Dawać wiarygodnym

Ze Sławomirem Piechotą rozmawia Justyna Barańska
27.05.2004
Justyna Barańska: Czy Pan daje na ulicy?

Sławomir Piechota: Od kilku lat już nie. Jest to problem, który wymaga zastanowienia. Bo jeżeli reagujemy odruchowo, to nikt z nas nie potrafi przejść obojętnie obok człowieka potrzebującego pomocy. A za takiego uważamy człowieka, który ratunku szuka żebrząc. A więc, podchodząc emocjonalnie, reagujemy, chcąc udzielić wsparcia. Ale to jest iluzoryczne. To jest tyleż pomagające, co niszczące. Przekonaliśmy się o tym, zastanawiając się nad tym, kim są ci, którzy znaleźli się w tak skrajnej biedzie, dlaczego nie znajdują pomocy w dość różnorodnym systemie pomocy publicznej i tej udzielanej przez organizacje pozarządowe. I wtedy zaczęliśmy przyglądać się tym ludziom.

JB: Jakiego rodzaju było to „przyglądanie się”, badania statystyczne, wywiad środowiskowy…?

SP: Punktem wyjścia były patrole pracowników socjalnych w godzinach, w których najczęściej pojawiali się żebracy. Mieli oni za zadanie ustalić, co stało się w życiu konkretnego człowieka, że potrzebuje on pomocy. Większość z przypadków, gdy ci ludzie w ogóle chcieli rozmawiać, została szczegółowo, indywidualnie przeanalizowana.

JB: A ci, którzy nie chcieli?

SP: Informacje były najczęściej w rodzaju: „A co wam do tego?”, „To moja sprawa”. Ale były też sytuacje ewidentne, na przykład mieszkaniec domu pomocy społecznej, który mówił, że mu się nudzi, więc co dzień rano, po śniadaniu wyruszał na ulicę Piłsudskiego, tam żebrał do obiadu, jechał na obiad, po czym wracał, aby dalej żebrać. Można powiedzieć, że z czterdziestu kilku przypadków kilka osób wymagało pomocy. Były to osoby, które pogubiły się, głównie ze względu na wiek lub skomplikowane problemy zdrowotne. Natomiast przytłaczająca większość pozostałych była znana wolontariuszom organizacji charytatywnych. To byli niedawni pensjonariusze schronisk bądź klienci kuchni charytatywnych. Znani byli z tego, że jedzenia nie chcieli przyjąć. Nie chcieli przyjąć oferty noclegu. Nie chcieli przyjąć ubrania.

JB: Na co zbierali?

SP: To wyjaśniali aktualni mieszkańcy domów pomocy społecznej, którzy mówili, że w swoim życiu też wielokrotnie udawali żebraków. Znali tzw. żebracze numery, sposoby na to, jak z ludzi wycisnąć jak największy datek.

JB: Wspomniał Pan, że osoby te były uprzednio klientami kuchni dla ubogich, schronisk itp. Czyli w momencie badania ci ludzie już nie otrzymywali pomocy z tego rodzaju instytucji? Dlaczego z niej zrezygnowali?

SP: Bezdomni to – generalnie – bardzo złożone życiorysy. Bezdomny to ktoś, kto stracił rodzinę, pracę, dom. Najczęściej ten dom był stracony z powodu alkoholu. To byli ludzie, którzy gdzieś tam po Polsce się snuli, zmieniając miasta, często też nie mogąc dłużej zagrzać miejsca w schroniskach, gdzie elementarnym wymogiem jest: nie pij. Gdyby pozwalano na picie, nikt nie byłby w stanie zapewnić elementarnych wymogów bezpieczeństwa w schroniskach, ale i wymogów terapeutycznych. Jeżeli człowiek sam sobie nie chce pomóc, nikt nie jest w stanie mu pomóc na siłę. Ci ludzie byli usuwani ze schronisk lub sami się wynosili, gdyż nie mogli wytrzymać bez picia. Problem w tym, że ponad osiemdziesiąt procent bezdomnych to nałogowi alkoholicy.

JB: Mówi Pan o czterdziestu kilku zbadanych przypadkach. Jaką część wrocławskich żebrzących stanowi ta liczba?

SP: Wydaje nam się, że jest to około jednej trzeciej. Narastającym problemem są cudzoziemcy, wśród których Wrocław uchodzi za miasto zamożne, w którym ludzie chętnie dają. Dlatego wśród wrocławskich żebrzących spotykamy przybyszów z Rumunii, Białorusi, Ukrainy, Mołdawii. I dochodzimy tu do szczególnie drażliwego problemu: wykorzystania dzieci do żebractwa.

JB: Bardzo nagłośniony był tu jeden przypadek…

SP: Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy z żebractwem należy walczyć, to myślę, że sytuacja dzieci niepełnosprawnych, lub pozornie niepełnosprawnych, naświetlona przy okazji tej właśnie sprawy trzyipółletniego Grigorija, zmuszanego przez matkę do żebrania, jest rozstrzygająca. I, co bardzo charakterystyczne: gdy wyszło na jaw, że Grigorij był bity, głodzony, miał na ciele ślady przypalenia papierosem, wszystkie inne przypadki żebrania z niepełnosprawnym dzieckiem zniknęły. Wiem od dziennikarzy, że w Rynku grasowały grupy rumuńskich dzieci, które wypuszczał Rumun, dorosły mężczyzna. Zwalniał te dzieciaki ze służby pod warunkiem, ze uzbierały pewną określoną kwotę. Wykorzystywanie dzieci do żebractwa jest tą granicą, której przekraczać nie wolno.

JB: Ale znęcanie się nad dziećmi występuje w różnych okolicznościach i według prawa powinno być karane. Czy zatem nie należałoby odróżnić tych żebraków, którzy znęcają się nad dziećmi lub popełniają inne przestępstwa, aby zajęła się nimi policja i sąd, a zostawić w spokoju pozostałych? Mówiąc w skrócie: oddzielić?złych? i?dobrych? żebrzących?

SP: Moim zdaniem, droga jest zupełnie inna: tym, którzy potrzebują pomocy, należy pomocy udzielić. Jeśli na przykład ktoś zbiera na operację dziecka, są drogi weryfikacji tego. Niekontrolowana akcja pomocy prowadzi czasem do absurdu – potrzebne jest dziesięć tysięcy, a zbiera się sto. Natomiast są instytucje wyspecjalizowane w udzielaniu takiej pomocy, jak choćby Caritas. Potrafią sprawdzić dokumenty, biorą odpowiedzialność za to, że nasze pieniądze rzeczywiście trafią do potrzebujących. Jestem natomiast bardzo sceptyczny wobec metod policyjnych, które zwalczają skutki, a nie przyczyny. Bo przede wszystkim musimy potrzebującym udzielić pomocy. Natomiast możemy skutecznie zniechęcić do żebrania, przekonując ludzi, że swoją pomoc mogą ofiarować w inny sposób. To także jest cel tej akcji.

JB: Powiedział Pan o instytucjach charytatywnych, jak różnego rodzaju fundacje czy stowarzyszenia. Ale takie organizacje i instytucje muszą za coś funkcjonować: opłacić koszt lokalu, pracowników administracyjnych; wszystkiego nie zrobią wolontariusze. Czy z tej złotówki, którą daję, potrzebujący dostaną więcej niż księgowa i sekretarka?

SP: Nie mam takich obaw. Przeanalizowaliśmy koszty siedmiu działających we Wrocławiu kuchni charytatywnych. Koszt jednego pełnego obiadu w takiej kuchni waha się w granicach od osiemdziesięciu groszy do złotówki. Proszę mi pokazać drugie takie miejsce we Wrocławiu, gdzie za tę cenę można zrobić pełnowartościowy obiad. Wolontariusze i pracownicy takich organizacji umieją zdobywać nieodpłatnie produkty niezbędne do udzielania pomocy. Można powiedzieć, że koszty finansowe funkcjonowania takich instytucji wynoszą około jednej trzeciej realnej wartości takich usług. Podobnie wygląda sprawa w przypadku schronisk i noclegowni. Ze środków publicznych otrzymują one około trzydziestu – czterdziestu procent całej wartości ich usług. Wolontariusze i pracownicy na pewno nie utrzymują się z tych datków.

JB: Wypłynęła ostatnio sprawa fundacji „Help”…

SP: To dokładnie ten sam mechanizm. Gdy widzimy żebrzącego na ulicy, dajemy mu pieniądze, mamy bardzo duże ryzyko, że on te pieniądze przeznaczy nie na to, na co chcielibyśmy, aby przeznaczył. Podobnie w przypadku organizacji. Powiedziałbym, że ryzyko tu jest minimalne, ale jest. Jeśli dajemy pieniądze, to dajmy je komuś, kto jest wiarygodny. Nazw organizacji, które mają wyrobioną markę, jest wiele, zatem nie należy powierzać pieniędzy jakiejś organizacji tylko dlatego, że nazywa się ona charytatywną. Jest problem ustalenia przez zwykłego szarego obywatela, która z tych organizacji jest godna zaufania. Ja na takie pytanie zawsze odpowiadam: w najbliższym kościele można wrzucić do puszki dla biednych, wtedy nie ma problemu. Natomiast, swoją drogą, istnieje potrzeba stworzenia publicznego i jawnego rejestru organizacji pozarządowych, prowadzonego przez same organizacje.