Antyamerykanizm?

Arundhati Roy
23.11.2003

Ostatnimi czasy ci, którzy krytykowali działania rządu Stanów Zjednoczonych (włączając w to także mnie) zostali określeni jako „antyamerykańscy”. Termin ten zwykle używany jest przez rząd amerykański w celu zdyskredytowania oraz, nie bezpodstawnie, choć powiedzmy sobie – nieściśle, zdefiniowania jego krytyków. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że osoba zaetykietowana jako „antyamerykanin”, będzie osądzona, nim ktokolwiek jej wysłucha, a argumentacja zostanie przytłoczona przez urażoną narodową dumę.

Co właściwie oznacza „antyamerykanizm”? Czy jeśli zostaniesz w ten sposób nazwany, oznacza to, że jesteś przeciwnikiem jazzu lub wolności słowa? Lub że nie podoba ci się Toni Morrison lub John Updike? A może, że masz coś przeciw wielkim amerykańskim sekwojom? Lub, że nie podziwiasz tysięcy amerykańskich obywateli, którzy urządzali marsze przeciw broni nuklearnej, lub tysięcy pacyfistów, którzy wymusili na rządzie opuszczenie Wietnamu? Czy antyamerykanizam oznacza, że nienawidzisz wszystkich mieszkańców Ameryki?

To przebiegłe mieszanie amerykańskiej muzyki, literatury, zapierającej dech w piersiach amerykańskiej przyrody i powszednich przyjemności zwykłych ludzi do krytyki polityki zagranicznej amerykańskiego rządu jest zamierzoną i niezwykle skuteczną taktyką. Taktyką wycofującej się armii chroniącej się w ludnym mieście z nadzieją, że perspektywa śmierci cywilów zniechęci wroga do uderzenia.

Jest wielu Amerykanów, których zawstydziłoby stawianie równości pomiędzy nimi a polityką ich rządu. Najbardziej inteligentna, zjadliwa, cięta, szydercza krytyka hipokryzji i pełnej sprzeczności polityki władz pochodzi spośród obywateli USA. (Podobnie jest i w Indiach – dla milionów z nas byłoby wielce niestosownym i wręcz obraźliwym jakiekolwiek łączenie nas z obecną faszystowską polityką naszego rządu.)

Nazwanie kogoś antyamerykańskim, ba, nawet, nazywanie siebie antyamerykańskim, to nie tylko rasizm, ale brak wyobraźni. To niezdolność do widzenia świata w pojęciach innych niż te, które zostały określone przez rząd. Jeśli nas nie kochasz, nienawidzisz nas. Jeśli nie jesteś dobry, jesteś zły. Jeśli nie jesteś z nami, stoisz po stronie terrorystów.

W zeszłym roku, jak wielu innych, ja także popełniłam błąd naśmiewając się z tej całej pojedenastowrześniowej retoryki. Zlekceważyłam ją jako głupią i arogancką. Teraz zrozumiałam, że to był błąd. W rzeczywistości odbywa się sprytna kampania werbunkowa dla źle pomyślanej i niebezpiecznej wojny. Każdego dnia dziwię się jak wielu ludzi wierzy, że przeciwstawianie się wojnie w Afganistanie jest równoznaczne z poparciem dla terroryzmu. Teraz, kiedy pierwotny cel wojny – złapanie Osamy bin Ladena – oddalił się, określono nowy. Stwierdzono, że cały sens wojny polegał na obaleniu reżimu Talibów i wyzwoleniu afgańskich kobiet od ich burek. Mamy uwierzyć, że amerykańscy marines odbywają tak naprawdę misję, nie przymierzając, feministyczną. (jeśli tak, to czy zajmą się następnie amerykańskim sojusznikiem – Arabią Saudyjską?). Pomyślmy: w Indiach praktykuje się wiele niewłaściwych zachowań – przeciw „niedotykalnym”, przeciw chrześcijanom i muzułmanom, przeciw kobietom. Pakistan i Bangladesz w sposób jeszcze gorszy rozprawiają się z mniejszościami i kobietami. Czy kraje te powinny być zbombardowane?

Każdemu chodzi po głowie, oczywiście szczególnie tu w Ameryce, to przerażające wydarzenie, które znane jest jako „jedenasty września”. Niemal 3000 ludzi straciło życie w zamachu terrorystycznym. Smutek jest nadal głęboki, wściekłość gwałtowna, łzy wciąż nie wyschły. A ta dziwna wojna przetacza się przez świat. Mimo to, każdy, kto stracił ukochaną osobę z pewnością wie, że nie ma takiej wojny, ani aktu zemsty, który stępiłby ostrza ich smutku lub przywrócił do życia ich bliskich. Wojna nie może pomścić tych, którzy zginęli. Wojna jest jedynie brutalną profanacją ich pamięci.

Aby podsycić następną wojnę – tym razem przeciw Irakowi – przez manipulację ludzkim nieszczęściem, przez zapakowanie go do sensacyjnych programów TV sponsorowanych przez korporacje sprzedające detergenty lub buty sportowe, nieszczęście ma być roztrwonione, zdewaluowane, odarte ze znaczenia. Obserwujemy grabież najbardziej osobistych ludzkich uczuć czynioną w celach politycznych. Czyniąc to rząd wyrządza okrutną i straszliwą krzywdę swojemu narodowi.

Rząd USA twierdzi, że Saddam Husajn jest zbrodniarzem wojennym, okrutnym despotą w mundurze, który popełnił ludobójstwo na swoim narodzie. Jest to dość precyzyjne określenie tego człowieka. W 1988 r. zrównał z ziemią setki wiosek w północnym Iraku i zamordował tysiące Kurdów. Dziś wiemy, że w tym samym roku rząd USA przekazał mu 500 mln. dolarów jako dotację w celu zakupienia amerykańskich produktów rolnych. Rok później, kiedy to już jego ludobójcza kampania zakończyła się sukcesem, rząd USA podwoił dotację do 1 mld dol. Wyposażył go także w wysokiej jakości zarazki wąglika, a także helikoptery oraz urządzenia mogące służyć do produkcji broni chemicznej i biologicznej.

Okazuje się, że w chwili, gdy Saddam dokonywał swych najgorszych zbrodni, amerykański i brytyjski rząd byli jego bliskimi sojusznikami. Cóż więc to zmieniło?

Inspektorzy rozbrojeniowi mają sprzeczne raporty na temat stanu irackich środków masowego rażenia, a wielu stwierdziło wyraźnie, że jego arsenał został zdemontowany i Irak nie ma możliwości jego odbudowy. A jeśli nawet Irak posiada broń nuklearną, czy usprawiedliwia to uderzenie wyprzedzające na Irak? USA posiada największy arsenał nuklearny na świecie. A także jest to jedyny kraj, który użył tej broni przeciw cywilom. Jeśli USA mają prawo dokonać uderzenia wyprzedzającego na Irak, więc i inne nuklearne mocarstwa mają prawo dokonać takiego uderzenia na każde inne. Na przykład Indie mogłyby zaatakować Pakistan i vice versa.

Ostatnio, USA odegrały ważną rolę w odciągnięciu Indii i Pakistanu znad krawędzi wojny. Czy tak trudno im korzystać z własnych rad? Stany Zjednoczone, które Bush nazwał „najbardziej pokojowym narodem na ziemi”, w ciągu ostatnich 50 lat toczyły bezustanne wojny z tym lub innym krajem.

Wojny nigdy nie są prowadzone z altruistycznych powodów. Zwykle dzieje się to w celu osiągnięcia hegemonii lub dla zysku. Więc, siłą rzeczy, istnieje biznes wojenny. W swojej książce na temat globalizacji Lexus i drzewo oliwne, Tom Friedman pisze: „Niewidzialna ręka rynku nigdy nie będzie funkcjonować bez niewidzialnej pięści, McDonalds nie może rozwijać się bez McDonnel Douglasa. I ta niewidzialna pięść, która chroni świat, aby technologie Krzemowej Doliny rozwijały się pomyślnie nosi nazwę Armii, Lotnictwa oraz Marynarki Stanów Zjednoczonych”. Być może było to pisane w chwili słabości, lecz jest to najbardziej zwięzły i precyzyjny opis korporacyjnej globalizacji, jaki kiedykolwiek czytałam.

11 września i wojna z terrorem zerwały zasłonę, która okrywała niewidzialną rękę i pięść i ukazał nam się w pełni inny oręż Ameryki – wolny rynek, który przetacza się przez kraje rozwijające się z niewesołym uśmiechem na ustach. Zadanie Które Nie Ma Końca to amerykańska idealna wojna, doskonałe narzędzie używane w celu bezustannej ekspansji amerykańskiego imperializmu. W języku Urdu słowo oznaczające zysk to fayda, natomiast Al­‑qaida oznacza słowo, słowo, które pochodzi od Boga, prawo. Tak więc w Indiach niektórzy z nas nazywają Wojnę z Terrorem: Al­‑qaida kontra Al­‑fayda – Słowo przeciwko Zyskowi (niezamierzona gra słów). Chwilowo wygląda na to, że jednak Al­‑fayda zdobywa przewagę. Choć z drugiej strony nigdy nic nie wiadomo…

W ciągu ostatnich dziesięciu lat całkowity dochód światowy wzrastał średnio 2,5% na rok. W tym samym czasie liczba biednych na świecie wzrosła o 100 mln. W czołówce 100 największych ekonomii 51 to korporacje, a nie państwa. 1% bogaczy tego świata uzyskuje dochód równy dochodowi 57% najbiedniejszych i ta różnica wciąż rośnie. Teraz wraz z rozwijającą się wojną z terrorem, proces ten uległ przyspieszeniu. Białe kołnierzyki uwijają się jak w ukropie. Podczas gdy bomby spadają, kontrakty są podpisywane, patenty nadawane, rurociągi układane, zasoby naturalne rabowane, woda prywatyzowana a demokracja podkopywana.

W miarę powiększania się przepaści pomiędzy bogatymi i biednymi, ukryta pięść wolnego handlu ma coraz więcej pracy. Międzynarodowe korporacje w pogoni za zyskiem w krajach rozwijających się potrzebują pomocy ze strony machiny państwowej – policji, sądów, czasem także armii.

W dzisiejszych czasach globalizacja korporacyjna potrzebuje międzynarodowej konfederacji lojalnych, skorumpowanych, najlepiej autorytarnych rządów w najbiedniejszych krajach, w celu przeprowadzenia niepopularnych reform i tłumienia buntów. Potrzebuje prasy, która pozuje na niezależną; sądów, które udają, że wymierzają sprawiedliwość. Potrzebuje bomb nuklearnych, stałych armii, surowych praw imigracyjnych i czujnych patroli przybrzeżnych, w celu upewnienia się, że jedynie pieniądze, towary, patenty i usługi są podlegają globalizacji, a nie wolny przepływ ludzi, ani poszanowanie praw człowieka, ani międzynarodowe traktaty przeciwko rasowej dyskryminacji, czy umowy eliminujące broń chemiczną i nuklearną lub ograniczające emisję gazów cieplarnianych lub dotyczące prawa międzynarodowego. Wygląda na to, że nawet mały gest w kierunku międzynarodowej odpowiedzialności zniweczyłby całe przedsięwzięcie.

Blisko rok po rozpoczęciu wojny z terrorem kolejne kraje ograniczają wolności obywatelskie w imię obrony wolności. Swobody obywatelskie są zawieszane w imię ochrony demokracji. Każdy protest zostaje zdefiniowany jako „terroryzm”. Donald Rumsfeld powiedział, że jego misja w wojnie z terrorem polega na przekonaniu świata, że Amerykanom musi być wolno nadal kontynuować ich styl życia. Lecz niestety, choć mówię to z trudem, amerykański styl życia jest nie do utrzymania. Ponieważ nie zwraca uwagi na to, że istnieje świat poza Ameryką.

Szczęśliwie, każda potęga ma swój kres. Istnieje prawdopodobieństwo, że i to imperium, jak wiele przed nim, przeliczy się z siłami i rozpadnie się od środka. Zdaje się nawet, że już pojawiły się pierwsze pęknięcia. W miarę jak wojna z terrorem się rozszerza, korporacyjne serce Ameryki zaczyna krwawić. Ta przejażdżka po świecie garstki chciwych bankierów i prezesów firm, którzy nie podlegają obywatelskiej kontroli, nie może zbyt długo trwać.

Komunizm sowiecki upadł nie tyle z tego powodu, że był z natury zły, ile dlatego, że miał pewien słaby punkt – pozwalał zbyt małej grupie ludzi przywłaszczyć sobie zbyt dużo władzy. Rynkowy kapitalizm XXI wieku w stylu amerykańskim upadnie z tego samego powodu.

Przełożył Mariusz Doluk