Wobec Prawa

Tomek Sikora
20.08.2007

Do podjęcia kwestii prawa tu i teraz skłaniać może choćby sama nazwa miłościwie nam panującej Partii i cała retoryka prawna, jaką partia ta stosuje. PiS reprezentuje zgoła inne podejście do prawa, niż większość rządzących wcześniej ugrupowań politycznych, które posługiwały się sloganem budowania „państwa prawa”, upatrując w porządku prawnym gwarancji stabilności, racjonalności, możliwości rozwiązywania konfliktów bez użycia przemocy itp. Dzisiaj czujemy, że państwo ingeruje w sferę naszej wolności, próbuje zwiększyć swoją kontrolę w imię zwiększenia „bezpieczeństwa” i przywrócenia sprawiedliwości społecznej. Myślę, że intelektualno­‑polityczne ruchy kontestujące obecny porządek, w tym także różne środowiska „nowej” czy „odrodzonej” lewicy, mają wiele do zawdzięczenia braciom Kaczyńskim, bo to w dużej mierze oni, jako realna siła polityczna, doprowadzili do zasadniczego zakwestionowania neoliberalnego konsensusu, który królował niemal niepodzielnie w dotychczasowym życiu politycznym. I choć PiS nie podważa neoliberalnego porządku w sferze ekonomicznej, to w sferze kulturowo­‑symbolicznej wysyła do społeczeństwa wyraźny sygnał, że „można inaczej”. Można inaczej napisać historię, można inaczej definiować demokrację, można wymyślić inne prawo. Ich wizja nie jest, rzecz jasna, zgodna z wizją lewicy, ani tym bardziej środowisk LGBTQ, ale otwierając pewną przestrzeń debaty publicznej, łamiąc dotychczasowy konsensus, stwarzają dogodne warunki dla ożywienia sporu polityczno­‑ideologicznego, w tym także sporu o naturę i sens prawa. I tak „prawo” w rozumieniu PiSu wydaje mi się bliższe istoty prawa niż prawo tak jak pojmuje się je zwykle w kontekście przytoczonego wyżej sloganu, „państwo prawa”.

Przez ostatnich kilka lat z zapartym tchem obserwujemy szereg spraw sądowych dotyczących osób i środowisk LGBT. Zwięzłe zestawienie najważniejszych spraw znaleźć można w raporcie „Sytuacja społeczna osób biseksualnych i homoseksualnych w Polsce” za lata 2005 i 2006, dostępnym na stronie internetowej warszawskiej Lambdy. Najnowszym „zwycięstwem” na froncie prawnym jest wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który stwierdził, iż zakaz Parady Równości w 2005 roku naruszał prawa człowieka. Pomimo jednostkowych orzeczeń, które nas słusznie oburzają (na przykład orzeczenie poznańskiego sądu z 2005 roku, który uznał, że zrównanie homoseksualizmu z pedofilią, zoofilią i nekrofilią nie poniża homoseksualistów, bo taka jest powszechna opinia o homoseksualizmie), ogólnie rzecz biorąc skłonni jesteśmy sądzić, że prawa osób LGBT są w Polsce coraz lepiej chronione i że odwoływanie się do procedur prawnych jest skuteczną, jeśli nie najskuteczniejszą, strategią w walce o „naszą sprawę”. Ale pomimo naszych zwycięstw – bo chyba tak możemy myśleć o efektach tych prawnych batalii – warto zadać kilka ogólniejszych pytań, dotyczących stosunku odmieńców do instytucji prawa. Warto zastanowić się nad głębszymi konsekwencjami „legalizmu” i wiary moc prawa. Czy Prawo w istocie nas chroni? A jeśli tak, co „wymusza” na nas w zamian za tę ochronę?

Jedną z inspiracji do postawienia tych pytań była dla mnie powieść W.G. Sebalda pt. Austerlitz. Sebald przejmująco opisuje okres przejmowania władzy przez Nazistów w Niemczech i ich wkroczenie do Pragi, gdzie jako chłopiec mieszkał z rodzicami tytułowy Jacques Austerlitz. Moją uwagę zwrócił opis głębokiego niedowierzania społeczności żydowskiej w zbliżającą się zagładę. Pomimo coraz liczniejszych sygnałów, wiele osób uważało projekt faszyzmu za niemożliwy do spełnienia, zbyt absurdalny, zbyt niewyobrażalny. Faszyzm mógł być chwilowym zawirowaniem, momentem kryzysu, przeważała jednak wiara w zbawczą moc prawa, które prędzej czy później przywróci „właściwy” porządek. I choć to analogia nieco przesadna, może nawet nieelegancka, ja sam – w obliczu zmasowanego ataku prawicowej retoryki na nienormatywne odmiany seksualności i związane z nimi ruchy społeczno­‑kulturowe w Polsce – przyłapuję się nierzadko na kojącej wierze w prawo jako ostateczną gwarancję mojego bezpieczeństwa i mojej wolności.

Jeśli przywołuję tutaj widmo faszyzmu, to nie po to, żeby przyłączyć do kasandrycznego chóru ostrzegającego przed faszyzacją życia w Polsce pod rządami PiSu, jakkolwiek wszyscy jesteśmy świadkami niepokojących wypowiedzi i działań „osób trzymających władzę”. Widmo faszyzmu jest, moim zdaniem, obecne zawsze i wszędzie, może nawet jest konstytutywne dla naszej psycho­‑społecznej egzystencji, ponieważ, jak napisał Michel Foucault, istnieje taki rodzaj faszyzmu, który jest „w nas wszystkich, w naszych głowach, w naszym codziennym zachowaniu, faszyzm, który zmusza nas, abyśmy kochali władzę i pożądali właśnie tego, co nad nami panuje i co poddaje nas wyzyskowi”1. Rządy Prawa i Sprawiedliwości to tylko incydent w szerszych procesach społeczno­‑politycznych, które wykraczają daleko poza tylko małe, polskie poletko.

A skoro wywołałem już ducha faszyzmu, nie sposób pominąć naczelnego teoretyka prawa w służbie hitlerowców, Carla Schmitta. Schmitt, a zwłaszcza jego krytyka porządku liberalno­‑demokratycznego, pozostaje ważnym punktem odniesienia dla polityków i intelektualistów zarówno na prawicy, jak i na lewicy. W Polsce lekcje z antyliberalnej teorii Schmitta z całą pewnością najlepiej odrobili liderzy PiSu. To właśnie Schmitt wskazywał na fundamentalną niestabilność porządku prawnego, oddając pierwszeństwo władzy suwerena, który może podjąć decyzję pozaprawną, co automatycznie czyni ów porządek nieważnym. Stąd w myśli Schmitta centralne miejsce zajmuje pojęcie „stanu wyjątkowego”. Jest to okres, w którym przestają obowiązywać dotychczasowe zasady, zawieszone zostają regulacje prawne w imię przetrwania zagrożonej wspólnoty/państwa. Prawo musi ustąpić przed porządkiem, to on jest wartością najwyższą. To suweren tworzy określony porządek polityczny i to on powinien dysponować możliwością zanegowania dotychczasowych reguł określających ten porządek, o ile zajdzie w jego mniemaniu taka potrzeba2.

Władza i prawo legitymizowane są „wstecznie”, a posteriori, na zasadzie faktu dokonanego: władza jest prawowita właśnie dlatego, że jest władzą, że jest uznana za władzę; dlatego, że w grze politycznej jest zwycięską siłą, która ustala swój własny porządek.

Współczesny Schmittowi Walter Benjamin także poświęcił sporo miejsca instytucji prawa, prowadząc zresztą filozoficzny spór ze Schmittem. W znanym tekście Krytyka przemocy Benjamin wskazuje na ścisłe powiązanie przemocy z prawem, wyróżniając dwie funkcje przemocy: prawotwórczą i prawo­‑zachowawczą. Według Benjamina, u zarania każdego systemu prawnego leży gwałt; ustanowienie porządku prawnego, a także jego utrzymanie, jest serią aktów przemocy. Tworzenie prawa jest przejmowaniem i budowaniem władzy i w tym zakresie, jak pisze Benjamin, jest „bezpośrednią manifestacją przemocy”3.

Korzystając między innymi z dzieła Schmitta i Benjamina (ale także Fouclaulta), Giorgio Agamben wysunął głośną tezę, że – paradoksalnie – „stan wyjątkowy” stał się we współczesnych demokracjach zachodnich normą. Ów permanentny stan wyjątkowy pozwala nowoczesnej władzy sprawować kontrolę nad tym, co według Agambena jest jedynym autentycznym przedmiotem polityki: nad tzw. „nagim życiem”. Dla włoskiego filozofa status uchodźcy i bezpaństwowca nie jest tak naprawdę wyjątkiem, ale regułą w dzisiejszym świecie: wszyscy jesteśmy na łasce i niełasce władzy, a prawa obywatelskie czy prawa człowieka nie mają tutaj nic do rzeczy4. Ta agambenowska wizja współczesnej polityki, często w dość uproszczonej postaci, upowszechniła się zwłaszcza po wydarzeniach z 11 września i po ogłoszeniu przez świat zachodni „wojny z terroryzmem”, czyli stanu wyjątkowego, który daje władzy wykonawczej specjalne uprawnienia w imię obrony bezpieczeństwa narodowego. Jak słusznie podreśla Mark Neocleous, „stan wyjątkowy” zawiesza wprawdzie obowiązywanie dotychczasowego prawa, lecz w istocie stanowi nieodłączną część tego samego systemu prawnego. A zatem żądanie powrotu do „rządów prawa”, do stanu legalnej „normalności” nie jest w żadnym razie adekwatną odpowiedzią na stan wyjątkowy, a wręcz przeciwnie – tym bardziej stawia nas w pozycji bezsilnej bierności wobec możliwości wprowadzenia w każdej chwili stanu wyjątkowego. Jak powiada cytowany przez Neocleousa Slavoj Žižek, „Kiedy instytucja państwowa ogłasza stan wyjątkowy, jest to z definicji desperacka próba uniknięcia prawdziwego stanu wyjątkowego [o którym pisał Walter Benjamin] i powrotu do »normalnego biegu spraw«”5.

Powołując się na prawo, na prawną ochronę naszych wolności, w nieunikniony sposób wpisujemy się w to, co suwerenna władza uznaje za „normę”, a co za wyjątek. Ale to poczucie bezpieczeństwa pod opiekuńczymi skrzydłami „państwa prawa” jest złudne, ponieważ w ten sam porządek prawny wpisana jest, z definicji, możliwość jego zawieszenia. Ta sama siła, która trzyma nas w „uścisku” prawa, by tak się wyrazić, w każdej chwili może nas z tego uścisku wypuścić, porzucić, pozostawić bez ochrony. Prawa człowieka prawami człowieka, ale w obliczu zagrożenia narodu, społeczeństwa czy rodziny, odmieńcy mogą stać się osobami „wyjętymi spod prawa” – w końcu wojna (o przetrwanie narodu, o lepszą przyszłość, o cokolwiek) wymaga ofiar. Zresztą skrajna prawica używa takiej właśnie retoryki, powołując się na zagrożenie, jakie odmieńcy (a zwłaszcza „jawni” i samoświadomi odmieńcy) stanowią dla narodu, rodziny, cywilizacji – i to nie akurat tu i teraz, ale zawsze i w każdym miejscu. (Czyż to nie tajemnicza homo­‑terrorystyczna grupa „Gay Power” podłożyła atrapy bomb w Warszawskim metrze w październiku 2005 roku?) A zatem jest to język permanentnego zagrożenia i permanentnego stanu wyjątkowego, który usprawiedliwia zawieszenie powszechnie obowiązujących, przynajmniej w teorii, „praw obywatelskich”.

W Schmittiańskiej perspektywie istotą polityczności jest wojna, natomiast istotą neoliberalnego (z natury apolitycznego) konsensusu jest unikanie wojny. W czasach opartego na konsensusie „pokoju” (który jest raczej tymczasowym zawieszeniem normy niż regułą), prawo może – pod pewnymi warunkami – przyjąć odmieńców w poczet „prawomocnych” podmiotów i obywateli, jak to się dzieje w bardziej zaawansowanych demokracjach liberalnych. Natomiast w czasie wojny „państwo prawa” z łatwością poświęci nas dla „większej sprawy”, przy czym istotne jest to, że stan wojny może zostać zadeklarowany w każdej chwili. Taką właśnie władzą dysponuje Schmittiański suweren: decyduje, kiedy zachodzi „stan wyjątkowy”, a ponieważ wojna trwa ciągle i jest raczej normalnym stanem rzeczy niż wyjątkiem, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby stan wojny zadeklarować w dowolnym momencie.

W ujęciu, które opisuję i które z powodzeniem stosują Kaczyńscy, polityka jest przede wszystkim działaniem opartym na woli. Prawo ma tu drugorzędną rolę, jest – by się tak wyrazić – plasteliną w rękach suwerennej władzy, lub po prostu jej instrumentem. W tym prymacie woli politycznej nad prawem kryje się, jak sądzę, zarówno pewna obietnica demokracji, jak i jej zagrożenie, którego ostateczną postacią jest faszyzm. Myślę, że zbyt łatwo przeciwstawiamy faszyzm demokracji: jak wspomniałem już wcześniej, widmo faszyzmu nieustannie i nieuchronnie krąży nad demokracją. Bo demokracja to fenomen nie tylko jakościowy, ale także (a może nawet przede wszystkim) ilościowy. Bo czyż nie można pomyśleć faszyzmu jako swoistego spotęgowania demokracji, podniesienie jej do kwadratu? Obietnica demokracji to właśnie obietnica władzy pochodzącej z nadania ludu i będąca emanacja jej mitycznej „woli”. Z tego punktu widzenia wszystkie, z pozoru nieracjonalne, działania Kaczyńskich okazują się niezwykle czytelne i konsekwentne. Weźmy choćby sprawę doliny Rospudy: premier ogłosił w tej sprawie referendum, choć jako prawnik musiał przecież wiedzieć, że takie posunięcie nie jest żadnym rozwiązaniem, nie pozwala bowiem „obejść” przepisów unijnych. Ale na poziomie symbolicznym przekaz jest bardzo czytelny: „wola ludu” jest nadrzędna wobec jakiegokolwiek prawa stanowionego, a w szczególności prawa stanowionego jakby nie przez nas, tylko przez tych „obcych” z Brukseli. A ucieleśnieniem tej woli jest, rzecz jasna, uwodzicielski wódz (aż się prosi w tym miejscu o głębszą analizę związku pomiędzy uwodzeniem i władzą – związku, którego najbardziej widocznym przykładem w dzisiejszej Polsce zdaje się być posłanka Szczypińska). Jedną z cech opartego na stanie wyjątkowym współczesnego porządku demokratycznego jest przesuwanie się ośrodka decyzyjnego w stronę władzy wykonawczej. Wiele mówiący jest w tym kontekście fakt, że dwa ośrodki władzy wykonawczej – prezydent i premier – maja w tej chwili w Polsce tę samą twarz, podczas gdy władza ustawodawcza odgrywa w tym układzie zdecydowanie drugorzędną rolę, co zresztą wyjaśnia ogromną niechęć, z jaką Ludwik Dorn obejmował funkcję marszałka Sejmu.

Ciekawe jest to, jak wiele PiS „ugrywa” – albo przynajmniej jak mało traci – uchwalając prawa ewidentnie wadliwe, niezgodne z konstytucją, konfliktując przy tym środowiska i zmuszając nas do używania swojej retoryki, której wcale nie chcielibyśmy używać. W ten sposób PiS urabia opinię publiczną, forsuje swoją wolę polityczną i zmierza ewidentnie do zmiany porządku konstytucyjnego. W tej perspektywie, choć nie zawsze wyartykułowanej, obecna konstytucja „chroni układ”, Trybunał Konstytucyjny stawiany jest w pozycji obrońców układu, tymczasem Kaczyńscy, idąc w zaparte, dokonują w sferze symboliczno­‑medialnej identyfikacji swoich postaw z „wolą ludu” i trudzą się mozolną zamianą białego na czarne i czarnego na białe (albo odwrotnie).

Przywołajmy jeszcze niedawną awanturę o wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej. W sytuacji, gdy wola polityczna przewodniej siły narodu natrafiła na opór w postaci zarzutu niekonstytucyjności, naturalnym i ze wszech miar demokratycznym rozwiązaniem wydaje się zmiana konstytucji. Przecież sama konstytucja nie może zostać uznana za niekonstytucyjną. Jedyną instancją, do której można się jeszcze odwołać, jest wspólnota międzynarodowa i powszechnie przyjęte konwencje, ale jest to instancja raczej niepewna, a jej wyroki nie są zwykle wiążące (wszyscy znamy słabość organizacji międzynarodowych, zwłaszcza ONZ). Przypomnijmy sobie przy okazji, że jeszcze nie tak dawno wyroki Trybunału Konstytucyjnego mogły być, na mocy obowiązującej konstytucji, odrzucone w głosowaniu przez Sejm. Niewykluczone, że do podobnego rozwiązania będzie dążył PiS, który już zapowiada chęć zmiany zapisów konstytucyjnych dotyczących TK. Rozwiązanie takie zgadzałoby się z ogólniejszą filozofią tego ugrupowania, wedle której najwyższą władzą jest w państwie demokratycznym naród, a jego wolę reprezentuje silna i zdecydowana władza wykonawcza z posłusznym zapleczem parlamentarnym. Szczególnie symptomatyczna jest w tym kontekście enuncjacja Aleksandra Kwaśniewskiego, który uznał zapowiedź nieopublikowania wyroku TK przed 15 maja za „akt czysto polityczny i w związku z tym skandaliczny”. W rzeczy samej, polityka PiS­‑u to polityka skandalu, która ukazuje dobitnie skandal polityki. Polityczność, zwłaszcza czysta polityczność, jest skandaliczna, ponieważ opiera się na brutalnej interwencji w życie obywateli, zgodnej z logiką wojny. Kaczyński ma niestety rację, kiedy powtarza, że on raczej wskrzesił demokrację, niż ją osłabił.

Z moich dotychczasowych rozważań wyłania się wizja paradoksalnej natury Prawa. Im bardziej szukamy w Prawie ochrony przed przemocą, tym bardziej poddajemy się przemocy samego prawa. Im bardziej oddajemy się „w ochronę Prawa”, tym bardziej narażamy się na jego nadzór i kontrolę. Jeśli w jednym miejscu prawo obiecuje nam ochronę, w innym miejscu dyscyplinuje nas i ubezwłasnowolnia, wyznacza parametry naszej tożsamości, a nawet pisze scenariusz, według którego „praworządni obywatele” zobowiązani są żyć. Załóżmy, na przykład, że chcąc bronić się przed słowną agresją homofobów, udaje nam się wprowadzić do prawa zakaz używania takich obraźliwych, zwykle podszytych nienawiścią słów, jak „pedał” albo „lesba” (hate speech). Ale przecież znając choć trochę naturę języka wiemy, że znaczenie zawsze konstytuuje się w kontekście, podczas gdy prawo pozostaje ślepe na kontekst. Prawo nie wyczuwa ironii i nie zna się na żartach. Czy taki zakaz nie ingerowałby w podmiotowość przynajmniej niektórych z nas? Czy nie byłby kolejną cenzorską interwencją, która pozbawiałaby odmieńców kawałka zbiorowej i osobistej historii? Czy nie sankcjonowałby wymazania wiedzy o roli wstydu, wyszydzenia, poniżenia w konstytuowaniu się odmieńczej tożsamości? Jak czuliby się ci, którzy z dumą nazywają się pedałami i lesbami, widząc w tych określeniach subwersywną podstawę swojej społecznej egzystencji?

Cóż więc my, odmieńcy (a przecież w pewnym sensie wszyscy jesteśmy odmieńcami, albo przynajmniej możemy się nimi stać), możemy zrobić w obliczu Prawa? Jeśli Prawo nas nie ochroni, bo nie taka jest jego faktyczna funkcja, jak mamy Prawo traktować? Ze zrównania prawa z przemocą można by wywieść postulat zbrodni, terroryzmu, rewolucji, czyli postulat przełamywania monopolu, jaki Prawo uzurpuje sobie na stosowanie przemocy, poprzez „bezprawne”, czy „pozaprawne”, użycie przemocy. Taka jest na przykład konkluzja cytowanego wyżej Marka Neocleousa, który powołuje się z kolei na Benjamina, raczej nie całkiem zgodnie z intencją tego ostatniego. Neocleous podkreśla bowiem, że w obliczu wszechogarniającego „stanu wyjątkowego” nie należy domagać się powrotu do „rządów prawa”, ale raczej przeciwstawić przemocy legalnej przemoc nielegalną, rewolucyjną. O ile z pierwszą częścią tego rozumowania można się zgodzić, o tyle drugą należy traktować z duża ostrożnością, ponieważ Benjamin wyraźnie ostrzega przed takim rodzajem przemocy, który napędza błędne koło historii i zastępuje jedno ustanowione gwałtem prawo innym.

Ale pozostawiając na boku kwestię rewolucji, chciałbym zwrócić uwagę na inną uwagę w tekście Benjamina. Jego zdaniem sferą, do której przemoc nie ma dostępu, jest język. Przykładem, jakiego używa, jest oszustwo, w którym, jak twierdzi, nie ma śladu przemocy. Można uznać, że prawo jest w jakimś sensie wypaczeniem języka, niezrozumieniem jego istoty; jak powiedziałem przed chwilą, nie zna ironii i nie zna się na żartach. Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o pewnym dość powszechnie akceptowanym rodzaju oszustwa, a mianowicie o sztuce. Sztuka jest „na niby” a przecież jest „naprawdę”. Inne jest rozumienie pojęcia „prawdy” w języku sztuki, inne w języku prawa. Sztuka, by tak rzec, „bierze w cudzysłów”, czego prawo, w swojej ślepocie, nie potrafi. Jest coś ważnego w tej przepaści, która dzieli „literę prawa” od literatury – i nawet tzw. „duch” prawa nikogo nie jest w stanie zbawić, gdyż kryje się za nim, jak stwierdziliśmy powyżej, wyłącznie brutalna wola polityczna.

Sztuka nie jest pozbawiona przemocy (zaprzeczam więc myśli Benjamina, przynajmniej jeśli uznać sztukę za rodzaj oszustwa). Nie chodzi mi, rzecz jasna, wyłącznie o przedstawienia przemocy na przykład w hollywoodzkich filmach akcji. Dzieło sztuki, nawet jeśli jest aktem przemocy – a myślę, że wybitne dzieło sztuki powinno być aktem przemocy, aktem poznawczego i estetycznego gwałtu na odbiorcy – to jednak nie jest prawotwórczym aktem przemocy. (Warto przypomnieć sobie w tym miejscu słynną definicję poezji zaproponowaną przez Romana Jakobsona, który nazwał poezję „gwałtem na języku”). Sztuka tworzy, rzecz jasna, pewne reguły, nie dysponuje jednak policją ani żadnym innym środkiem przymusu, który nadałby tym regułom status powszechnie obowiązujących norm prawnych. Każde dzieło sztuki, a w szczególności tzw. „awangardowej” sztuki, ustanawia własne reguły, łącznie z tą najbardziej podstawową regułą, a mianowicie: co w ogóle możemy uznać za sztukę. Sztuka jest nieustannym i nigdy do końca nie skonsumowanym flirtem z potrzebą tworzenia reguł, która to potrzeba jest, jak sądzę, jedną z najważniejszych zasad naszego społecznego bytowania.

Sztuka nie jest „przeciwieństwem” prawa, nie jest też bezpieczną przystanią, do której można przed prawem uciec. Na pewno sztuka nie zastąpi prawa, ani też przed niczym nas bezpośrednio nie ochroni. Jednak jako pewien rodzaj ludzkiej aktywności, sztuka inaczej organizuje relacje między podmiotami, między „umysłem” a ciałem, między podmiotem a władzą. W moim przekonaniu sztuka produkuje nowe obszary pożądania, nowe formy artykulacji, nowe rodzaje podmiotowości, nowe relacje, w tym także nowe relacje względem prawa. Relacje władzy są jakoś wpisane w sztukę, ale inaczej, niż w porządek państwowo­‑prawny. To nie przypadek, że Platon chciał wygonić poetów i artystów ze swojego idealnego Państwa. W jakimś sensie sztuka przeciwstawia się idei państwa, artyści – choć często zaprzęgani do roli piewców narodu – są jednak z definicji „bezpaństwowcami” i jako tacy stają się, albo przynajmniej mogą się stać, świadomymi i aktywnymi podmiotami w przestrzeni „permanentnego stanu wyjątkowego”. W Polsce za najwyższy rodzaj pochwały względem polityka, zarówno na prawicy, jak i lewicy, uznaje się dziś stwierdzenie, że jest „państwowcem”. Podczas kampanii wyborczej zarówno Donald Tusk jak i Lech Kaczyński podkreślali swoją „propaństwowość” i jeden za drugim wymieniali Piłsudskiego jako swego politycznego „patrona”. „Państwowcem” nazywali też Włodzimierza Cimoszewicza jego zwolennicy. Może więc, choćby w imię przełamania tego ponadpartyjnego konsensusu, warto postawić na „bezpaństwowość”? Przypomnijmy sobie także, że według Agambena wszyscy jesteśmy dzisiaj bezpaństwowcami, wszyscy jesteśmy porzuceni przez Prawo. Może zatem wszyscy powinniśmy zostać artystami?

To prawda, że sztuka od zawsze wchodziła w konszachty z władzą, licząc na państwowy lub kościelny mecenat. To prawda, że tzw. „rynek sztuki” poddał się gładko regułom ekonomii kapitalistycznej. Prawdą jest też, że ogromna część artystycznych przedstawień ma charakter normatywny – doskonale znamy matrycę, która w nieskończoność reprodukuje hollywoodzką wersję „szczęścia” i „nieszczęścia”. Ale jednocześnie to właśnie przedstawienia artystyczne umożliwiają cudowne rozmnożenie „parametrów” naszej tożsamości. Na podstawowym poziomie chodzi o „wdzieranie się” odmieńców do przestrzeni publicznej, o mnożenie możliwych, a nawet niemożliwych reprezentacji odmieńców i sposobów artykulacji, o propagowanie innych scenariuszy „szczęśliwego życia” itp. Ale chodzi też o naszą relację do prawa i państwa, chodzi o mnożenie „złych podmiotów”, by wyrazić się po althuserowsku, mnożenie bytów i relacji społecznych, które wymykają się prawnej definicji.

Oczywiście nie ograniczam takich przypadków wyłącznie do sztuki, wiele działań z innych obszarów życia także rzuca prawu wyzwanie. Na przykład w pozornie heteroseksualnym małżeństwie jeden z partnerów zmienia płeć, co wówczas dzieje się ze statusem ich małżeństwa w kraju, w którym nie dopuszcza się małżeństw homoseksualnych? Prawo może polegać wyłącznie na definiowalnych podmiotach, zjawiskach i sytuacjach (stąd zresztą jego odwieczny kłopot z pornografią) oraz na uniwersalnej stosowalności istniejących w jego ramach reguł. W szerszej perspektywie chodzi mi więc o szukanie alternatywnych sposobów „bycia” podmiotem – wobec prawa, wbrew prawu, obok prawa. Chodzi o szukanie i pomnażanie „stref autonomii”. Jest oczywiście wiele obszarów takiej względnej autonomii, oprócz sztuki zaliczyłbym do nich na przykład działalność naukową, ale rozumianą nie jako „zarządzanie wiedzą” na potrzeby państwa i rynku, ale jako sferę autonomii myślenia, a więc głównie coraz bardziej marginalizowane dziedziny nauk humanistycznych. Jest też prężnie rozwijająca się działalność organizacji pozarządowych; są technologie (niektóre powszechnie dostępne, jak na przykład internet), które co i rusz stawiają przed systemem prawnym nowe, często nierozstrzygalne zadania. Są to obszary, których prawo nie zdążyło ich jeszcze całkiem skolonizować, gdzie prawo obowiązuje jakby inaczej, jakby niepewnie. Jestem za tym, żeby prawo „nie nadążało” za twórczym wykorzystaniem możliwości, jakie dają nam sztuka, działalność naukowa, technologia i samo­‑organizowanie się. Oprócz konfrontacji z machiną państwowo­‑ prawną, ustawiania się „na linii frontu”, można i warto (zgodnie z etymologią wyrazu queer) pójść „na ukos” albo bokiem, warto angażować się w szereg działań, dla których prawo będzie jedynie odległym horyzontem. Zresztą to, co mówię, ma nie tylko charakter preskryptywny, ale także deskryptywny: tak się już po prostu dzieje. W gruncie rzeczy nie odkrywam nic nowego, „zbiorowa inteligencja” odmieńców nie od dziś podpowiada poszczególnym osobom i grupom działania o charakterze, który staram się tutaj nieudolnie opisać.

Czas na krótkie podsumowanie. Choć zabieganie o prawną ochronę przed różnymi przejawami dyskryminacji pozostaje ważnym i słusznym celem aktywizmu LGBTQ, równie ważna powinna być świadomość ograniczeń i zagrożeń, z jakimi wiąże się stosowanie Prawa i nadmierna ufność w jego ochronną moc. Oprócz działań na rzecz „reformy prawnej”, konieczne jest zatem umacnianie wszelkich obszarów „autonomii” w ramach istniejącego porządku społeczno­‑prawno­‑politycznego, to jest takich obszarów, które pozostają, przynajmniej tymczasowo, względnie wolne od regulacyjnych interwencji Państwa. Jak bowiem podpowiada nam Walter Benjamin, „państwo prawa” przede wszystkim broni samego siebie, idei państwa i idei prawa, podczas gdy obywatel zawsze pozostanie wobec państwa wtórny, i żadna mitologizująca retoryka nie powinna nam tego faktu przesłaniać. Wierzę, że w autonomicznych, „bezpaństwowych” i „nie­‑prawnych” (a przecież niekoniecznie nielegalnych) działaniach, jakie możliwe są na przykład w sztuce, nasza podmiotowość zyskuje inny wymiar, nieredukowalny do statusu „praworządnego obywatela”.

Przypisy: