Ścierwo w końcu samo odpadnie

Recenzja spektaklu Ccy­‑Witkac­‑Y Menażeria

Sylwia Nadgrodkiewicz
22.09.2015

Wniknięcie w czasoprzestrzeń Witkacego to wymagające ćwiczenie1. Nie wystarcza bowiem wyłącznie intelekt. Potrzeba jeszcze wysokich lotów poczucia humoru, a ono może pojawić się tylko wówczas, gdy wrażliwość na życie płynie z serca i łączy się w jeden strumień z dystansem do swoich życiowych dokonań.

Podejmowanie Witkacego we własnym domu to jak przyjmowanie króla, który świadomie zachowuje się jak błazen. Uciążliwe nieco to wizyty, a jednak wszyscy o nie zabiegają, bo przecież w końcu chodzi o króla. Współcześnie Witkacy to taki wujek wizjoner, którego nieprzewidywalności wszyscy się boją, jednocześnie jak nawiedzeni podążają za jego pomysłami. Zdziwieni, ba, nawet rozczarowani swoją reakcją, podśmiewują się z niego po kątach na wszelki wypadek. Trochę, żeby oswoić swój strach, trochę, żeby wykopać choć płytki dołek pod wujkiem i umniejszyć jego nieprzeciętności. Niemożliwe bowiem być genialnym, gdy się jest takim śmiesznym! Nieprawdaż? Przecież to nie wypada! Poważni ludzie to… i tu wymieniamy kolejne zalety człowieka, który zasługuje na miano wielkiego. Przede wszystkim powaga. Co zrobić zatem z Witkacym, którego twórczość jest ciągłym zmaganiem o utrzymanie stanu radości? I to w narodzie, w którym przy byle okazji inwestuje się w cierpiętnictwo? Zanegować już nie za bardzo. Wszak uczyliśmy się o nim w szkołach. No to może dorobić jakiś ciężar gatunkowy, aby było poważniej i trudniej? Reżyser spektaklu, Andrzej Dziuk, na szczęście nie wpada w tę pułapkę. Raczej z pełną maestrią podejmuje grę Witkacego. I chwała mu za to. Zostało bowiem sporo miejsca na śmiech, który ma zdecydowanie więcej walorów zdrowotnych niż śmiertelna powaga.

Tym, co zaciekawiło mnie w spektaklu w pierwszej kolejności, jest wybór kolorystyki scenografii. Wszystko, łącznie ze strojami, aż po najmniejszy szczegół, jest poddane bezwzględnej dyktaturze czerni i bieli. Wyczuwam w tym twórczy podstęp reżysera, który rzuca prowokacyjnie rękawicę najmocniejszemu przeciwnikowi – widzowi. Masz! I co teraz z tym zrobisz? Co wybierzesz? Ta czarno­‑białość ma nam niby ułatwić wybór. Łatwiej niby identyfikować, kto bohaterem, a kto mendą. Podejrzewam jednak, że reżyser świadomie nas podpuszcza, bo wie, w jakich czasach żyjemy i z czym musimy się zmierzać każdego dnia, dokonując wyboru w czasach pozornej wolności. Pozornie bowiem wybór jest tylko nasz, ale wystarczy obudzić czujność, by zobaczyć wyraźnie, jak specjalistycznie pracuje się nad naszym pożądaniem. Czarno­‑białość zamiast pomagać, zaczyna być uciążliwa i jeszcze bardziej niepokojąca, bo ograniczająca wybór do dwóch wariantów. I co wówczas, gdy wybierzemy kategorycznie źle? Jakie będą tego konsekwencje? I można poprzestać na tym lęku, ale można też pójść dalej i zastanowić się nad tą zamierzoną dychotomią z innej strony. Kategoryczny dualizm wyrzuca poza nawias to, co jest pomiędzy. Gdyby myśleć dalej logiką koloru, to okaże się, że czerń i biel posiadają swoje odcienie. Co tracimy zatem, wpadając w te ramy? Czy „na dzień dobry” nie popełniamy błędu zaniechania, nie zadając pytań dodatkowych o szarości? Skąd wiemy, że moja racja jest prawdą ostateczną? Jakkolwiek tego nie interpretować, myślę, że Dziuk miał zamiar przypomnieć, iż odpowiedzialność za wybór ponosi ostatecznie każdy z nas. Czarno­‑białość to zmyła – nie szukaj podpowiedzi, bo może być błędna. Wysil się i poszukaj sam. Nie zrzucaj na nikogo odpowiedzialności. To, co wydarza się w twoim życiu, jest efektem twoich decyzji.

Czarno­‑białe zabiegi reżyserskie, okraszone dużą dozą humoru, przypominają sprytnie o rysie tragicznym postaci Witkacego. Wesołkowatość przestaje być przejawem głupkowatości, a staje się wyższą szkołą dystansu do siebie i rzeczywistości. Tym bardziej, że wrażliwość, która jest nieodzowną cechą geniuszy, wyposaża go w dodatkowe czułki: dodatkowe oczy, ręce i tak dalej. Zawsze jest jakieś drugie i trzecie i dziesiąte dno. Dla wrażliwca z jednej strony (wszech)świat jawi się jako przestrzeń niekończących się możliwości, ale tym samym, aby toczyć się od dnia do nocy i po prostu przetrwać, jest on zmuszony do dokonywania niezliczonej ilości wyborów. Sprawniej na ogół idzie tym, których wrażliwość nie przybiera aż takich spektakularnych rozmiarów i tych możliwości dostrzegają mniej. Ale jeśli jest się takim gigantem jak Witkacy, to nie trudno wyobrazić sobie jego szamotaninę. Przewrotnie reżyserowi ta wielowymiarowość postaci daje duże spektrum możliwości. Ale w tym wypadku trudno poprzestać z tego powodu wyłącznie na entuzjazmie. Bo jeśli reżyser jest równie wrażliwy (cały czas tę uciążliwą wrażliwość opisuję jako cechę (nad)pozytywną), to te dna (re)interpretacji zaczynają się podnosić do potęgi entej. I w tym wypadku wolność wyboru staje się olbrzymim wyzwaniem. Wartość Dziuka niepokojąco rośnie dalej. Kręcę głową z coraz większym podziwem. W tle tej błyskotliwej gry wyraźnie da się zaobserwować toczące się koło historii, a w jego szprychach Witkacego. I tu uważny widz zobaczy przynajmniej dwie płaszczyzny. Pierwszą, która jest historią konkretnej jednostki, uwikłanej w konkretny kontekst społeczno­‑kulturowy. Drugą jest zaś próba rozprawienia się z uniwersalistyczną wizją tego, co nazywamy historią. I temu chciałabym poświęcić kilka słów więcej.

Gdyby pokusić się o naukowe rozpisanie, winno w tym miejscu błysnąć, modne jeszcze całkiem niedawno, słowo „postmodernizm”. Termin ten w tym miejscu potraktuję bardzo ogólnie i użyję go w celu podkreślenia raz jeszcze mocy wizjonerstwa Witkacego. Zatem postmodernizm to świadome zerwanie z projektem nowoczesności i pożegnanie rozumu instrumentalnego. Jak sam przymiotnik „instrumentalny” podpowiada, rzeczownik „rozum” w tym wypadku nabiera pejoratywnego zabarwienia. Epoką tryumfu rozumu było oświecenie i nie trudno się nie zgodzić z Kantem, który określił oświecenie jako „wyjście człowieka z zawinionej przez niego niedojrzałości”2. Patrząc jednak z dzisiejszej perspektywy, był to tylko konieczny etap w dziejach ludzkości do wyruszenia w dalszą drogę. Dziś już wiemy, a postmodernizm dał wyraźną podpowiedź, że chyba za bardzo zadufaliśmy się w swej pewności wybranego przez siebie kierunku – rozumu. Przez to zatraciliśmy coś innego – dzikość i instynkt, nieustraszoność i intuicję, szaleństwo rozumiane jako odwaga podejmowania kierunków, działań i rozwiązań, których nie podejmują inni. Wprawdzie Witkacy tworzył dużo wcześniej, niż ocknęliśmy się ze snu oświeceniowego i założyliśmy krytyczne okulary, ale o dziwo posiada wszystkie te utracone elementy. Myślę, że takie odczytanie jego twórczości ma dziś sens i rodzi nowe reinterpretacje. Andrzej Dziuk może tak głęboko nie brnie w rozbrajanie akurat tego aspektu witkaczowsczyzny, ale jego intuicja do wyciągania na światło dzienne wizjonerstwa Witkacego, jest imponująca. Postmodernistyczny wątek, nazwijmy go tak dla porządku, w Cy­‑cy Witkacy dostrzegam także w żonglerce chronologią. To częsty zabieg w kinie postmodernistycznym, widoczny chociaż w filmach Lyncha, Greenawaya czy Tarantina. Dziuk robi to jednak zdecydowanie bardziej finezyjnie i ze świadomością, z jak genialną materią ma do czynienia. W Cy­‑cy Witkacy ta chronologia nie została do końca porzucona, a jednak wyraźnie daje się odczuć skoki pomiędzy epokami i zapożyczenia z doświadczeń innych kultur i subkultur. (Chociażby taki drobny element jak plastikowe pudełka na fast food), nawiązanie do subkultury punk rocka, elementy kultury muzułmańskiej). Bez względu na to, co przywiodło reżysera do takich rozwiązań, na pewno zabieg się udał i ze spektaklu wychodzimy z poważnym wstrząsem pt. wszystko, czego uczysz się na lekcjach historii, jest tylko subiektywnym wyborem faktów spomiędzy wielości innych. Zawsze historia jest czyjaś. Wiedza jest władzą, jak diagnozuje Michel Foucault, zatem ten, kto posiada władzę, manipuluje wiedzą na swoją korzyść3. I znowu wracając do kwestii wyboru, z mniej uniwersalistycznej perspektywy, wszystko, co uważamy za rzeczywiste, jest również subiektywnym wyborem. I tylko jednostki wybitne są w stanie uchwycić dystans do tego procesu. Witkacy robił to po swojemu. I zapewne mocno się męczył, choć pozornie jako wujek wizjoner wyłącznie świetnie się bawił.

No i nagle w tym pełnym gagów spektaklu zaczyna krążyć jakaś podniosłość. I nawet ten obśmiany prostolinijnie zrozumiany patriotyzm zaczyna być nie tylko figurą. Zaczynamy dostrzegać, że coś w nim ma jednak sens i że to coś więcej niż tylko martyrologiczne pochody i nadęte przemowy. Że patriotyzm to znowu osobisty wybór i podniosłość w jego dokonywaniu. Dlatego śmiejemy się, ale w kościach zaczyna telepać się wrażenie, że punkty zborne dla najważniejszych pytań życia są ciągle w tym samym miejscu. W samym sercu. Przecież wiesz, kiedy coś ci smakuje. Nikt nie jest w stanie zadecydować o tym za ciebie. Wiesz też, kiedy kochasz. Potrzeba tylko gotowości na uczciwość w udzielaniu odpowiedzi, na pytania, które sobie zadajesz. Witkacy to „wariat”, który grał wyłącznie w tę grę. Pewnie nie raz zdarzyło mu się chcieć siebie oszukać, ale zapewne poziom cierpienia, od którego starał się uciekać, niebezpiecznie wówczas przybliżał się i wzrastał. I w tym kontekście patriotyzm to świadomość i uczciwość w każdej sekundzie życia. To szkoła wzajemnego poszanowania, której dyplomu nie otrzymuje się w murach z żadnej instytucji. To praca nad sobą i dawanie świadectwa swoim życiem przy każdej okazji. Ta reguła brzmi mniej więcej: nie oceniaj i buduj relacje z drugim człowiekiem, wyszukując w nim tych najlepszych cech. Jeśli ten, z którym budujesz, zawiedzie cię, nie nieś tego odpowiedzialnie dalej ze sobą, by nie zarażać tym innych. Po prostu idź dalej i szukaj aliansów konstruktywnych nie tylko dla siebie, a dla wszystkich, z którymi żyjesz. To jest ten fundament, na którym Andrzej Dziuk buduje zarówno teatr, jak i sztukę. I to jest bardzo widoczne w tym spektaklu, który jest odbiciem tych wszystkich cech, które reżyser po prostu musi posiadać, aby rościć sobie prawo do wpuszczania swoich dzieł w nurt dyskusji dziejowej. Do tego nie tylko trzeba mieć głowę, ale także być bacznym obserwatorem, i co niezmiernie ważne, posiadać w sobie prawdę i wynikającą z niej uczciwość, która jest, jak wiele razy podkreślam, wyborem każdego z nas. To nie bierze się znikąd, to codzienna decyzja o tym, w jaki sposób chcę przeżyć kolejny dzień. W tej błyskotliwej grze pomaga Andrzejowi Dziukowi muzyka Włodzimierza Kiniora Kiniorskiego. Śmiem twierdzić, że dzięki niej reżyser przekroczył w tym spektaklu swoją analogowość. Dokonał transgresji, która na widzu miała odnieść efekt prowokacji do zweryfikowania przekonań. Czy jeśli nowoczesne, to bardziej hedonistyczne? Czy jeśli współczesne, to mniej poważne niż umarłe? Zatem słów kilka w tym miejscu o muzyce. Kinior w wywiadach powtarza, że najbardziej w sztuce interesuje go preparacja. Ta jego niby sztuczność tchnie jednak taką prawdą, że jesteśmy w stanie uwierzyć mu we wszystko. I w zasadzie nie o wiarę tu chodzi, a o moc, jaką Kinior zaklina w swoich dźwiękach. To stawanie w szranki z nowoczesnością, dopełnione na spektaklu muzyką na żywo. Szczególnie muzyką z saksofonu – dęciaka, który jest najbliższy ludzkiemu oddechowi, powoduje, że spektakl nabiera cech misterium. Tym bardziej, że Kinior po witkacowsku zabawia się materiałem tekstowym, dzieląc go niekoniecznie regularnie, arytmicznie i dokładając na przykład zaklęcie z gór świętokrzyskich: hasarapasa mila parila kośmider kośmifinder kominder mila parila. Tandem Dziuk – Kinior w kontekście czarno­‑białości spektaklu, posiada znamiona genialności. To poważny spychacz mentalny. Wszystko, co po wierzchu, idzie na boki, a ścierwo mistyfikacji i tak odpadnie. Trafiony zatopiony. To poważna propozycja z obszaru szkoły krytycznej. Ta wysublimowana interaktywność spektaklu wciąga nawet najbardziej opornego widza do gry. Wystarczy, że się odważysz przyjść. Nie jest to jednak gra o ubezwłasnowolnienie, która jest taka powszechna w telewizji publicznej (sic!), lecz gra o świadomość. Nauczyciel wprawdzie może przekazać tyle, ile uczeń jest w stanie przyjąć, ale odpuścić, znaczy popełnić grzech zaniechania. Andrzej Dziuk nie odpuszcza. Nie odpuszczają aktorzy i wszyscy współtworzący ten spektakl. Kłaniam się nisko i mam zamiar obejrzeć ten spektakl jeszcze kilka razy.


Ccy­‑Witkac­‑Y Menażeria, 
Stanisław Ignacy Witkiewicz wg Juweniliów
Teatr im. St. I. Witkiewicza w Zakopanem
Reżyseria: Andrzej Dziuk

Asystenci reżysera: Dorota Ficoń, Krzysztof Najbor
Muzyka: Włodzimierz Kinior Kiniorski
Choreografia: Anita Podkowa

Scenografia: Rafał Zawistowski
Asystentka scenografa: Jolanta Solska
Występują: Dorota Ficoń, Piotr Łakomik, Krzysztof Łakomik, Dominik Piejko, Emilia Nagórka, Krzysztof Najbor

Przypisy:

1. Inspiracją dla tytułu niniejszej recenzji stała się książka Oliviera Toscaniego pt. Reklama uśmiechnięte ścierwo (tłum. M. Misiorny, Warszawa 1997).

2. I. Kant, Odpowiedź na pytanie: czym jest oświecenie, tłum. T. Kupś [w:] tegoż, Rozprawy z filozofii historii, Kęty 2005, s. 44.

3. Zob. na przykład M. Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, tłum. T. Komendant, Warszawa 1993.

Sylwia Nadgrodkiewicz – doktor nauk humanistycznych, autorka książki Seyla Benhabib – feminizm i polityka;  współtwórczyni projektów Wieża Bab L (współpraca z Galerią Białą w Lublinie) i Lublin 9 Ta Obca (wraz z Tomkiem Kitlińskim); współpracuje z Krytyką Polityczną – cykl wykładów i spotkań pt. W optyce feminizmu oraz Obrzeża feminizmu; wokalistka, muzykoterapeutka, nauczycielka śpiewu i animatorka kultury.