Odwilż?

Od redakcji
04.11.2013

11 listopada w Warszawie rozpoczyna się 19 konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP 19). Fakt, że odbywa się ona akurat tutaj, spędza sen z powiek ekologom na całym świecie. Powodów jest wiele, a główny to obstrukcyjne stanowisko polskiego rządu w międzynarodowych negocjacjach klimatycznych i blokowanie ambitnej polityki Unii Europejskiej w tym zakresie.

Tymczasem średnia temperatura na Ziemi wzrasta szybciej, niż przypuszczano jeszcze kilka lat temu. Naukowcy nie mają wątpliwości, że sprawcą tego procesu jest w przeważającej mierze człowiek, który wytwarza znaczne ilości dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych. Każdego roku o około 3 procent więcej niż w poprzednim. W wymiarze politycznym istnieje jedna wielkość, to znaczy dwa stopnie Celsjusza. Na takim poziomie 167 krajów zobowiązało się w 2009 roku w Kopenhadze zatrzymać wzrost średniej globalnej temperatury w porównaniu z okresem przedindustrialnym. Technicznie rzecz ujmując, oznacza to, że do połowy stulecia do atmosfery trafić może łącznie nie więcej dwutlenku węgla niż to, co przy obecnym kursie zostałoby wyemitowane przez zaledwie piętnaście lat. Aby nie przekroczyć tego limitu, światowe emisje powinny osiągnąć swoją najwyższą wartość około 2015 roku, a następnie gwałtownie spadać i w połowie wieku zbliżyć się do zera. To scenariusz pozwalający nam na zachowanie 50 procent szans na nieprzekroczenie arbitralnego poziomu dwóch stopni Celsjusza. Jest to prawdopodobieństwo równe szansie, jaką ma na przeżycie gracz w rosyjską ruletkę, który przykłada do głowy piąty raz z rzędu pistolet z sześcionabojowym magazynkiem. Co gorsze jednak, podwyższenie średniej temperatury już o półtora stopnia doprowadzi do niezwykle niebezpiecznych zmian, a dla nisko położonych wysp i krajów zamieszkanych przez ponad 40 milionów ludzi równoznaczne będzie ze zniknięciem z powierzchni Ziemi. Jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie działania, należy liczyć się ze wzrostem średniej temperatury nawet o ponad pięć stopni Celsjusza jeszcze w tym stuleciu. Gdyby do tego doszło, już za kilkadziesiąt lat będziemy żyć na planecie rodem z filmów katastroficznych i powieści science fiction.

Pogłębiający się kryzys klimatyczny, surowcowy i energetyczny jest jednak zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Równolegle do niego narastają problemy społeczne i gospodarcze, takie jak powiększanie się nierówności społecznych i konfliktów, kolejne kryzysy żywnościowe i te, związane z dostępem do wody pitnej, wzrost aktywności neonazizmu i innych ruchów populistycznej prawicy, zwiększająca się liczba uchodźców i coraz bardziej restrykcyjna polityka imigracyjna. Trudność sytuacji nie polega na tym, że instrumenty pozwalające je rozwiązać, a tym samym ograniczyć zakres zmian klimatycznych (poniżej dwóch stopni Celsjusza) oraz złagodzić związane z nimi skutki, nie istnieją. Problem tkwi raczej w tym, że aby tego dokonać, potrzebujemy radykalnej zmiany systemowej w skali globalnej. Jak piszą sygnatariusze tegorocznej deklaracji ze Światowego Forum Społecznego w Tunisie: „Potrzebujemy nowego systemu, który sprzyjałby harmonii między ludźmi a przyrodą, w miejsce modelu nieskończonego wzrostu hołubionego przez system kapitalistyczny w celu czerpania coraz większych zysków”. Realna zmiana możliwa będzie zatem dopiero wówczas, kiedy model rozwoju opartego na nieograniczonym wzroście gospodarczym zastąpiony zostanie koncepcją, która podważa jego wagę oraz nie czyni z zysku kwestii kluczowej. Wiążą się z tym: radykalna transformacja sposobu produkcji i modelu konsumpcji, globalna redystrybucja bogactwa, przekazywanie władzy społecznościom lokalnym, a także demokratyzacja dostępu do energii i zasobów naturalnych. Jednym słowem, jak trafnie ujęła to Naomi Klein: „Odpowiedź na zmiany klimatu będzie od nas wymagać szybkiego złamania każdej z zasad z wolnorynkowego podręcznika”. Nie możemy przy tym dać się uwieść temu, co Nicola Bullard i Tadzio Müller określają mianem „pełnej uroku narracji, zgodnie z którą można jednocześnie uratować i klimat, i gospodarkę”. Tym, co jest dziś konieczne, nie jest bowiem kolejny, nieznacznie zmodyfikowany model kapitalistycznego rozwoju, lecz przekroczenie iluzji „zielonej” gospodarki wolnorynkowej. Stąd nieco przewrotny tytuł niniejszego numeru – jeżeli mamy obecnie reżim wzrostu i zysku, to odwilż oznaczałaby jego zniesienie i uwzględnienie innych priorytetów.

Jak jednak zbudować ruch, który byłby zdolny postawić systemy polityczny i gospodarczy z głowy na nogi oraz wprowadzić w życie globalny projekt sprawiedliwości klimatycznej? Zdaniem Bullard i Müllera główne wyzwanie „polega na stworzeniu swojej własnej globalności w sytuacji, gdy nie jest do tego zdolny nasz przeciwnik”. Oznacza to połączenie różnorodnych ruchów, poszerzenie pola walki oraz uczynienie z niej kwestii ogólnoświatowej. Należy też mieć świadomość, że działania na rzecz ochrony klimatu to jedynie część toczonej na wielu frontach walki emancypacyjnej skierowanej przeciwko niesprawiedliwym stosunkom społecznym oraz wszelkim formom dominacji i wyzysku – niezależnie od tego, czy dotyczą one ludzi, zwierząt czy też środowiska naturalnego. Pod uwagę należy wziąć także kwestie sprawiedliwości międzypokoleniowej i przestrzennej – zmiany klimatyczne najgwałtowniej uderzą bowiem w obecne i przyszłe pokolenia mieszkańców najbiedniejszych krajów Azji, Afryki oraz Ameryki Łacińskiej (choć zróżnicowanie Północ–Południe nie jest tutaj z pewnością jedyną linią podziału). Zadanie, które przed nami stoi, nie jest łatwe. Tym bardziej że czasu jest niewiele. Pozostaje nam połączyć siły i nie ustawać w wysiłkach, gdyż jak zauważa David Roberts: „Nie wiemy, kiedy historia otworzy nam drzwi, więc nie mamy wyboru – musimy ciągle na nie napierać”.

Artykuł otwierający „Recykling Idei” nr 15 (jesień 2013 (specjalny)), Odwilż.