W momentach zwrotnych historii nie można lecieć na autopilocie

Z Marcinem Popkiewiczem rozmawia Marta Sykut
14.11.2013
Marta Sykut: Jeśli ktoś miałby tylko pół godziny, żeby sięgnąć do twojej książki Świat na rozdrożu1, to które strony poleciłbyś przeczytać?

Marcin Popkiewicz: Wstęp – zaczynam od powiązań między gospodarką, środowiskiem i społeczeństwem i pytam, czy możliwy jest nieskończony wzrost gospodarczy. Są zasoby odnawialne i nieodnawialne. Z tych pierwszych można czerpać tylko w stopniu umożliwiającym ich odtwarzanie się. Te drugie wyczerpują się i co najwyżej można sięgać po zasoby coraz gorszej jakości, na przykład zamiast ropy konwencjonalnej – po ropę łupkową czy piaski roponośne. Tak czy inaczej zasoby nieodnawialne będą się wyczerpywać, a tempo ich wydobycia spadać. Podobnie tempo pozyskiwania nadmiernie eksploatowanych zasobów odnawialnych – na przykład łowisk czy lasów tropikalnych. Kiedy więc dostępna liczba zasobów zacznie maleć, co stanie się ze wzrostem gospodarczym? Czy jest możliwe, by krzywa wzrostu gospodarczego w tej sytuacji dalej pięła się wykładniczo w górę? Obecnie robimy wszystko, żeby krzywa światowego PKB rosła. Przy okazji rosną też inne wskaźniki, na przykład te, które dotyczą emisji dwutlenku węgla i zużycia zasobów nieodnawialnych. Z drugiej strony widać granice, do których już dochodzimy. Trzeba dostosować gospodarkę do tego, jakie mamy możliwości zaspokajania naszego zapotrzebowania na zasoby, czyli odwrócić dotychczasowy sposób myślenia.

MS: Co wyróżnia twój sposób myślenia?

MP: Ekologia nie jest punktem wyjścia. Wyjaśnianie sytuacji świata zaczynam raczej od strony gospodarczej, bo jest to zdecydowanie skuteczniejsza droga, pozwalająca trafić do każdego środowiska. Ekologia tak naprawdę jest tylko naturalnym wnioskiem. Na wykład o ekologii wiele osób w ogóle nie przyjdzie, ale jak się mówi o przyszłości, o dobrobycie, o tym, dlaczego przesuwamy progi zadłużenia państwa, jak to się ma do kryzysu naftowego, to ludziom otwierają się oczy na powiązania.

Dlaczego nastąpił kryzys w Syrii? To proste – w 2006 roku rozpoczęła się tam wieloletnia susza. Setki tysięcy ludzi musiało wyjechać ze wsi, bo zabrakło wody – tysiące wiosek jest wyludnionych, więc dochodzi do destabilizacji sytuacji w miastach. Arabska wiosna zaczęła się od wysokich cen żywności. To wszystko jest jak jedna wielka układanka. Egipt – w roku 1950 żyło tam niewiele ponad 20 milionów ludzi. Teraz jest ich osiemdziesiąt kilka milionów, a 95 procent powierzchni kraju stanowi pustynia. Tylko 5 procent leży nad Nilem, który nie jest wielką rzeką. Płynie nim dwa razy mniej wody niż Wisłą. 2­‑3 lata temu Egipt był jeszcze eksporterem ropy, teraz już jest jej importerem. To powoduje olbrzymią presję dla budżetu państwa, bo w Egipcie ceny benzyny są dotowane. Ludzie się przyzwyczaili, że benzyna jest za pół darmo i tak ma być, więc teraz 20 procent wpływów do budżetu państwa przeznaczanych jest na sponsorowanie tego półdarmowego paliwa. To oczywiście zabija efektywność energetyczną i zachęca do rozrzutności. Na dodatek Egipt importuje żywność. To jest jedna wielka spirala. Jeśli nałożymy na to jeszcze problemy religijne, w miarę zliberalizowane miasta, konserwatywną muzułmańską prowincję i obecność sporej mniejszości koptyjskiej, to wszystko wygląda jak beczka prochu.

MS: Na czym polegają spotkania i wykłady, które prowadzisz?

MP: Pokazuję świat przez pryzmat funkcji wykładniczych, paliw kopalnych, powiązań… Ludzie sami zaczynają rozumieć, że konieczność postępowania ekologicznego czy ochrona klimatu to nie jest zabijanie gospodarki, tylko działania dla przyszłości. Szeroko rozumianej. Wszyscy funkcjonujemy w ramach kulturowych, mamy wdrukowaną pewną wizję świata i sposób myślenia o nim i to jest bardzo trudno zmienić. Burzę tę wizję świata i pokazuję, że dotychczasowe ramy prowadzą do problemów, a nie do rozwiązań. Na to potrzeba przynajmniej dwóch godzin spotkania i rozmowy z ludźmi. Spotkania krótszego niż pół godziny nie ma co zaczynać.

MS: Jeśli mowa o publikacjach, które zmieniają światopogląd, to lada dzień wychodzi pierwsza część piątego raportu Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (IPCC)2. Czy jest szansa, żeby twarde dane wpłynęły na sytuację polityczną lub doprowadziły do zawarcia globalnego porozumienia na rzecz ochrony klimatu?

MP: One wpływają na sytuację na świecie. A w Polsce… staram się promować tę wiedzę, zmieniać percepcję ludzi, którzy się tym zajmują, i pokazywać, jaki jest stan wiedzy naukowej na świecie. Po to właśnie istnieją portale Ziemia na Rozdrożu czy Nauka o Klimacie. Naukę o Klimacie wspiera renomowana rada naukowa, żeby było widać, że nie są to „ekooszołomy”. Organizujemy konferencje prasowe, staramy się docierać do mediów. W Polsce świadomość też się zmieni i zrozumiemy, kiedy następstwa będą już zbyt ewidentne. Kiedy kompletnie zniknie lód w Arktyce, zmienią się wzorce pogodowe, padną po raz kolejny rekordy temperatury – zaczniemy przyjmować to do wiadomości, choćbyśmy chcieli temu nie wiem jak zaprzeczać.

W procesie przyjmowania streszczenia raportu IPCC wszystkie rządy zatwierdzają każde słowo i zatwierdzają treść przez konsensus. Polski rząd też akceptuje tam wszystkie przecinki, jako pierwsze Ministerstwo Środowiska. Bywa, że się przejęzyczamy i mówimy: Ministerstwo Ochrony Środowiska. A dziś niektórzy ministerialni przedstawiciele wypowiadają się, jakby było to Ministerstwo Eksploatacji Środowiska. Do tego premier strofuje ministra środowiska, twierdząc, że ten jest za bardzo ekologiczny.

MS: Czy to znaczy, że musi dojść do prawdziwej katastrofy, żebyśmy otworzyli oczy i żeby zmieniła się polityka klimatyczna polskiego rządu?

MP: Dobre pytanie. Nie wiem. Na pewno by to pomogło, ale też by bolało. Nie chcemy tego scenariusza. Ale faktycznie jest to możliwe, że się obudzimy, dopiero kiedy nastąpi coś tak katastrofalnego, że zaczniemy zadawać pytania. Nie wiem, czy to nastąpi wtedy, kiedy Rosja zakręci nam kurek i stwierdzimy, że u nas wszystko stoi, albo kiedy ceny ropy wzrosną trzykrotnie i odkryjemy, że jesteśmy bankrutem, albo oderwie się od Antarktydy kawal lądolodu wielkości Polski i w ciągu krótkiego czasu poziom oceanów wzrośnie o metr, albo uwolni się jakieś złoże hydratów metanu na Morzu Wschodniosyberyjskim, albo coś innego, ale podobnego kalibru, co nie pozwoli dalej trzymać głowy w piasku. Wtedy będziemy szukać odpowiedzi. Być może wszystko, co możemy zrobić, to starać się, żeby teraz trwała dyskusja społeczna i żeby te argumenty oraz możliwe rozwiązania zaistniały w przestrzeni publicznej.

MS: 97 procent naukowców na świecie zgadza się co do tego, że zmiany klimatu, które dzisiaj obserwujemy, są w dużej mierze wywoływane przez człowieka. Jednak wciąż pojawiają się pytania sceptyków klimatycznych, argumenty tak zwanych negacjonistów klimatycznych, którzy zaprzeczają nie tylko wpływowi człowieka na zmiany klimatu, ale nawet samemu globalnemu ociepleniu. Jak rozmawiasz z takimi osobami?

MP: Nie wszyscy muszą robić doktoraty z klimatologii, po prostu wszyscy mogą przeczytać tekst w portalu Nauka o Klimacie. To portal w pewnym sensie oparty na koncepcji znanego anglojęzycznego portalu Skeptical Science, z którego zaczerpnęliśmy wiele mitów o zmianach klimatu, oprócz tych, które są bardzo mało znane albo przeterminowane. Uwzględniamy też polskie mity, typu: Komitet Nauk Geograficznych Polskiej Akademii Nauk mówi, że nie ma globalnego ocieplenia. W sumie wkrótce będziemy mieli opublikowanych ponad 100 mitów. Choć tak naprawdę, to argumentów negacjonistów klimatycznych jest kilka czy kilkanaście, są za to w kółko powtarzane. Wciąż słyszymy, że od kilkunastu lat się ociepla, że to wina Słońca, że wulkany emitują więcej od ludzi, czy że klimat zmieniał się zawsze, a za Wikingów Grenlandia była zielona. Kiedy stykasz się z mitem, to możesz odpowiedzieć: „Nie, przeczytaj sobie tutaj” i podać link do jego wyjaśnienia w Nauce o Klimacie. Nie trzeba pisać elaboratów.

Ostatnio sceptycy klimatyczni wymyślili, że w Arktyce jest o 60 procent więcej lodu niż rok temu, a zatem obserwujemy wielkie odrodzenie Arktyki. Jakby spojrzeć na to zagadnienie bez uwzględnienia dłuższej perspektywy czasowej, to faktycznie w Arktyce jest więcej lodu niż rok temu, choć może nie o 60 procent. To jest naturalne, że jak w szczególnych warunkach pada rekord, to rok później nie ma rekordu. Tak było w 2007 roku, padł rekord, późniejsze lata: 2008, 2009, 2010 nie były rekordowe. To są fluktuacje pogodowe. Przyszedł 2012 rok i negacjoniści klimatyczni się schowali w mysią dziurę, bo znów padły rekordy. W tym roku lodu w Arktyce znów jest więcej, więc mamy „odrodzenie”. W latach 2014 i 2015 znowu będzie go więcej, a w roku 2016 padnie nowy rekord minimum. Potem, kiedy rekord nie padnie, znów będziemy słyszeć o „wzroście ilości lodu”. Szczególnie spektakularne „wzrosty” możemy mieć, gdy powierzchnia lodu spadnie do miliona kilometrów kwadratowych. Wtedy, kiedy rok później będą na przykład 2 miliony (czyli znacznie mniej niż kiedykolwiek wcześniej), to od „sceptyków” dowiemy się, że lodu w Arktyce jest dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Funkcjonują pewne wzorce, które są odtwarzane do znudzenia. Mamy tu do czynienia z podręcznikowymi manipulacjami danymi.

MS: A czy czasem łapiesz się na tym, że starasz się przekonywać ludzi na siłę?

MP: Trudno jest odrzucić wnioski, które płyną z prezentowanego przeze mnie rozumowania. Na koniec moich wykładów zazwyczaj robię matrycę przedstawiającą dwa scenariusze: zagrażające zjawiska, o których mowa, nie nastąpią i się prześlizgniemy albo nie uda nam się ich uniknąć. Ludzie zazwyczaj oceniają prawdopodobieństwo tych dwóch scenariuszy na jednakowe. Do tego dokładamy rzędy macierzy: podejmujemy działania albo ich nie podejmujemy. Działania to: reformy systemów podatkowego i bankowego, rozbudowa alternatywnego systemu energetycznego, wysiłki w kierunku poprawy efektywności energetycznej, ochrona lasów czy łowisk i tak dalej. Wariant pierwszy (do kryzysu doszło, a my podjęliśmy te działania) i drugi (do kryzysu nie doszło, a my nic nie zrobiliśmy) są mało ciekawe – zrobiliśmy, co należy. Ale przypadek trzeci, czyli do kryzysu nie doszło, a my podjęliśmy te działania, jest już ciekawszy. Są plusy i minusy tej sytuacji. Minusy są oczywiste: ograniczyliśmy wzrost gospodarczy, zmieniliśmy status quo, ucierpiały pewne grupy, prąd podrożał, konsumpcja spadła, poziom życia w naszym dzisiejszym rozumieniu spadł. Ale są też plusy: mamy łowiska, lasy, nowe gałęzie przemysłu. Ludzie zostali zwolnieni z kopalń, ale teraz pracują w fabrykach produkujących baterie słoneczne czy pojazdy szynowe. Środowisko jest czystsze, ludzie są zdrowsi, nie wydajemy co roku dziesiątków miliardów na import ropy i gazu. Choć nie musieliśmy, stworzyliśmy lepszy świat, mamy równe społeczeństwo. To zdecydowanie nie jest koniec świata. Czwarty scenariusz, w którym doszło do kryzysu, a my nie podjęliśmy działań, ma swoje plusy (wygodne życie „na kredyt” przez kilka lat), ale minusy przeważają, bo w dłuższej perspektywie dochodzi do katastrofy. I to daje ludziom do myślenia, zwłaszcza jeśli te plusy i minusy sami wymieniają. Wniosek? Niezależnie od tego, czy do kryzysu dojdzie bądź, jeśli dojdzie, jak będzie on głęboki i czy jakoś się przez niego prześlizgniemy, to warto jednak wspomniane działania podejmować.

MS: To jest świetny argument. Taki świat powinniśmy budować, bo ma po prostu większy sens. Ale to, o czym ty mówisz, to są zmiany systemowe. Czy jest tutaj miejsce na obywateli, na ruch społeczny?

MP: Tak, przede wszystkim na wprowadzanie zmian kulturowych. Jeśli ludzie nie wiedzą, że jest problem, to nic z nim nie zrobimy. Ja promuję wiedzę, ale idę też o krok dalej. Jeżdżę rowerem, nie latam samolotem. Nawet na konferencje klimatyczne nie latam. Jak jest blisko, to pojadę pociągiem albo autokarem, jak jest daleko, to odmawiam. Ogólnie rzecz biorąc, mam odwrócony system wartości. W szerokich kręgach społeczeństwa im większą ktoś ma terenówkę, tym większy ma szacun. A dla mnie im ktoś jeździ większą terenówką, tym ma u mnie niższe notowania. I taka powinna być zmiana kulturowa: jeśli jeździsz terenówką, a na wakacje latasz na Bora­‑Bora, ludzie powinni patrzeć na ciebie jak na pasożyta.

MS: Ale przecież teraz zostało nam tak mało czasu, żeby radykalnie zmienić model gospodarczy i styl życia, że potrzebujemy raczej rewolucji świadomości niż jej ewolucji. W przeciwnym razie nie uda nam się uniknąć katastrofalnych zmian klimatu.

MP: Uważam, że nie zbudzimy się na czas i nastąpi zderzenie z rzeczywistością. Pytanie, jak bardzo ono będzie bolesne i kiedy się obudzimy? Już wiele z tych rzeczy nam doskwiera. Najprostszy przykład: ceny ropy. Na jej import Polska wydaje 70 miliardów złotych rocznie. To są ogromne pieniądze, które odpływają do Rosji. Blisko 30 procent wpływów do budżetu państwa za samą ropę. Nie mówię już o gazie czy węglu, które również importujemy. To są pieniądze, którym mówimy „do widzenia” (a raczej „żegnajcie”) i one znikają z naszej gospodarki. A jak dojdzie do kolejnego kryzysu na Bliskim Wschodzie? Za baryłkę zapłacimy już nie 100 dolarów z haczykiem, tylko 200 dolarów. Dziś zwiększamy uprawy z użyciem pestycydów (trudno, trzeba się wykarmić), nadmiernie eksploatujemy łowiska, bo te ryby są potrzebne dzisiaj, budujemy nowe elektrownie węglowe, bo są tańsze. Robimy to, bo im jest trudniej, tym bardziej skraca się nasz horyzont decyzyjny, co jeszcze bardziej nasila problemy, które wystąpią za chwilę. A przecież możemy być liderem w takich dziedzinach, jak budownictwo energooszczędne, smartgrid (czyli inteligentne sieci elektroenergetyczne, które pozwalają obniżyć koszty, zwiększyć efektywność i zintegrować rozproszone źródła energii), budowa pociągów. W tych branżach już jesteśmy dobrzy. Polskie firmy produkujące okna dachowe czy baterie słoneczne działają już na skalę europejską. Smartgird na świecie ma przyszłość, a my mamy świetnych inżynierów, którzy mogą projektować do tego elektronikę, tylko musimy w Polsce stworzyć rynek na te usługi.

MS: Co nas powstrzymuje przed wprowadzeniem rozwiązań, o których mówisz?

MP: Przede wszystkim trzeba mieć wizję. Na autopilocie można lecieć, kiedy historia idzie utartym torem. W momentach zwrotnych historii, a tak się składa, że w takim momencie żyjemy, próba podążania utartym torem prowadzi do katastrofy, a w najlepszym przypadku – do pozostania w tyle. Niezależnie od scenariusza, w naszym interesie jako społeczeństwa jest wyciągnięcie wniosków z tego, co dzieje się na świecie. Nawet jeśli dojdzie do kompletnej katastrofy, to zastanówmy się, co jest ludziom potrzebne do życia? Muszą zjeść i nie zamarznąć zimą, i już jakoś to będzie. Teraz pomyślmy: jeśli wybudujemy domy zeroenergetyczne3, poprawimy infrastrukturę energetyczną na wsi (biogazownie, mikrorafinerie biopaliw i tym podobne), to kombajny pojadą, traktory pojadą. Energii nie zabraknie, a gospodarka będzie działać. Nie będzie wielkiego głodu, nie trzeba będzie się obawiać zimy, bo zeroenergetycznych domów nie trzeba będzie ogrzewać. Może nam się zresetuje system finansowy, ale pozbieramy się, minie parę lat i pójdziemy nową drogą. Nie trzeba wiele, żeby nie wylądować na samym dnie. A jeśli nie dojdzie do katastrofy, a cała transformacja się uda, to my możemy albo być ofiarą, która kupuje zagraniczne technologie, wydając ciężkie pieniądze, albo możemy być w czołówce w dziedzinie budownictwa zeroenergetycznego, w efektywnym transporcie energetycznym, w biogazowniach. My w Polsce możemy i umiemy, Polak potrafi, tylko państwo nie może nam rzucać kłód pod nogi.

MS: A jakie zmiany systemowe powinny nastąpić, żeby umożliwić te reformy?

MP: Obecnie konserwujemy energetykę i układy z dwudziestego wieku, kiedy mamy już wiek dwudziesty pierwszy. Oprócz energetyki, również nasz system finansowy jest do reformy, bo obecny system wymaga stałego wzrostu gospodarczego. To immanentna cecha systemu, w którym pieniądze powstają jako oprocentowany dług w prywatnym sektorze finansowym. Być może najlepszą odpowiedzią jest, żeby pieniądz był pieniądzem państwowym. Wszystko działałoby tak jak działa obecnie, tylko pobierane odsetki zamiast do prywatnej instytucji bankowej, trafią do budżetu państwa jako część podatków. Wtedy nie będzie konieczności, żeby ilość pieniądza rosła wykładniczo. Zmieniłby się też system podatkowy. Zamiast rozbudowanej biurokracji, PIT­‑u, CIT­‑u i VAT­‑u, wprowadzony zostałby podatek od zużycia energii albo podatek węglowy z tak zwanym zielonym czekiem4. Przy okazji pozbylibyśmy się też problemu szarej strefy czy rajów podatkowych. Dziś takie firmy jak Google czy Apple w ogóle nie płacą podatków, a w nowym systemie płaciłyby po prostu od energii, którą zużywają – uczciwie. Promowane byłyby biznesy niskoenergetyczne. Nie promujesz tych, którzy są energożerni, ale o to właśnie chodzi, żeby gospodarka w niewielkim stopniu oddziaływała na środowisko i zużywała zasoby.

MS: Co jest najbardziej kluczowym elementem tej transformacji? Czy są to właśnie źródła energii?

MP: One są bardzo ważne, ale to też jest szatańska sprawa, bo odnawialne źródła energii mogą funkcjonować tylko w bardzo efektywnym społeczeństwie. Są rozproszone i generują w miarę niewiele energii, więc trzeba patrzeć przede wszystkim na efektywność jej wykorzystania. Nie potrzebujemy 5 kilogramów węgla i 2 litrów ropy na głowę dziennie, czyli tyle, ile średnio zużywamy w Polsce. Potrzebujemy usług energetycznych – ciepła w domu, światła, działającego komputera i jedzenia. Dzisiejsza technologia pozwala zużyć jedną trzecią surowców na wytworzenie tej samej ilości energii. Nie chodzi o to, żeby żyć jak pustelnik. Można zrobić taką infrastrukturę, żeby pojechać do Chorwacji szybkim pociągiem w kilka godzin. A można to zrobić jeszcze lepiej. W Ameryce pojawił się na przykład ciekawy pomysły, żeby między San Francisco a Los Angeles zrobić tunel próżniowy i tam puszczać pociąg, który leci szybko jak samolot, jest prawie zeroenergetyczny, a jedyne, czego potrzebuje, to zasilanie prądem ze źródeł odnawialnych. Być może to jest transport przyszłości. Przez Europę puści się pięć rur, a resztę będziemy podjeżdżali szybkim pociągiem. Na chwilę obecną to jest science fiction, ale takie rzeczy już robiliśmy w historii. To jest element wizji.

MS: A jak te innowacje technologiczne mają się do wzrostu gospodarczego, o którym wspominałeś? Czy w ostatecznym rozrachunku nie chodzi jednak o to, żeby technologie niskoemisyjne napędzały gospodarkę?

MP: Najważniejsza jest efektywność. Powiedzmy, że twoja gospodarka potrzebuje 100 jednostek energii, żeby działać. Budujesz źródła energii: elektrownię węglową, kopalnię, wiatrak czy panel słoneczny. To działa pięćdziesiąt lat, a później musisz zbudować coś nowego. Jeśli budujesz na pięćdziesiąt lat, to co roku musisz odbudować 2 procent swoich mocy energetycznych, czyli 2 jednostki. A teraz wyobraź sobie, że twoja gospodarka rośnie o 5 procent rocznie. Teraz po roku musisz zbudować 5 nowych jednostek i odbudować 2 stare, czyli w sumie 7. Co za tym idzie, koszty są 3,5 raza wyższe. Co to oznacza? Gospodarka, która bardzo szybko rośnie, może się opierać tylko na bardzo tanich źródłach energii. Przykład – Chiny i elektrownie węglowe. Ale gospodarka, która nie rośnie, albo rośnie bardzo powoli, może mieć trzykrotnie droższe źródła energii i ponosić takie same koszty. My wchodzimy w okres, kiedy gospodarka nie będzie rosnąć albo będzie rosnąć bardzo powoli. To też otwiera całkiem nowe perspektywy energetyczne. Z punktu widzenia kraju, który jest importerem nośników energetycznych netto, nawet jeśli energia będzie droższa, bo będzie pochodzić na przykład z biogazowni, a nie z elektrowni gazowej czy węglowej, to dla nas będzie to korzystne, bo pieniądze za biogaz zostaną w naszej gospodarce, zamiast z niej uciekać.

MS: Czy z tego wynika, że powinniśmy pójść w stronę deglobalizacji?

MP: W pewnym sensie tak. Lokalizacja jest efektywniejsza energetycznie, ale jest także sens w tym, żeby kraje współpracowały i prowadziły wymianę. Egipt nam oferuje swoje plaże, a my jemu naszą żywność. To też ma rację bytu.

Żyjemy w punkcie zwrotnym historii – w trudnych, ale niewątpliwie bardzo ciekawych czasach. Patrząc na wiele dziejących się rzeczy, można siąść i się rozpłakać, ale ani to nic nie da, ani w tym stanie miło czuć się nie będziemy. Lepiej zakasać rękawy i działać, ile sił, żeby końcowy rezultat naszego „eksperymentu” na skali katastrofalnie – świetnie był choć trochę bliżej tego drugiego krańca skali.

Warszawa, wrzesień 201

Tekst pochodzi z: „Recykling Idei”, 2013, jesień, nr 15.

Przypisy:

1. M. Popkiewicz, Świat na rozdrożu, Katowice 2012.

2. Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC) – organizacja założona w 1988 przez Światową Organizację Meteorologiczną (WMO) oraz Program Środowiskowy Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNEP). Naukowcy IPCC to specjaliści z różnych dziedzin, którzy – opierając się na istniejących badaniach – zajmują się oceną globalnego ryzyka związanego ze zmianami klimatu oraz prognozowaniem przyszłych scenariuszy. Raporty IPCC uznawane są za najbardziej miarodajne źródło wiedzy na ten temat. Do tej pory ukazały się cztery kompletne raporty: w 1990, 1995, 2001 i 2007 roku. We wrześniu 2013 roku została opublikowana pierwsza część Piątego Raportu Oceniającego IPCC, który w całości ukaże się w 2014 roku (przyp. red.).

3. Budynki zeroenergetyczne – budynki o zerowym zużyciu energii netto i zerowej emisji dwutlenku węgla (przyp. red.).

4. Podatek węglowy – podatek ekologiczny od emisji dwutlenku węgla. Aby nie obciążał osób o niższych dochodach, jego część może być dystrybuowana wśród obywateli w formie „zielonego czeku” (tak zwanej dywidendy węglowej). W różnej formie i zakresie funkcjonuje między innymi w Danii, Finlandii, Norwegii, Australii i Kolumbii Brytyjskiej (prowincja Kanady) (przyp. red.).

Marcin Popkiewicz – analityk megatrendów, z wykształcenia fizyk jądrowy, wykładowca, pisarz i dziennikarz specjalizujący się w kwestiach gospodarki, energii, zasobów i środowiska; przewodniczący polskiego oddziału ASPO (Association for the Study of Peak Oil & Gas); redaktor portali internetowych Ziemia na Rozdrożu (www.ziemianarozdrozu.pl) i Nauka o Klimacie (www.naukaoklimacie.pl). Autor książki Świat na rozdrożu (Katowice 2012) oraz gry pod tym samym tytułem.
Marta Sykut – od lat przygląda się wyzwaniom, jakie postawiły przed nami zmiany klimatu i sposobom, w jaki społeczności na te wyzwania reagują. Zainspirowana doświadczeniami zmagań z przemysłem węglowym na Bałkanach oraz udziałem w COP 15 w Kopenhadze, dziś angażuje swój czas i energię na rzecz Młodzieżowej Sieci Klimatycznej.