Baw się lalkami

Sylwia Nadgrodkiewicz
30.05.2012

Maria S. w reżyserii Eweliny Ciszewskiej, to spektakl w którym odbywamy podróż do głębi istoty kobiecości i jej zaprzeczenia. Punktem docelowym tej podróży są tabuizowane i wypierane ze świadomości toksyczne relacje matki z córką. Spektakl Ciszewskiej jest z pocztu tych, które demaskują nasz brak uważności w obserwowaniu i diagnozowaniu rzeczywistości społecznej.

To wprowadzenie zapowiada zmierzenie się z ogromnym ciężarem emocjonalnym podczas spektaklu. Wydarza się jednak zupełnie inaczej – Ciszewska z finezją, humorem i pokorą rozbraja bombę krok po kroku. Jak w życiu – tragedia staje się farsą, a farsa tragedią.

Marysia pracująca w muzeum, które można rozumieć jako metaforę chłodu emocjonalnego otaczającego młodą kobietę, jest ciągle nękana przez telefony matki, usiłującej przekonać córkę do swojego wyobrażenia o udanym życiu. Toksyczność tego procesu polega na tym, że życie matki wcale nie było udane, a jednak coś pcha ją do wikłania córki w ten sam, dobrze znany schemat. Niemoc z jaką matka brnie w swoją iluzję i z jaką jednocześnie Marysia usiłuje wyplątać się z niej, budzi na przemian złość i śmiech zarówno u widza jak i u samej/mych bohaterki/rek (w tym miejscu wypada nadmienić, że w monodramie grają de facto dwie aktorki – głosu matki użycza wspaniała Mirosława Lombardo).

Śmiem twierdzić, że Ciszewska nie do końca świadomie zabiera się za dekonstrukcję problemu toksyczności relacji matka­‑córka i efekt wydaje się być niewspółmierny do założeń. Przez przypadek jest to zwycięstwo i reżyserce należy tylko pogratulować wyczulonej do granic możliwości intuicji oraz skuteczności przekładania jej na język teatru. Pomaga w tym niewątpliwie scenografia, którą stanowi wielka suknia, zaprojektowana na podobieństwo stroju, jaki nosiła kilka wieków temu, Maria Stuart. Ta wielka lalka stojąca po środku sceny za sprawą genialnych świateł Roberta Balińskiego oraz efektownych animacji Jacka Lecha, ożywa, przybierając różne kolory i faktury. Perfekcyjnie skomponowana muzyka przez Włodzimierza Kiniora Kiniorskiego wzmacnia odbiór przekazu ze sceny i w każdej sekundzie jest uzasadniona.

W pierwszej warstwie znaczeniowej, ta duża lala, to rzeczona Maria Stuart, której postać jest dla bohaterki inspirująca i pociągająca ze względu na posiadaną przez królową władzę. Niewiele było kobiet w historii, które w sferze publicznej dysponowały tak realną mocą. Kobieta na tronie, to jednak cały czas kobieta. Ciężar odpowiedzialności społecznej jest powiększony o wymagania natury moralnej, większe w odniesieniu do kobiet niż mężczyzn. Ten wątek uzmysławiający ciągłość historyczną bezustannych zmagań kobiet o prawo do bycia sobą, staje się tłem dla rozmów Marysi z matką. Dziewczyna utożsamia się z Marią Stuart, przywdziewając potajemnie suknię. Wydaje się jej, iż posiadanie władzy królowej mogłoby ją uwolnić z toksycznej relacji. Ale to tylko kolejna iluzja. Nawet tak potężna władza, nie wystarcza, by odeprzeć hipokryzję. Marysia jednak tego nie wie, bądź odpycha od siebie tę świadomość. Brnie dalej w swoje wyobrażenia. A tu nie o władzę chodzi. Toksyczna relacja jest zawsze relacją opartą na manipulacji i działa tylko wtedy, gdy ciągle przeciągany jest sznur posiadania racji. Nie istnieje bez jednej strony. Marysia nie potrafi się odciąć, zdystansować – jest swoją matką, gdy mówi: „twoje ręce są moimi rękami”, uwidaczniając tym samym łańcuch wzajemnych zależności. Aby te zależności mogły stać się zdrową relacją obydwie panie powinny zacząć od rozpoznania w sobie powodów własnego nieszczęścia – ale na to nie stać ani jednej, ani drugiej. Zakładanie kolejnych masek i kostiumów wydaje się w ostatecznym rozrachunku mniej obciążające niż zmierzenie się z bolesną prawdą. Marysia woli pójść na pierogi do matki i grać nadal swoją ustaloną w tej sztuce rolę.

W „zabawę lalkami” zostaje wciągnięty widz – suknia staje się łonem matki, łóżkiem na którym odbywają się mniej lub bardziej lubieżne sceny seksu, szafą w której chowa się grzeczna dziewczynka przed dominującą matką, blatem kuchennym, na którym zaradna matka przygotowuje pyszne ciasta dla swoich gości, „po których wizycie za każdym razem wygląda na starszą”; tronem, na którym siedzi wyniosła Maria Stuart i w końcu gilotyną, z której spada spektakularnie głowa królowej. Suknia, która, tak jak okresy życia kobiety, musi być biała, gdy ta zaczyna swe życie w społeczeństwie, z czasem nabiera różnych kolorów. Czerwieni się kolorem krwi menstruacyjnej i porodu, błękitu wody na wyobrażenie oczyszczania się na kolejnych etapach i przy okazji różnych wyborów i inicjacji; i raz jeszcze bieli – gdy pojawiają się momenty powrotu do niewinności.

Po obejrzeniu Marii S. zdałam sobie sprawę, że pytania o relacje matki i córki są zadawane niedostatecznie często. Zakrzepliśmy w swoich trochę strachach, trochę wyobrażeniach i gotowcach powielanych przez kolejne pokolenia. Czy Ciszewskiej udaje się odpowiedzieć choćby na jedno z takich pytań? Niekoniecznie. Ale wydaje się, że nie chodziło o udzielenie jakichkolwiek. Sztuka Ciszewskiej jest próbą otworzenia drzwi, które stały zamknięte do tej pory i za które sugerowano nie zaglądać. Na razie reżyserka dotknęła tylko klamki, a już parzy i wywołuje drżenie serca i duszy niejednego widza. Świetnie splatający się ze sobą uniwersalno­‑partykularny wymiar narracji, dotyka i tych, którzy przeżywają dramaty na poziomie swojej prywatności, ale i tych, którzy przyglądają się tym dramatom, przyjmując wyłącznie uniwersalny punkt widzenia. Niewątpliwą zaletą spektaklu jest potraktowanie z godną entuzjazmu przenikliwością i polotem tak ważnego i trudnego obszaru życia.

Maria S. Eweliny Ciszewskiej to sztuka prowokująca do interpretacji na wielu płaszczyznach i z różnych punktów widzenia. Kunszt aktorki, reżyserki, scenografki, naukowczyni, mima i animatorki, która z pełną świadomością dobiera sobie skutecznych twórczo współpracowników, broni się bez zbędnych zabiegów intelektualnych. Z całego serca polecam przyjrzenie się tej sztuce zarówno dla refleksji jak i zabawy.

Ewelina Ciszewska, Maria s.
obsada: Ewelina Ciszewska
głosu matce użyczyła: Mirosława Lombardo
scenariusz i reżyseria: Ewelina Ciszewska
muzyka: Włodzimierz Kinior Kniorski
reżyseria świateł: Robert Baliński
animacje: Jakub Lech
scenografia: Ewelina Ciszewska
wykonanie sukni: Teresa Mak, Ilona Szurkowska, Jerzy Makowski, Leszek Nowak
plakat, folder, zaproszenie: Monika Marek
premiera: 20 marca 2012, Duża Scena Teatru PWST we Wrocławiu

Sylwia Nadgrodkiewicz – doktor nauk humanistycznych, autorka książki Seyla Benhabib – feminizm i polityka;  współtwórczyni projektów Wieża Bab L (współpraca z Galerią Białą w Lublinie) i Lublin 9 Ta Obca (wraz z Tomkiem Kitlińskim); współpracuje z Krytyką Polityczną – cykl wykładów i spotkań pt. W optyce feminizmu oraz Obrzeża feminizmu; wokalistka, muzykoterapeutka, nauczycielka śpiewu i animatorka kultury.