patrzę kto daje i kto płaci. Kto płacił, nie podano. Przyznawało gremium, w składzie którego znalazłem Stefana kto­‑jest­‑największym­‑obrońcą­‑pokoju­‑na­‑świecie­‑i­‑dlaczego­‑Bush Bratkowskiego oraz Michała czekając­‑na­‑powtórne­‑przyjście­‑Hayeka Zielińskiego. Wydrukowałem listę zwycięzców i poleciałem do szafy, żeby wyciągnąć kask, gogle i zimowe rękawice. Zawsze tak robię, jak czuję, że za chwilę będę miał do czynienia z trudną do zniesienia dawką ironii. Od czasu, jak usłyszałem, że jeden z amerykańskich dziennikarzy dostał śmiertelnego wylewu krwi do mózgu po przeczytaniu odpowiedzi od rzecznika prezydenta Busha, Ari Fleischera (zwycięzca nagrody dla najbardziej oddanego rzecznika prasowego imienia Otto Dietricha), wolę dmuchać na zimne.

Okazało się, że dobrze zrobiłem.

Główną Nagrodę Wolności Słowa dostała dwójka dziennikarzy za to, że opisali aferę. Chodzi o leki. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że pewnie znaleźli papiery pokazujące w jaki sposób korporacje farmaceutyczne sprawiają, że jesteśmy coraz mniej odporni choć wydajemy na leki coraz więcej pieniędzy. Że opisali skutki prymatu zysku w ochronie zdrowia w postaci wprowadzania na rynek niesprawdzonych do końca leków; przejęcia polskich przedsiębiorstw farmaceutycznych na skutek ponadnarodowych praw handlowych; edukacje medyczną i jej wpływ na łatwość „kupowania” lekarzy. I że przede wszystkim pokazali, kto to wszystko nakręca, jakie światowe pieniądze, firmy i jakie nazwiska decydują o polityce i edukacji zdrowotnej nie tylko naszego kraju. Że powstała polska wersja Wiernego Ogrodnika Johna Le Carre, ale tym razem oparta na faktach, a ludzie, którzy zbierali materiały, mogli za wolność słowa zapłacić życiem albo przynajmniej zwolnieniem z pracy.

Błąd. Cała afera dotyczy ministra Łapińskiego. Tego, który – jak się niedawno dowiedzieliśmy – na listę urządzeń zwolnionych z cła ze względu na przydatność dla rozwoju niepełnosprawnych wpisał nawet jednorękich bandytów. Mały arogancki kombinator, który teraz zgrywa bohatera, choć gdyby nim był, to po miesiącu swego urzędowania zrobiłby konferencję prasową, na której ujawniłby imiona farmaceutycznych tyranozaurów, które plądrują ten kraj. Dla medialnego myśliwego znacznie bezpieczniejszą zdobyczą jest jednak mało groźny brontozaur typu Łapiński, dlatego został rozszarpany w świetle scenicznych reflektorów. Wielkie dziennikarskie zwycięstwo. Brawa. Encore.

Przyznano też nagrodę za publikacje o wydarzeniach międzynarodowych. Jeśli byłbym Brazylijczykiem, Norwegiem albo Japończykiem gotów byłbym się założyć, że w tym roku główne polskie trofeum w tej kategorii dostał ktoś za pokazywanie prawdy o tym, co dzieje się w Iraku. W końcu od 1968 roku Bolanda (podobno Polska po arabsku) nigdy tak entuzjastycznie nie pomagała w bezprawnej pacyfikacji jakiegoś kraju. Co więcej, tym razem pacyfikuje na rozkaz innego siewcy pokoju – ten poprzedni miał cztery litery, ten nowy ma tylko trzy, więc widzę tu pewien postęp.

Znowu błąd. Laur przypadł za reportaże o łamaniu praw człowieka w Czeczenii. Przeciętny widz polskich mediów wie o łamaniu praw człowieka w Czeczenii od bardzo dawna i w obecnej chwili jest zapewne przekonany, że prawa człowieka łamie się tylko tam i w Korei Północnej. Dlaczego Czeczenia, przecież Putinowi jak na razie nie pomagają tam polskie wojska? Za to powtórne wywrócenie Iraku do góry nogami było dla Putina tym, czym pudełko belgijskich czekoladek dla przedszkolaka. Bush musiał do niego zadzwonić i powiedzieć: „Pooty­‑Poot, mołodiec. U was na razie ropy wbród, a nam się troszku kończy. Vlad, ty mi nie rób pod górę, to ja ci dam zielone światełko w Czeczenii. Twój W.

PS. OK, podzielimy się tym Kazachstanem i Azerbejdżanem”.

Niedaleko od Czeczenii jest taki kraj, który nazywa się Uzbekistan. Rządzi w nim świecki macho­‑men Islam Karimow, który przetrwał rozpad ZSRR, a od 1999 roku jego oddziały są trenowane przez amerykańskie siły specjalne. Od 2001 roku USA mają tam swoją bazę, a w zeszłym roku przyznały Karimowowi pomoc w wysokości 500 milionów dolarów, z czego oficjalnie 79 poszło na policję i wywiad. Nie byłoby w tym specjalnie nic złego, gdyby nie to, że Karimow trzyma w więzieniach około 6000 więźniów politycznych i religijnych, a jest cholernie twórczy jeśli chodzi o tortury – jego specjalnością jest gotowanie tych, którzy nie zgadzają się z linią wodza1. Czy ktoś słyszał, żeby nasze media strzelały do tego zwierza? Wygląda na to, że nie mogą trafić, bo – jak na strzelnicy – po obu stronach ściany i nie można się obrócić.

Kiedy dotarłem do tzw. nagrody Watergate (za publikacje z dziedziny dziennikarstwa śledczego), naprawdę poczułem, że kask i gogle się przydają. Ale młodzi mogą nie pamiętać, o co chodziło w aferze Watergate. Był sobie taki prezydent USA, nazywał się TrickyDickie. Facet był bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć bądź kalectwo milionów ludzi w Południowo­‑Wschodniej Azji, i pośrednio odpowiedzialny za kolejne miliony zabitych, rannych i osieroconych, ponieważ bardzo lubił takich macho­‑manów jak Marcos, Pinochet czy Szach Iranu (Tricky był biseksem, miał też romans z carycą Leonidą). I było dwóch dziennikarzy, Bernstein i Woodward się nazywali. Ci dwaj znaleźli dowody, że Dickie podsłuchiwał drugą partię (dokładnie to drugą część tej samej partii) – tę, która zaczęła wojnę z małymi Żółtkami. TrickyDick kłamał i nie chciał się przyznać, bo był przekonany, że skoro nikt nie krzyczał, gdy robił dziesięć razy gorsze rzeczy, to jakieś niewinne podsłuchiwanie ujdzie mu płazem. Ale – aż nie chce się wierzyć – przyskrzynili go na takiej błahostce. Zupełnie jak Ala Capone. Tricky musiał zrzec się prezydentury i resztę życia spędził pisząc za rządowe dotacje swoje pamiętniki.

Aferę Coś­‑tam­‑gate mamy więc wtedy, kiedy czwarta władza wykaże, że jedna część partii spiskuje przeciwko drugiej części (patrz Rywingate). Kiedy zobaczyłem, że dają taką nagrodę, byłem gotów się założyć, że w tym roku na pewno dostał ją ktoś za pokazanie nowej skali „tworzenia informacji” czyli za historię „o tym, jak Wall Street Journal wykonał parę telefonów, a kiedy obudziłeś się następnego dnia, okazało się, że Europę podzieliła się na `starą` i `nową`”. W końcu nie co roku udaje się „zanimować” rzeczywistość na taką skalę.

I tym razem pudło. Otrzymał ją dziennikarz za artykuł Mecenas łamie prawo dotyczący „nielegalnych interesów katowickiego adwokata Marka B”.. Słyszeliście coś o tej niesamowitej aferze, która wstrząsnęła posadami państwa? Minister poczęstujmy­‑Szyitów­‑kiełbasą Szmajdziński oraz papież­‑naszego­‑bezpieczeństwa Siwiec dali głowy, premier może­‑mi­‑pomóc­‑tylko­‑katastrofa Miller oraz jego­‑prezydencja­‑w­‑dwóch­‑osobach Kwaśniewscy ledwo uniknęli impeachmentu. Zagalopowałem się. Faktycznie coś mi się pomyliło, chyba gogle mi zaparowały i ujrzałem jakąś projekcję zbiorowego wishful thinking.

Nieuchronnie nadszedł czas powiedzenia czegoś wprost o mediach. Kiedy władza wykonawcza wykonuje dekapitację służby zdrowia, systemu energetycznego, transportu kolejowego, systemu emerytalnego (wpisz brakujące); kiedy władza sądownicza wszystko to przyklepuje, a władza legislacyjna coraz bardziej przypomina wykastrowanego koguta, potrzebujemy prawdziwego obrazu rzeczywistości jak jasna cholera. Gdzie jest więc ów strażnik demokracji, ostatnia linia obrony przed tyranią, kiedy trzeba przyjść nam z pomocą w chwili próby. Wygląda na to, że leży na łożu śmierci, żuje sucharka i ogląda powtórkę filmu z Chuckiem Norrisem.

Jasne, że dziennikarstwo nigdy i nigdzie nie dorastało do swego ideału. Na każdego Hertsgaarda, Bernsteina czy Fiska przypadają legiony żurnalerii, która najczęściej interesuje się jedynie tym, co wpływa na ranking walut, polityków czy gwiazd show­‑biznesu, a cynizm jest jej sposobem na przetrwanie. Ale u nas, w Polsce, pomimo całej wolnościowej mitologii, nie ma Bernsteinów i Fisków, do których młodsi mogliby się odwoływać, bo imponują im swoją bezkompromisowością, bezczelnością wobec siły i solidnością. Dzisiaj redaktor pamięta, skąd biorą się pieniądze za reklamy w jego gazecie czy kanale i wie, że – jak powiedział pewien generał, a w ostatnią rocznicę 13 grudnia mimo woli powtórzył jakiś członek Ligii Republikańskiej – „istnieją wartości, których naruszać nie wolno” (dobro klientów­‑reklamodawców). Dzisiaj młodzi wiedzą, że jeśli naruszą te „wartości”, redaktor nie będzie ich bronił jak zwierz Alpuhary, ale wyda ich jak Piłat.

W takich warunkach najbezpieczniej jest uprawiać dziennikarstwo bezstronne. Obiektywność w mediach (w rzeczy samej to oksymoron) polega na tym, że mówisz praktycznie to samo, co mówią wszyscy twoi koledzy. Tematy bierzesz z mediów „opiniotwórczych”, czyli z wielkich sieci amerykańskich. Jeśli tylko ktoś powiedział to przed tobą, jesteś bezpieczny. Dziennikarze wiedzą, że jak nie będą robić kłopotów, to może nawet przestaną być dziennikarzami i zostaną „osobowością medialną”. Plutokracja rzecze: chcecie być szanowaną profesją, dołączcie do establishmentu – jak wszystkie inne szanowane profesje. Nad Wisłą nikt nie wyobraża sobie, żeby wysłać jej telegram zwrotny: „Akuku. Jesteśmy tuż za wami i patrzymy, jak tasujecie te trzy karty”. Nad Wisłą Dziennikarzem Roku można zostać za ukrycie informacji „na prośbę kolegi” (w środowisku nazywa się to „manewrem Paradowskiej”).

Zapewne dlatego słowa H.L. Menckena sprzed kilkudziesięciu lat tak szybko stały się w Polsce ciałem: „Typowa gazeta, przede wszystkim ta lepszego sortu, ma inteligencję ewangelisty z Południa, odwagę szczura, informacje od szkolnego stróża, zmysł smaku projektanta celuloidowych walentynek i honor prawnika z komendy policji”. Co więcej, choć jeszcze niedawno wszyscy wiedzieli, że „telewizja kłamie”, to tzw. nowe media, pełne teledysków z politykami i „inteligentnych pocisków”, są dla Polaków prawdziwą kopalnią tematów do rozmów przy stole i w pracy. „Stwierdzenie, że coś jest prawdą, bo napisali o tym w gazetach, stało się już sarkastycznym przysłowiem. To jest mniej więcej opinia, jaką inteligentni ludzie mają na temat prasy” – w tym zdaniu Marka Twaina wystarczy zamienić słowo „prasa” słowem „telewizja” i mamy opis Polski AD 2004. Być może to poszło nawet dalej – wielu inteligentnych ludzi uważa dane zdarzenie za rzeczywiste dopiero wtedy, gdy usłyszą o nich z ekranu.

Więc kiedy Polak zamyka oczy i gładko przełyka „informacje”, różne mało znane PR­‑owe korporacje czynią je coraz bardziej „smaczniejszymi”. Żyjemy w czasach, w których rzeczywistość jest tworzona przez firmy w rodzaju Rendon Group. Pierwsze przykazanie wszystkich Rendonów brzmi zapewne: „Nigdy nie przeceniaj inteligencji publiki”.

To Rendon jest odpowiedzialny za organizację Irackiego Kongresu Narodowego (ze skazanym za malwersację Chalabim na czele), a zaplanowanie i sfilmowanie numeru z odbiciem Jessiki Lynch („odbicie” było ustawione, jak w scenariuszu reality show), pomimo wykrycia całego oszustwa spełniło swoją rolę2. Nikt w polskich „poważnych” gazetach o tym nie napisał. Nikt nie napisał też, że Jessica, leczona przez irackich lekarzy, została przez nich wysłana do Amerykanów karetką – lekarze zakładali, że karetka jest bezpieczna dzięki Konwencjom Genewskim. Nie była. Kiedy tylko zbliżyła się na 300 metrów do amerykańskiego checkpointu, została ostrzelana, a Lynch drugi raz ledwo uszła z życiem.

Wojna, pokój, boom gospodarczy, terroryzm – wszystko można dziś „odpowiednio nakręcić”. Wiktor Pielewin, autor prześwietnej „Generacji P”, myli się tylko jeśli chodzi o technikę „animacji”. Potem materiał idzie do agencji informacyjnych i dalej w dół, do redakcji. A potem rozpisują się o tym setki komentatorów, a w mediach elektronicznych dyskutuje o tym „osobowość konserwatywno­‑liberalna” (reprezentująca grupę typu POPiS Pepsi) z „lewicową” (grupa typu SLD­‑Cola). To oznacza, że równowaga została zachowana. Osobowości zachowują się grzecznie i tylko komentują, nigdy nie kwestionują zasadności pytania czy prawdziwości samego materiału.

Parę lat temu gorącym tematem była wojna w Bośni. Poproszony o komentarz na temat zbiorowych gwałtów armii serbskiej, jako „osobowość” nie mógłbyś odpowiedzieć: „to humbug, dzięki dowodom zgromadzonym przez dwie dziennikarki, Diane Johnston i Karen Talbot, wiemy, że informacje na ten temat są niezgodne z prawdą i wszystkie pochodzą z jednego źródła – od pośredników firmy PR Ruder Finn, Inc3. Jeśli dziś proszą cię o komentarz na temat wolności słowa na Białorusi, nie możesz nawiązać do cenzury nałożonej na książkę Stanisława Remuszko. Jeśli pytanie dotyczy złapania Saddama, nie możesz powiedzieć, że to nie ma znaczenia i zamiast tego chciałbyś porozmawiać o tym, dlaczego w Iraku pod naciskiem Rady Zarządzającej Ministerstwo Zdrowia przestało liczyć cywilne ofiary okupacji, albo o kasecie wideo pokazującej Amerykanów zabijających strzałami w plecy 11 uciekających, bezbronnych demonstrantów.

Tak nie można – to byłoby złamanie reguł gry. Te fakty nie istnieją. Jako „osobowość” bierzesz udział w spektaklu i za swoją rolę dostajesz świetną gażę. Masz prawo być pół ślepy, pół głuchy i nie zagłębiać się w szczegóły, a jeśli już, to powinieneś mieć na tyle instynktu, żeby trzymać je dla siebie. Zasada jest prosta – dostajesz potrawę na talerzu i co najwyżej możesz użyć przypraw; jak grasz rolę radykała, masz prawo do większej ilości chili, ale nie możesz powiedzieć, że potrawa jest zepsuta i chcesz inną. A rzeczywistość, jaka wyziera z gazet albo z ekranu TV, i o której większość dyskutuje przy stole, jest coraz bardziej teatrem cieni, PR­‑ową kapsułą.

I pomimo ostatniej medialnej „konwergencji” pomiędzy Polską i USA istnieje różnica pomiędzy oboma krajami, wynikająca z zasięgu angielskiego narzecza. Nawet jeśli jesteś obywatelem Stanów i podczas porannej lektury przez ramię zagląda ci John wszyscy­‑którzy­‑bronią­‑Konstytucji­‑to­‑terroryści Ashcroft, to nadal możesz o tym przeczytać w swoim kraju albo w pismach z Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii, czy nawet w Asian Times – masz pod ręką inne, tropiące i konsekwentne źródła, dla których CNN czy FOX to synonimy kastracji ich zawodu. Tu, nad Wisłą, panuje informacyjna monokultura, bo przecież jeśli nawet coś przebije się na powierzchnię w niszowych tytułach, to jednak ludzie nie traktują ich do końca poważnie, ze względu na różnorakie obsesje albo syndrom krucjaty.

Nie oszukuję się. Wiem, że w kapitalizmie media działają w branży „sprzedaży przestrzeni reklamowej”, nie w branży „autentycznej wolności słowa”. Pomimo tego ostatnio poczułem się zaskoczony – to naprawdę był posmak nowości. Całkiem niedawno wybuchały bomby w Stambule, a George XLIII odwiedzał – choć nie jestem pewien, czy „odwiedzanie” to odpowiednie słowo – Londyn. Na świecie media zadawały pytania w związku z tymi wydarzeniami. A co było tematem chwili w Stanach (u nas na drugim miejscu), we wszystkich głównych mediach? Tak! Aresztowanie Wacko wszystkie­‑dzieci­‑są­‑nasze Jacko, skandal ogólnoświatowy. Wszędzie debaty o moralności, na pierwszych stronach zdjęcia Jacksona aresztowanego przez policję.

Na razie to właśnie jest przyszłość. Kiedy tylko będzie dziać się coś, co jest niebezpiecznie „niedopasowane” do obrazu medialnego, lokalni i globalni giganci informacji sięgać będą do bazy Kolorowych Wiadomości Bez Znaczenia i mówić – „OK, teraz to”. Być może za jakiś czas zapadnie decyzja o postawieniu Bush­‑kliki przed trybunałem albo też – alternatywnie – uczciwe wybory staną się historią w USA (co może oznaczać zakończenie „demokratycznego eksperymentu” również u nas). Jestem gotów się założyć o dobry obiad, że w Polsce newsem dnia będą wtedy na przykład zdjęcia Kulczyka dobierającego się do Deląga w łazience pałacu prezydenckiego w czasie trwania kolejnej konferencji intelektualistów polskich pod tytułem: „System naprawdę działa – nam jest całkiem nieźle”.

Zdejmuję te gogle, kask i rękawice.

I kiedy patrzę gołym okiem, wygląda to tak: wolność słowa jest jak pieniądze – niektórzy mają jej więcej niż inni. Choć według prawa i konstytucji słowo jest wolne, to sformułowanie to jest bez znaczenia, ponieważ przestrzeń tej „wolności” jest sprzedawana temu, kto zapłaci najwięcej. Na „wolnym” rynku wolność słowa jest takim samym towarem jak wszystko inne – cukierki, dżinsy, broń, sprawiedliwość, prawa człowieka, woda, lasy. Jest dostępna dla tych, których na nią stać. A ci, których stać (Kościół, Państwo, Biznes) formują ją w gotowy produkt zgodnie z tym, co akurat służy ich celom.

Co to więc znaczy: wolne media? Być może dziś, kiedy oblepia nas poczucie sztuczności (od pożywienia do sztuki), powinniśmy raczej mówić o „autentycznych mediach”. Autentyzm powinien chyba zaczynać się tam, gdzie dziś kończą się media – od uznania, że dystrybucja informacji nie może być traktowana jak towar. Jeśli media nie mogą być towarem, to jaką powinny mieć strukturę własności, jak powinny być podejmowane decyzje? Jak wyglądałyby media, gdyby przestały traktować odbiorcę jak jednowymiarowego idiotę i idiotyzm ten promować? Jeśli media elektroniczne korzystają z fal eteru, które są dobrem wspólnym, czego powinniśmy od nich w zamian wymagać?

Czy postulat kanadyjskiej Media Foundation nie powinien być wzięty w Polsce poważnie? Kanadyjczycy żądają, aby w każdej godzinie prywatnego lub państwowego programu telewizyjnego i radiowego dwie minuty były dostępne dla przekazów tworzonych oddolnie, przez organizacje społeczne. Opór przeciwko tej legislacji pokazuje, że nawet tak umiarkowany postulat jest przez mogułów medialnych postrzegany jak niebezpieczny wirus. Chodzi tylko 2 minuty na falach, które są naszą wspólną własnością, ale wyobrażam sobie wściekłość i wrzask naszych mediów w momencie, gdy takie żądanie zacznie rozbrzmiewać w Polsce. Możesz mówić o monopolu w każdej dziedzinie, pod warunkiem, że nie wspominasz słowa na M.

Zauważyłem, że w Polsce jest bardzo duża grupa ludzi, którzy narzekają na główne państwowe i prywatne media – że kłamią, że przekręcają, że oszukują, że upraszczają – a jednocześnie dalej płaci tym mediom, a potem użycza im swojej uwagi. Jednocześnie ci sami ludzie są przekonani, że coś tak niematerialnego jak ich uwaga lub jej brak nie może mieć wpływu na być albo nie być medialnych pośredników (być może to przekonanie jest swego rodzaju usprawiedliwieniem człowieka uzależnionego). A tymczasem właśnie na tym bazuje potęga massmediów – ich siła i materialny byt zależy od tego, jak często i na jak długo są w stanie zaaresztować naszą uwagę, którą sprzedają za pieniądze lub wpływy. Odmów im pieniędzy i uwagi, a zaczną więdnąć jak przekłuty balon.

Najlepszym początkiem przebudzenia jest zatem powstrzymanie się od oglądania telewizji, słuchania głównych rozgłośni i czytania głównych gazet czy portali. Niewykonalne? Sam tak robię od długiego czasu i zapewniam, że i tak zawsze dowiaduję się wszystkiego, czego trzeba. Polecam przeczytanie jakiejś znanej gazety po miesiącu albo dwóch od daty wydania – będzie widać jak wiele treści i komentarzy jest błędnych lub nieaktualnych. To rozwiązanie daje ponadto dodatkową korzyść – po pewnym czasie każdy sam dla siebie odkrywa, jak wiele jest innych miejsc, skąd można czerpać informacje, które lepiej opisują rzeczywistość. To może być internetowy portal po drugiej stronie świata albo pani Jola z parteru. Ważne jest tylko, żeby nasze źródło nie było mentalnie lub organizacyjnie uzależnione od światowych megafonów.

Oto jak zacząć:

Przez pół godziny siedzimy wygodnie przed telewizorem. Wyłączonym. Słuchamy i odkrywamy swoje myśli. Dajemy ogłoszenie do prasy: „Telewizor oddam w dobre ręce”. Potem zapraszamy kilka osób. Rozmawiamy. A potem powstaje lokalne pismo, portal albo pirackie radio.

Przypisy:

1. Deaths in Custody in Uzbekistan, Briefing Paper, Human Rights Watch, 2003, 4 April.

2. Więcej na ten temat zob. S. Goff, The Use and Abuse of a Woman Soldier. Jessica Lynch, Plural, 2003, 13/14 grudnia [@:] http://www.counterpunch.org/goff12132003.html.

2. Więcej na ten temat zob. D. Johnstone, Seeing Yugoslavia Through a Dark Glass: Politics, Media, and the Ideology of Globalization, 1999 [@:] http://www.geocities.com/jasonmeade3000/global-bosnia.html.

Maciej Muskat – dyrektor Greenpeace Polska, były członek Rady Programowej Greenpeace w Unii Europejskiej. Prowadził między innymi kampanie związane z ochroną bioróżnorodności, zmianami klimatu, produkcją energii oraz ograniczeniem rolnictwa przemysłowego.