Napierdalanka

Mariusz Sibila
25.10.2007

Byłem jednym z tych, którzy rzucali kamieniami. Czułem, jak wielbiono nas i nienawidzono. Nienawidzę i tej nienawiści, i tych nienawidzących. Rzucałem kamieniami, aby wyzwolić się z mentalnego więzienia, w które jestem wpychany na różne skomplikowane sposoby – a murami tego więzienia są ludzie, to ludzie są jak cegły średniowiecznej katedry, tysiącletnia budowla, tysiącletnie cesarstwo, hołd dla zniewalającego boga, który świeci jak słońce u wylotu więziennej studni. Ach, agresja we mnie narasta… Bawię się w poezję, a agresja buzuje we mnie, i nie mam co z nią zrobić, szukam głównego przeciwnika, kiedy go nie znajduję, bo zbyt jest potężny i nieuchwytny, wtedy uderzam w człowieka, w szpicla systemu, który zniewala mnie swym podobieństwem adamowym, ale który jest przecież tylko pałką w ręku najwierniejszych sług boga. Bij w policjanta i w policjantkę, jego uderzaj w krocze, ją uderzaj w piersi, rozbij w pył przezroczystą tarczę z pleksiglasu, odbierz mu gumową pałkę i wsadź mu w gardło, niech się udławi, niech ląduje w szeregu długich statystyk wraz z innymi poszkodowanymi w obronie prawa i systemu. Tak, byłem jednym z tych, którzy rzucali kamieniami, i też zasłaniałem twarz, i nie wiedziałem, czy napluć w twarz tej kobiecie, która czarną chustę ściąga mi z twarzy, czy bać się u jej stóp i kwilić, bo przecież boję się i głównym motywem mego działania jest strach, obsesyjny strach, że ktoś mnie uderzy, że system, który budują ludzie, dojdzie do takiego stanu okrucieństwa, jaki występuje w naturze. Nie uderzyłem jej, tej kobiety, twardo stojącej na swym wiekowym już, pacyfistycznym stanowisku, nie przebijałem się przez mądrość płynącą z głębi jej ludzkiego doświadczenia, doświadczenia nudy i naukowej walki o prawdę, doświadczenia ludzkiego zakłamania, na które ona reaguje własnym zakłamaniem, zakłamaniem w imię historycznej sprawiedliwości i własnego najwłaśniejszego domowego ciepła. To jest postawa polityczna – kiedy śmiertelny cios tak naprawdę jest dalekim echem słowa. Nie atakuję jej pacyfizmu, tej retorycznej kukły, nie pluję w twarz z pogardą, ponieważ nie mam w sobie pogardy, nie uderzam z agresją w twarz, bo nie ma we mnie agresji, jest osłupienie, że ta, za której plecami chciałem się schronić, wydaje mnie w ręce fałszywie pojętej sprawiedliwości – to nie jest argument, że giną po drodze niewinni ludzie, że ginie ich – tych ludzi – głowa, ręka, oko, palec, że ginie ich pacyfistyczna wiara, że ginie ich polityczne dążenie, ginie pod ciężarem ciosu przypadkowym kawałkiem betonowego bruku. To ma być jej argument? Niszczycie pokojową wielotysięczną demonstrację swym kilkudziesięcioosobowym wzburzeniem! Niszczycie moje bezpieczeństwo, przecież walczę z systemem, który nie wali mnie po głowie, a niszczy tylko moją duszę, nie mogę ja walić jemu po głowie, trzeba uderzyć w duszę systemu, trzeba znaleźć duszę systemu i uderzyć w nią tak, jak system uderza w nas, nie młotem i pałką, nie barbarzyńskimi porywami młodego i nieokrzesanego ciała, gdzie akademie filozoficzne, gdzie perypatetycy, gdzie John Lennon i jego Yoko, gdzie śpiew pod tęczowym sztandarem, precz z tą czarną chustą, dowodem twego skrajnego tchórzostwa, szczylu, precz z tej ulicy, nie baw się w policjanta i ofiarę!!! Pokaż twarz! Nie, na to wszystko odpowiadam skamleniem, jak kundel, któremu wyrwano wszystkie zęby, krew cieknie mi po oczach, po wargach, językiem gładzę obolałe dziąsła, nie mam czym gryźć, nie mogę nienawidzić, kulę się, zasłaniam twarz rękoma i krzyczę: nie, zostaw! Odwracam się, przebijam mur ludzi, tę pokojową widownię wpatrzoną w uliczną wojnę, i wpadam znów pomiędzy swych czarnych kolegów i uzbrojone w tarcze i pałki robokopy, tak trzaska o asfalt betonowa płyta, jedna, druga, kolejna, mniejsze kawałki, dobrze leżące w dłoni, lecą w kierunku policyjnych kordonów, widzę za szybkami kasków strach i wreszcie uwolniony gniew – będą bić. O to chodziło przecież, nie! O to właśnie chodziło, żeby się napierdalać. Ten, kto to wymyślił, nie dostanie kamieniem, kamieniem dostanie jego posłuszne narzędzie, człowiekopodobny bezmyślny padalec, choćby to był dziewiętnastoletni chłopiec o cerze anioła, choćby to była kobieta, drobna i piegowata, której rude loki pocą się pod hełmem, której drobne ciało poci się w kilkunastokilogramowej zbroi, pacyfizm i empatia, piękne słowa, z pomocą których można zbudować idealnie posłuszne społeczeństwo, nie dawać wolności i dobrobytu, dawać tylko złudzenie, że tak zwane pokojowe metody są skuteczne, kroczek po kroczku do przodu, w kierunku nowego wspaniałego ładu, tylko nie dostrzegamy, że w międzyczasie ponad naszymi głowami poczyniono kroki siedmiomilowe, a gra się toczy według coraz subtelniejszych zasad. Powołują się na rozum, na współczucie, na tęczowe marzenie o pokoju – i przeczą swemu świętemu egoizmowi, jakby był parszywy; poprzestańmy więc na pięknych słowach, a dlaczego? A dlatego, że są piękniejsze… Ach, znów we mnie kipi, znów chcę wziąć kamień w rękę, zdjąć hełm i uderzyć w gołą głowę tego człowieka, który podbiega do mnie z pałką, którego wzrok zapamiętam, którego niemy okrzyk bojowy odbija się o plastikową zaparowaną szybkę hełmu, który nerwowo przekłada pałkę z ręki do ręki i, nerwowo, wyciera raz jedną, potem drugą rękę z potu, podnosi niezręcznie rękę ciężką od ochronnych warstw rękawów, ociera o połę munduru, ociera jeszcze raz i jeszcze, chce wytrzeć z czoła ten pot, który cieknie, ale nie może przestać biec, musi przecież mnie dopaść, oglądam się za siebie, nie ma nikogo z chłopaków, sam tylko kolorowy tłum, chwycili się za ręce, krzyczą, że nie chcą gwałtu na ulicy, że nie chcą gwałtu na ulicy, że nie chcą gwałtu na ulicy, za policjantem, który nacierał na mnie, biegnie cała reszta umundurowanych, nabrali odwagi, będą szukać czarnych między klombami, nie zraża ich huk kolejnych brukowych płyt, tak powstaje w niedalekim ukryciu amunicja, uciekam w stronę ludzkiego tłumu, chcę przebić się przez sznur, ale nie wpuszczają mnie, pojawia się jeszcze kilku czarnych, próbują też przebić się przez wrogi tłum tych, którzy jeszcze przed chwilą z nami krzyczeli te same hasła, o, ja pierdolę, widzę że jeden z czarnych rzuca się na siwego związkowca, i jak inni napieprzają go związkowymi flagami, odwracam się w stronę policji i rzucam kawałek betonu, który trzymam w ręce, rzucam w stronę tego, który od jakiegoś czasu za mną biegł, jak w zwolnionym filmie, ta moja przed nim ucieczka trwa, ucieczka z dygresjami, widzę, że zza klombów i drzewek wybiega potężna czarna armia i na gliny leci grad kamieni, keine steine, keine steine, słyszę upiorne pacyfistyczne zawołanie ludzi przestraszonych, ludzi zapatrzonych w pokój jak w jakąś możliwą utopię, zapatrzonych w świat, który w głowach swych lekkich od braku fizycznej pracy budują, wierząc, że tworzą makietę. I prask, któregoś dnia odbijemy ze swej głowy świat, za pociągnięciem jednej wajchy, wprowadzimy swe mądre fantasmagorie w sferę realizacji, wybudujemy absolut, absolutem jest pokój, absolutem są prawa pracownicze, absolutem jest wegetarianizm, absolutem jest czyste powietrze. Ha, ha, ha. A mój kamień odbija się od tarczy, nie rani nikogo, ani nawet nie budzi większego strachu aniżeli ten, który już istnieje. Glina rusza w moim kierunku jeszcze szybciej, więc chcę się przebić przez pokojowy tłum manifestantów, dla których nagle stałem się wrogiem, że też musiałem akurat trafić na związkowców, na jakieś pielęgniarki albo szwaczki, na jakieś nauczycielki albo sprzątaczki, dranie, widzę ich podniesione ręce, kręcące się dookoła niewidzialnych żarówek dłonie, pokój, pokój, nie wpuścimy w swe szeregi chuligana, odwracam się i biegnę wprost na tego z pałką, który sobie mnie upatrzył, przebiegam mu pod uniesionym ramieniem, on nie jest w stanie zbyt szybko zareagować, powstrzymać mnie, przewrócić, mozolnie odwraca się, by gnać za mną dalej, widzę plecy policyjnego kordonu, widzę kamienie, które lecą w ich stronę, widzę, jak jeden kamień uderza mnie w ramię i odbija się o moją szyję, głowę, czuję tylko nagłe ciepło, niezdrowe i niepokojące, na skroni, przy uchu, ale biegnę dalej, czuję na sobie oddech biegnącego gliny… Biegnę długo, mijam ulice, uliczki, wciąż gdzieś u horyzontu szereg glin blokujących wylot ulicy, za mną wciąż zdeterminowane sapanie, aż wbiegam komuś przez klatkę, przez mieszkanie w bloku, depczę pstrokate sofy, zaściełane płachtami gazet, rozlewam dziecku ciepłe mleko, przydeptuję temu dziecku drobniutką rączkę, słyszę, jak zaraz za mną tę rączkę jeszcze dogniata biegnący gliniarz, jak krzyczą rodzice, wściekli, jak leci w moim kierunku garnek z ciepłą zupą, słyszę autentyczną nienawiść, nienawiść za ten rozdzierający serce wrzask dziecka, słyszę coraz głośniejszy, ochrypły wrzask matki, jej wściekłość, gniew, nienawiść, jak rządzi nią absolutny organiczny rozkaz: zabić, i ten wyrwany z trzewi krzyk, ta serdeczna nienawiść matki, to całkowite oderwanie się jej od myśli, to niszczy we mnie bezpowrotnie skrupuły, chciałbym temu dziecku jeszcze raz rączkę rozdeptać, napluć z góry i z rozwagą na ten poniemowlęcy egoizm, na ten ubóstwiony przez oświeconego człowieka kwilący bezrozumny i bezkształtny wstęp do czegokolwiek, wyrzygać z siebie tę swoją nienawiść zrodzoną przez nienawiść bezrefleksyjnej matki, przez otwarte drzwi balkonu wybiegam na zewnątrz, przeskakuję barierkę i spadam na ogródek szkolny, tuż obok mnie po chwili leży glina, dyszymy przez chwilę leżąc tak obok siebie, czy naprawdę teraz go nienawidzę? Zaglądam weń coraz głębiej, w oczy raz to bezradne, raz po prostu wrogie, zamknięte na dialog, po co mnie gonisz, muszę, dlaczego musisz, taki rozkaz, taka praca, a co to praca, święta jakaś, słuszna niesłuszna, czy to dla ciebie, glino, nie ma znaczenia, nie ma, pracuję, taka jest praca i taki muszę przyjąć punkt widzenia, który z pracą nie wejdzie w konflikt, chleb i ubezpieczenie, rozumiesz świnio? Chleb i ubezpieczenie, i raz w roku wycieczka do kraju śródziemnomorskiego, rozumiesz, świnio, sapie i mówi mi to człowiek całkiem światły, człowiek, który nawet pomimo zmęczenia potrafi zdanie zacząć na początku i skończyć na końcu, który rozumie moje racje, ale ma też przecież swoje, odrzucam swe zrozumienie, na jego co rusz wybuchającą nienawiść odpowiadam swoją nienawiścią, szukam w pobliżu siebie jakiegoś ciężkiego przedmiotu, chcę zmasakrować mu twarz, nic nie ma, co najwyżej drobne gałązki, którymi nawet oka nie da rady wydłubać, wstaję więc, kiedy i on, widzę, odpoczął i zwleka się z trawy, i uciekam, grzmią nad nami wciąż wściekłe wrzaski rodziców kwilącego dziecka, pojawił się na balkonie nawet kolejny policjant, i też krzyczy, ten krzyk staje się przez chwilę tłem naszej, mojej i mojego prześladowcy intymnej rozmowy, lecz po chwili dalej uciekam, przeskakuję płot, wbiegam w wąską, wreszcie wolną od glin ulicę, wbiegam w następną i w cały szereg następnych, oddalamy się od zgiełku walki ulicznej, od zgiełku kogutów policyjnych, kogutów karetek, od skrzeczenia policyjnych megafonów, od nawoływania o ciszę, o pokój oraz od nawoływania o gwałt, o śmierć dla wroga, wbiegamy między coraz bardziej odległe domy, przebiegamy tory kolejowe, rów, przecinamy miejskie peryferia na skos, potem już pola, rolnicze uprawy, olbrzymi monokulturowy pejzaż u stóp zachodzącego słońca, aż dobiegamy do muru, dla którego wszyscy demonstrujący się tu zjechali, dla którego ochrony zjechała się też kilkunastotysięczna rzesza policji, muru, za którym najbogatsi tego świata pozują do kamer, wbiegam w środek kolejnej demonstracji, tam przyjmują mnie ciepło – bo nie mam przy sobie kamieni. Na skraju kolejnego pokojowego tłumu stoi aż do nieszczęścia zmęczony glina, dobiegł tu za mną, patrzy na mnie i chce spojrzeniem zabić, ale grająca na nosie klaunica puszcza mu piękne bańki mydlane – niestety glina nie może tu wejść, tutaj została ustanowiona pokojowa autonomia, panuje karnawał, na tym małym skrawku zajętej ulicy, otoczonym przez policyjny mur, płoną ogniska, unoszą się dymy i blokujący ulice demonstranci udają się pośród przyjaznych pomruków do snu dokładnie tam, gdzie kto przed chwilą stał. I policjant wciąż stał. I trwało to długo, godzinę, dwie, trzy, aż zapadła noc i z lasu zaczęły dobiegać dzikie okrzyki, a śpiący na ulicy tłum przez sen pomrukiwał, keine steine, keine steine na przemian z keine gewalt, keine gewalt. A ja stoję pośrodku tego pomrukującego śpiącego tłumu, na ulicy pomiędzy polem a lasem, na ulicy, która prowadzi do piekła, w sprawie którego spotkaliśmy się tutaj, parszywy glina i ja, dla niego parszywy czarny anarchista, wiesz, że tam za murem uśmiechają się i do siebie, i do kamer? Krzyczę do niego, który sterczy naprzeciwko mnie przy głowie jakiejś śpiącej ludzkiej istoty, który od czasu do czasu przerzuca z rąk do rąk pałkę i wyciera o poły swego ubioru spocone ręce, wiesz, że uśmiechają się i mają nas w dupie, i mnie, i ciebie? Wiesz, że mają w dupie głód w Afryce i chaos w Iraku, w dupie mają ludzkie cierpienie, tak samo zresztą jak ty i ja, mamy w dupie to wszystko, prawda? Bo gdybyśmy nie mieli w dupie, to nie ganialibyśmy się jak dzieci po ulicach, gdybyśmy nie mieli w dupie, to pewnie mielibyśmy zupełnie inne strategie, nikt nie wie jakie, nikt nie ma pojęcia, jakie te strategie mogłyby być, nikt nie wie, bo wszyscy mają w dupie umierające z głodu dzieci, to czego nie widać, to nie istnieje, a to, z czego się czyni medialną informację, tym bardziej jest tylko teatrem, który z jednej strony ma podburzać nasze myśli, ale z drugiej strony ma po prostu bawić, po prostu bawić, bawić tak, żeby nie znudzić, wiesz, że tak naprawdę mają jeszcze bardziej w dupie ciebie niż mnie? Śmieję się i mam w dupie, że grzeczna protestująca młodzież mnie ucisza, i że mruczą, że nie chcą gwałtu i kamieni, glina milczy i nienawidzi mnie coraz bardziej, nienawidzi mnie tak bardzo, że nienawidzę go też ja, krzyczę coraz głośniej, czy się to kupy trzyma, czy nie trzyma, to krzyczę, coraz częściej krzyczę, że jest świnią, że jest nazistowską świnią, że jest zmanipulowanym karłem, że jest tłustym ścierwem, które marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, usiąść przed telewizorem z puszką piwa, zerżnąć żonę, obejrzeć mecz i zasnąć… A on milczy i tym milczeniem pierze mnie raz po raz po policzku, ależ oczywiście czuję się sprowokowany, jakże to, świat mój kończy się tam, gdzie kończą się ciała tych śpiących ludzi, i pośród tych kilku ognisk, przy których wizje lepszego świata snują bezsenni strażnicy spokojnego snu śpiących, że dalej jest już mur policji i ten jeden osobisty wróg, ten jeden, który jest akuszerem mojej nienawiści, mojego rozwścieczonego gulgotu, mojej świętej jak miecz agresji, agresji, którą obdzieliłbym niejedną narodową armię, maszerującą przeciwko stuletniemu okupantowi. Ach, westchnąłem tylko, pochyliłem się, by usiąść, nie patrzeć w oczy bandycie stróżowi prawa, ale podnoszę żarzący się kawał drewna, ciężki i mokry, z którego bucha dym i para, i rzucam nim w to podłe bandyckie nasienie, i nagle budzą się wszyscy ci kolaboranci, wszyscy ci, którzy przyszli pilnować, by piekło pozostało zamknięte, by do piekła nie wszedł nikt prócz akredytowanych, posiadających potrójne przepustki dziennikarzy, a także najbardziej zaufanych członków policyjnej mafii i tajnego wojska, ten czujnie śpiący pokojowy tłum zaczyna krzyczeć, znów to samo, żadnych kamieni i żadnego gwałtu, żadnych eskalacji, żadnych eskalacji, żadnych eskalacji, a ja krzyczę prowokacja, prowokacja, prowokacja, świnie, świnie, jeszcze raz świnie, a oni na to, że bez kamieni, bez gwałtu i eskalacji, jak stado mew przekrzykujące się w nieskończoność, podają sobie z dziobów do dziobów tę samą wyskrzeczaną świętą rację…

Ale wśród tego jednomyślnie skrzeczącego tłumu wzrok mój wyłuskuje przyjaciół. Są tacy, których oczy wpatrują się we mnie poważnie i w milczeniu, jeden, drugi i trzeci zasuwają na twarze czarne chusty, na głowy zakładają czarne kaptury, z oddali, spod samych piekieł bram pada na nas oślepiający blask reflektorów, ponad nami, wzdłuż nieba przelatuje kolejny helikopter, huk nieodłączny od pokojowych pojękiwań różnej maści idealistów, biorę kolejną płonącą gałąź i już bezpośrednio nacieram na mego prześladowcę, o czerwono­‑czarnej twarzy duszącej się pod hełmem, nie, nie, skrzeczy tum, ruszają w obronie pokoju, stają między mną a policjantem, kręcą dłońmi ponad głowami, pokój, pokój, bez gwałtu i eskalacji, ale glina nie wytrzymuje, pałką toruje sobie drogę pomiędzy pokojowymi ramionami, tnie je tak, jak podróżnik maczetą wycina ścieżkę w lesie, rusza za nim cały szereg kolegów i koleżanek po fachu, zniecierpliwionych tą nadprogramową, wyczerpującą i fizycznie i emocjonalnie nocną wartą, rozganiają tłum, teraz w moim kierunku idzie już cała armia, i znów sypią się kamienie, kawałki płonącego drewna, ktoś próbuje podpalić las, w gąszczu pojawiają się dziesiątki małych ognisk, pokojowi działacze biegają w panice i gaszą płomienie, resztka odważnych kręci łapkami i wdziera się w przestrzeń szczególnie grożącą wybuchem, żadnych eskalacji, żadnych eskalacji, jak zaklęcie, hasło antyrewolucjonistów, hasło smutnego rozsądku – bóstwa spokojnej dostatniej klasy panującej na tym świecie, jednak grad kamieni utrąca to żądające braku gwałtu zgromadzenie, stają naprzeciwko siebie znów dwie armie, nie jestem sam, nie jest nas nawet kilku, jest nas tu cały tłum, tych, którzy chcą rzucać kamieniami, pierwszy atak policji odparty, wzdłuż pola nadbiegają posiłki, wyją dookoła alarmy samochodów policyjnych, nadjeżdża z oddali samochód z reflektorami, nadjeżdżają armatki wodne, przez megafon padają komendy, aby w trybie natychmiastowym rozejść się, ulica ma być opuszczona, nie, nie opuścimy bram piekieł, nie pozwolimy, byście na świecie czuli się swobodnie i bezpiecznie inaczej niż eskortowani przez armię, nie zejdziemy stąd dobrowolnie, użyjcie gwałtu, to jedyne, co możecie, będzie wam i tak policzone. Kolejne ataki i kontrataki, kolejni ranni, jęczący, krzyczący, domagający się sprawiedliwości i odwetu, albo tacy, którzy policzek nadstawiają i ręki nie unoszą, krzycząca prośba tylko, by nie bić, armatki wodne rozpraszają część tłumu, obok nas naprawdę zaczyna płonąć las, na ulicy, na wprost walczącego tłumu, od strony miasta, czekają hałasujące wozy strażackie, chcą gasić płomienie, ale na ulicy są ludzie, mało tego, z lasu wybiega dwuszereg nagich ludzi, pokrzykują, raz, dwa, maszerują, musztra z fruwającymi fiutami i piersiami, raz, dwa, w środku pola bitwy nagle teatr, idą wprost pod strumienie wody z armatek wodnych, krzyczą, udają, że umierają od śmiertelnych strzałów, padają, konają wiją się z bólu, zanika grad kamieni, ustaje szturm glin, na środku ulicy, w strumieniu reflektorowego światła nagie ciała odgrywają swój pokojowy taniec, specjalny wydzielony oddział dopada mnie, głównego winowajcę, naznaczonego farbą frajera, jak owcę do zarżnięcia, zdzierają ze mnie ubrania, podtykają pod zmęczone moje dłonie a to nogę chaotycznie porośniętą włosiem, uzbrojoną w but, a to piersi, jakich jeszcze w dłoniach nigdy nie trzymałem, takie długie i takie chude, z ogromnymi delikatnymi sutkami, a to włosy kędzierzawe, abym utopił w nich twarz, pachną dymem i szamponem, potem i wodą, już to czyjeś usta oplatają zgrabnie żołądź mego przyrodzenia, lecz oto pojawia się wróg śmiertelny i wali pałką po nogach, ale jest jakaś naga istota, która kładzie się na moich nogach i broni mnie przed ciosami, ale wtedy pałka ląduje na głowie, więc zasłania ktoś mi głowę, czuję na twarzy wilgotne kobiece krocze, nie zważam na ból, na to, że może nawet zbyt wielki ból czasem przeszywa mi ciało, jakiś członek próbuje wedrzeć mi się do odbytu, ulegam i pozwalam na to, jestem cały rozrywany, ból miesza się z rozkoszą, zlizuję językiem kilkudniowy zapach cipki chroniącej mą twarz, ustają ciosy pałką, zostaje odsłonięte moje ciało, nade mną leżącym w tym hedonistycznym pejzażu błyskają flesze, rażą lampy kamer, a więc nie biją, bo już nie wolno, bo zjechali się reutersi tego świata, mordercy i jednocześnie obrońcy tak zwanej demokracji, widzę, że nie ma władzy nad sobą także mój oprawca, że spotyka go podobny los, jaki spotyka mnie, jest nagi prócz tego, że na głowie ma hełm, może dla odróżnienia, może nie pozwolił sobie zdjąć, ogromne przyrodzenie umiejętnie podtrzymywane jest przy wzwodzie, tak, by nie tryskało, to jest przeznaczone nam, okazuje się, kładą to policyjne ciało na mnie, posuwaj go, krzyczą, posuwaj, ale kto kogo? Czy naiwni myślą, że to mundur wzbudza we mnie agresję, a ciało wzbudzi miłość? Nie, nie, nie będę tego robił, narasta we mnie złość i mija podniecenie, ale znajduje się chętny do posuwania, kilka nagich osób ustawia glinę okrakiem, gość z rudą brodą i rudymi włosami wpycha glinie w tyłek garść wazeliny, potem wpycha swego fiuta i posuwa glinę, ale glinie jest przyjemnie, sięga ręką do swego fiuta i brandzluje się w rytm posuwania, na szybkę hełmu cieknie ślina, to nie jest gwałt, krzyczę, to nie jest gwałt, to nie jest gwałt, krzyczę, wynajduję leżącą w pobliżu pałkę i tą pałką zaczynam okładać glinę, wrzeszczę, ty świnio, ty umundurowana świnio, ty umundurowana świnio, i okładam go pałką, zrywam mu z głowy hełm, i okładam pałką wielki, krótko ostrzyżony łeb, nie daję się powstrzymać nielicznym, którzy mnie od tego próbują odciągnąć, słyszę tylko nawoływania, abym zaprzestał, z oddali, jak zza ściany, a glinie wciąż jest przyjemnie, krzyczy z rozkoszy, posiniaczony i krwawiący krzykiem odpowiada na każde posunięcie fiuta w jego dupie, ach, ach, ach wpadające w charkot, odpycham nogą rudego produkującego się przy gliny dupie i wpycham w tę dupę pałkę, tak głęboko, jak głęboko mogła sięgnąć moja ręka, słyszę przeraźliwy wrzask gliny, widzę, jak prostuje się na kolanach i jak tryska na stojących przed nim ludzi, i jak krzyk się urywa nagle, jak przecięty i widzę, jak glina pada martwy. Zapadła cisza. I zobaczyłem, że dookoła płonie las. I usłyszałem nieznośny hałas śmigieł helikopterów.