Do Wrocławia… mimo wszystko

Marta Pałyga
18.04.2013

Wywiad z Mundrą chciałam przeprowadzić pięć dni temu, ale gdy przyjechałam, Mundry już nie było. Nie było też jej dzieci, męża, matki, ojca, rodzeństwa i najbliższych sąsiadów. Bez pożegnania, bez słowa. Dokąd wyjechała? Na jak długo? Nikt nie wiedział. Baraki pozamykane na kłódki, można je było otworzyć za pomocą kawałka drutu, czasem nawet jednym kopnięciem. I tak też się działo. Czego szukali w nich inni? Nie wiem. Nie warto pytać. I tak nikt nic nie powie.

Ale wszystko wygląda tak, jakby Mundra miała zaraz wrócić. Wiem, że decyzja zapadła szybko, zebrali się w kilka godzin. Wsiedli w samochody i pojechali. Toruń, Gdańsk. Oczywiście wiem dlaczego, więc nie dociekam. Nie chcę nękać innych kobiet pytaniami, na które odpowiedź jest jasna: kampania „społeczna” władz miasta „Dając pieniądze, nie pomagasz”. One są już zmęczone ciągłymi pytaniami dziennikarzy i fotoreporterów, którzy pojawiają się tu od jakiegoś czasu. Wszyscy gadają, interesują się, a jest tak samo, jak było.

No właśnie, nie zmienia się wiele. Pod wpływem liczby medialnych komentarzy na temat tej sytuacji oraz listów, które trafiają do urzędu miejskiego, przywieziono kontener na śmieci. Jest pełen od tygodni. Wskakują na niego dzieciaki w poszukiwaniu czegoś, co może się jeszcze przydać.

– Zadzwoń, niech zabiorą te śmieci – mówił do mnie mąż Mundry, Mikołaj.

– Sam zadzwoń.

– Dzwoniłem już cztery razy. Nikt nie odbiera.

Są też trzy toi­‑toje. Ustawiono je na środku drogi.

– Na spotkaniu mieszkańców Spółdzielni Mieszkaniowej Karłowice z władzami miasta słyszę: „Nikt z nich nie korzysta. Dalej srają w krzakach”.

– U nas kobiet nikt nie może widzieć, jak idą sikać – odpowiada mi szesnastoletnia Taisa.

To prawda. U Cyganów nawet nie można powiedzieć, że ma się na to ochotę, nie można wypowiedzieć tego słowa.

Woda też jest dowożona. O nią są największe kłótnie. O to, kto ile weźmie, gdzie stanie samochód. Bogatsi nabierają więcej. Słabsi biorą wodę na końcu.

Bogatsi – biedniejsi, słabsi – silniejsi. Patrzę na to, jak społeczeństwo wygląda w swojej najczystszej postaci. Widzę, na czym polega zależność, wykorzystywanie w każdej relacji i w każdej skali. Zarówno na poziomie jednostki, jak i społeczności, systemu. Bogaci już nie pamiętają o tym, że potrzebują biednych. Widzę, jak sprawnie działa tłamszenie „gorszych”, jak „gorsi” się temu poddają, tworząc własne podsystemy, swoich własnych „gorszych”.

– Tutaj zaraz będzie tragedia, tragedia mówię ci – żali się Florica, matka Taisy.

– Ale o co chodzi? O to, że nie można żebrać?

– Tak, dzieci zdychają z głodu.

„Dzieci zdychają z głodu” – słyszę od zawsze, już to na mnie nie działa, ale dzieci dziś jedzą miskę zupy przyniesioną od sąsiadów. Mama pali pożyczonego od kogoś szluga. Jeśli nie ma swojego, to znaczy, że jest autentyczna bieda.

Dlaczego chciałam rozmawiać z Mundrą? Mundra jest młodą matką, wychowuje trójkę dzieci. Świetnie mówi po polsku. Czyta, pisze. Mąż jej słucha. Mąż sprząta, pierze, tylko gotować nie potrafi. Pewnego razu zaprowadzili mnie do sznura na bieliznę i pokazywali, jak Mikołaj wyprał dziecięce ubranka. Mundrze się nie podobało.

Jak wyprał, tak wyprał. Dla mnie jest ważne, że będąc przy niej, obserwując ją i jej relacje z innymi, wierzę, że coś się może zmienić. Odkąd ich poznałam, wydarzyło się już bardzo dużo, była epidemia, kradzieże, ucieczki, kłótnie, rozczarowania, była i dalej jest cygańska telenowela. A Mundra też wierzy, że może być inaczej.

Mundra wróciła po dwóch tygodniach do swojego splądrowanego domu, z całą rodziną. Chudsza, bledsza i wykończona.

– Gdzie byłaś?

– W Toruniu. Myślałam, że lepiej się da zarobić. Mama ma długi w Rumunii. I było lepiej. Straż miejska miła, ludzie dają pieniądze. Mniej jest Cyganów. Ale nie ma gdzie mieszkać. Spaliśmy w dziesiątkę w samochodzie.

– We Wrocławiu się już nie da zarobić?

– To przez te plakaty. I ludzie gonią, i policja goni.

– A wiesz, że tam jest napisane, gdzie możecie się zgłaszać po pomoc?

– Wiem, ale to się nie da. Kiedyś chodziłam do Caritasu. Z rok temu. Raz mi dali parę bułek. A raz mi powiedzieli, że mają swoich biedaków i mi nie dadzą nic, że my nie jesteśmy obywatele Polski. Po co mam próbować? Oni nas nienawidzą.

– Za co was nienawidzą?

– Za żebranie. Mówią: „wracaj do Rumunii, idź do pracy”.

– Tak, nawet małym dzieciom, które prawie nie mówią po polsku, „idź do pracy” potrafią powiedzieć.

– Jakby nam dali pracować… Nawet ulice jakby dali zamiatać. To nie jest wstyd. Wstyd jest żebrać. Ale dziecku nie wytłumaczę, że nie ma co jeść. Dziś Mikołaj był na złomie dwa razy. Raz przyniósł dziesięć złotych, drugi raz cztery. Czternaście złotych. Co ja mam z tym zrobić?

– A ile tu mieszkacie?

– Cztery lata. Byłam teraz w Toruniu i wtedy w Poznaniu. Ale z Poznania uciekłam, zabrali mi dziecko w szpitalu. Powiedzieli, że jak nie zapłacę rachunku, to mi nie oddadzą. I wtedy zadzwoniliśmy do was i pojawiła się Kasia, i tak z nimi pogadała, że mi oddali Armando. A w Toruniu jakby było miejsce na barak, to byśmy zostali tak długo, żeby starczyło na podróż do Rumunii dla mamy.

– I co? Wrócilibyście do Wrocławia? Dlaczego? Przecież tutaj nie ma życia.

– Ale znamy szpitale, kościoły, lekarzy, wiem gdzie jest dworzec. Mamy nadzieję, że będzie lepiej, że ludzie dadzą nam spokój, zobaczą, że jesteśmy lepsi, niż wyglądamy, niż mówią o nas. Bo robi jeden, a mówią, że to wszyscy Rumuni robią. A tak, ci, którzy mają, nie chcą dać, ci którzy nie mają, chcą dać, ale nie mają skąd. Ludzie mówią, że u nas mężczyźni posyłają kobiety na ulicę, a sami leżą.

– No bo tak jest, Mundra. Może nie u ciebie, ale tak właśnie jest.

– Ale jakby mężczyźni poszli żebrać, to by było jeszcze gorzej.

Wchodzą Mikołaj i Kaliczi. Mówią coś do siebie i się zaczynają przepychać.

– Co się chichracie?

– Kaliczi mówi, że Mikołaj zakłada mokre spodnie. I że ma damskie buty. Ten Kaliczi to jest Mogli. Mów do niego Mogli, a nie Kaliczi.

– Co to jest Mogli?

– Była u nas w Rumunii taka kobieta i z nią mąż się rozwiódł i ona zwariowała. I się dziećmi nie zajmowała. I miała synów. A komuś pies zdechł i go wyrzucili do śmietnika. A ludzie jedzą ze śmietników, no i on tego psa zjadł, ale nie wiedział, że to jest pies. I to był Mogli.

– Ten chłopiec? Tak miał na imię? Znałaś go, czy to jakaś historia, którą słyszałaś?

– Znałam.

Mikołaj mówi, żebym tego nie pisała. A ja mówię, że właśnie napiszę, że to jest bardzo ważne, bo skąd my mamy wiedzieć, jak tam jest. I że robię wywiad z Mundrą, a nie z nim. Zresztą o Moglim już nie rozmawiamy.

– Jak was w Rumunii traktują? Jesteście przecież podobni do Rumunów, to nawet nie widać, że nie jesteście Rumunami. Do pracy chcą was brać?

– A co ty? Do jakiej pracy? Z Rumunii nawet Rumuni uciekają. Stamtąd wyjechało tysiące osób. Miliony. Jakbym miała w Rumunii taki barak, to bym była bogata.

– Przecież ten barak jest zbudowany ze śmieci.

– Ale w Rumunii tak ludzie nie wyrzucają. Tam nikt drzwi nie wyrzuci na śmietnik. Mieszkam w domu zrobionym ze śmieci. A ludzie mówią, że jestem bogata. Bo auto mam. Wiesz co? Ale prawdę ci powiem. To auto, co mieliśmy, kosztowało siedemset złotych. No i się rozwaliło po chwili. I Mikołaj na złom sprzedał, tacy bogaci jesteśmy.

– A pracował kiedyś? Mikołaj, tu w Polsce?

– Miał pracę dwa lata temu. Przyszedł tu pan i pytał, czy nie chcemy drewna. I gdy zobaczył, jak żyjemy, to spytał, czy Mikołaj nie chce pracy. No i poszedł. Miał osiem złotych na godzinę i przy remoncie pracował osiem miesięcy. I ten pan chciał zobaczyć, czy Polacy będą lepiej pracować i w końcu Polaków pozwalniał, a Mikołaja zostawił. Bo Polak przyjdzie, popatrzy, postoi, a potem przez pięć minut będzie leżał. I dawał mu klucze, mówił: wiesz, gdzie jest jedzenie, wiesz, gdzie jest picie. Facet nie był bogaty, ale miał dobre serce.

– A inni tutaj, na Kamieńskiego?

– Mieliśmy takiego pana Karola, on przychodził do nas tutaj, mówił, że też mógłby w takim baraku mieszkać. Ja mu dawałam klucze do baraku, w zimie, jak byłam w mieście, to mi palił w piecu, żebym nie przychodziła do zimnego domu. I siedział z nami, bawił się z dziećmi. Czasem drewno przynosił i jakieś inne rzeczy.

– To bogaty był chyba trochę, że się dzielił z wami tym, co ma.

– Nie był bogaty, on z Mikołajem na złom chodził.

Nie wiem, na czym polega ta przynależność, jakaś syntonia między ludźmi w potrzebie. Nie znam historii wszystkich osób, które przyjeżdżają na koczowisko i przywożą jedzenie, ubrania, pampersy czy leki. Wiem, że są to mieszkańcy Karłowic, ludzie ze stowarzyszenia, lekarki ze szpitala na Kamieńskiego. Wiem również, że bieda kłuje w oczy i często robimy bardzo dużo, żeby jej nie oglądać. Potrafimy zapomnieć, że w ten sposób funkcjonują miliardy ludzi na świecie. Potrafimy zbanalizować problem, uogólnić do tego stopnia, że cała grupa etniczna zlewa nam się w jedną masę złodziei i nierobów. Już nie ma w tym człowieka, imienia, nazwiska, zainteresowań, zdolności, przeszłości.

Mikołaj za kilka tygodni idzie do pracy. Mundra planuje w przyszłym roku posłać najstarsze dziecko do szkoły. Namawiam ją, żeby została asystentką romską w szkole, w której będzie uczył się jej synek.

Wrocław, wrzesień 2012

Tekst pochodzi z: „Recykling Idei”, 2012/2013, zima, nr 14, Kto się boi multikulti?.

Marta Pałyga

członkini stowarzyszenia Nomada, asystentka romska, pracuje z Romami rumuńskimi, którzy mieszkają na koczowisku we Wrocławiu.