Szwedzki stół

Z Patrykiem ze szwedzkiej grupy FNB rozmawia Hubert Kostkiewicz
23.11.2003
Hubert Kostkiewicz: Co was zmotywowało, by robić Jedzenie zamiast bomb?

Patryk: W czasie antyunijnych protestów w Göteborgu zawiązała się grupa ludzi. Później wciąż spotykaliśmy się razem, a jako że nie robiliśmy nic pozytywnego, doszliśmy do wniosku, że Food not bombs to pierwsze, co możemy razem zrobić. Potrzebna była regularna akcja, żeby ludzie mogli się spotykać, zacieśniać więzi i inspirować do robienia innych rzeczy.

HK: A czy jest realne zapotrzebowanie na taką akcję w Szwecji, która, bądź co bądź, wciąż jeszcze uznawana jest za państwo, które ma dosyć dobrze rozwiniętą pomoc socjalną?

P: Można myśleć, że Göteborg, czy Szwecja w ogóle, ma dużo pieniędzy. Nawet my obawialiśmy się, że ludzie nie będą do nas przychodzić. W związku z tym planowaliśmy, by nadać akcji charakter bardziej ekologiczno­‑polityczny, bardziej konfrontacyjny, chociażby rozdając jedzenie na przykład przed McDonaldsami. Okazało się jednak, że zaczęło przychodzić do nas wielu ludzi. Zbadaliśmy także, jak sprawa ma się z kościołami, które też wydają bezpłatne posiłki, ale są one bardzo ubogie. Więc, koniec końców, zapotrzebowanie na Jedzenie zamiast bomb istnieje.

HK: Zawsze wydawało mi się, że jednak w Szwecji podstawowy standard życia jest zapewniony…

P: Tak było – jak pamiętam, jeszcze nawet gdy byłem dzieckiem. Od końca wojny Szwecja była krajem rozwoju – krajem, który miał pieniądze na cele publiczne. Teraz jednak – jak pewnie wiesz – neoliberalizm wszędzie odciska swoje piętno. Nie ma takiej biedy jak w Polsce, społeczeństwo jeszcze jakoś sobie radzi, ale to wszystko idzie w złym kierunku i można się spodziewać poważnego zubożenia. Mimo że praktycznie od siedemdziesięciu lat rządzi ta sama partia, to jednak polityka pod naciskiem globalnych procesów mocno się zmienia. To już nie jest kwestia narodowa. Ludzie w Szwecji dokładnie widzą, jak rzeczywistość wokół nich zmienia się diametralnie. Jak prywatyzuje się szpitale, szkoły i tak dalej.

HK: Ale są jakieś konkretne reformy, na które mógłbyś wskazać, iż właśnie one spowodowały, że macie komu to jedzenie rozdawać?

P: Na początku lat dziewięćdziesiątych do władzy doszła prawica i rozpoczęła ten cały prywatyzacyjny cyrk. Wcześniej mieliśmy kryzys i właśnie w taki sposób Szwecję z tego kryzysu wyciągali. Tyle, że sam kryzys miał charakter globalny. Jesteśmy krajem nastawionym na eksport, więc jeśli jest zapaść na rynku światowym, to nasza gospodarka mocno to odczuwa. Prawica wygrała wybory i jedyne, co zaproponowała, to właśnie prywatyzację. Jej działacze dobrze wiedzieli, że jak się zaczyna, to już nie jest tak łatwo tego procesu cofnąć. Wtedy – pod koniec lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych – to nie były tylko polityczne reformy, ale także ekonomiczne, w skali globalnej. Poza tym jesteśmy w Unii Europejskiej, której ideologicznym fundamentem jest prywatyzacja i biurokracja.

HK: A czy ośrodki pomocy społecznej nie są czasem – podobnie jak w Polsce – silnie zbiurokratyzowane, a przez to niewydolne?

P: Dokładnie tak jest. Państwo próbuje utrzymać kontrolę nad wszystkim. Jeśli jest jakiś problem, to państwo ma go załatwić, tyle że tego nie robi, bo nawet nie jest w stanie.

HK: W jaki sposób się organizujecie, skąd zdobywacie jedzenie?

P: Jedzenie dostajemy od małych sklepów, duże nigdy nam nie dają. Dobrze rozwinęliśmy sieć kontaktów, więc funkcjonuje to całkiem sprawnie. Wielu ludzi jest w to zaangażowanych – 40 osób podzielone na cztery grupy, każda gotuje raz w miesiącu. Jest stosunkowo mało pracy, więc teraz dyskutujemy, czy nie robić tego częściej.

HK: Jest zainteresowanie ze strony mediów?

P: Jeśli chodzi o te duże, nie ma jeszcze żadnego. Jest u nas taka gazeta, którą sprzedają bezdomni i z nią współpracujemy, pisząc artykuły. Zresztą to dosyć duża gazeta, 20.000 nakładu.

HK: Czy spotykacie się z represjami ze strony policji czy miasta? Chcą od was jakichś zezwoleń na przygotowywanie posiłków?

P: Na razie nie. W Sztokholmie Food not bombs istnieje już trzy lata i oni też nigdy nie mieli takich problemów. My co prawda rozdajemy jedzenie w miejscu, które jest odrobinę kontrowersyjne – przed budynkiem Rady Miasta, przez co możemy spodziewać się problemów. Inna sprawa, że nie jesteśmy jeszcze tak widoczni, jak chcemy być, ale czas pokaże. Zresztą wielu ludzi postrzega Szwecję jako kraj bardzo tolerancyjny, ale przeczy temu choćby atmosfera po protestach w Göteborgu. Na przykład kary za udział w protestach są cięższe niż gdziekolwiek indziej.

HK: Jacy ludzie przychodzą na wasze akcje?

P: Bezdomni, narkomani, alkoholicy. Przychodzą też zwykli ludzie z ciekawości, żeby zorientować się, o co chodzi. Oczywiście dajemy jedzenie wszystkim. Przychodzą też rzecz jasna aktywiści, anarchiści. Zresztą potrzebujemy takiego miejsca, żeby się spotkać. W Göteborgu nie ma skłotów czy niezależnych centrów kultury, więc Food not bombs stało się takim miejscem spotkań. To jest najlepszy sposób, by zebrać się razem i dyskutować nad tym, co możemy jeszcze razem zrobić.

HK: A dlaczego rozdajecie jedzenie przed budynkiem Rady Miasta? To też jest jakiś symbol.

P: Po pierwsze, bo to jest bardzo dobre miejsce… (śmiech). Na pewno jest to symbol tego, że gdybyśmy potrafili się sami organizować, to Rada Miasta w tej formie nie byłaby potrzebna.