Za rok w Mas’Ha

Starhawk
06.06.2004

W przededniu Paschy, po miesiącu, który spędziłam na palestyńskich terytoriach okupowanych, pracując z Ruchem Międzynarodowej Solidarności (International Solidarity Movement), miesiącu, w którym jedna z nas została rozmyślnie przejechana przez buldożer kierowany przez izraelskiego żołnierza, a dwóch młodych mężczyzn zastrzelonych, jeden strzałem w twarz, drugi w głowę, zdałam sobie sprawę, że nie jestem zdolna przystąpić do Sederu, nawet z moimi przyjaciółmi z izraelskiego ruchu pokojowego. Nie potrafiłam siedzieć i użalać się nad naszym historycznym niewolnictwem czy świętować naszej podróży do ziemi obiecanej. Bałam się, że mogłabym zatruć swoją goryczą każdy sederowy stół, do którego bym zasiadła i wszystko zepsuć.

Więc udałam się do obozu pokojowego w Mas’Ha. Mas’Ha potrzebowało ludzi, księżyc był w pełni, a ja pomyślałam sobie, że mogłabym po prostu położyć się na ziemi w świetle księżyca i pozwolić, by spłynęła ze mnie część mojej goryczy.

Mas’Ha to wioska leżąca na linii nowego tzw. muru ochronnego, obóz został tam rozbity na prośbę miejscowych ludzi, w większości rolników, których czeka konfiskata dziewięćdziesięciu ośmiu procent ich ziemi.

W leżącym na jednej z głównych dróg do właściwego Izraela Mas’Ha niegdyś kwitnął handel – dopóki Izraelczycy nie zamknęli drogi. Rolnicy uprawiają oliwki, figi, winogrona i zboże, lecz teraz ich ziemia została skonfiskowana pod budowę muru, bez żadnego odszkodowania.

Miejscami ścianę stanowi betonowa bariera, razem z wieżami strażniczymi wysoka na trzydzieści stóp. Gdzie indziej jest to płot pod napięciem stojący w głębokim rowie otoczonym nagą, zrytą ziemią usypaną pod drogę, aby mógł być z niej nieustannie patrolowany przez żołnierzy. Wkrótce odseparuje wioskę od sąsiedniego osiedla Elcanah, z którym ta zawsze miała pokojowe stosunki. Z Mas’Ha nigdy nie pochodził żaden zbrojny opór, żadne samobójcze zamachy.

Stojąc przed tą perspektywą, uprzedzona jedynie kilka krótkich tygodni wcześniej, rada wioski podjęła zdumiewającą decyzję. Mając wszelkie powody, by nienawidzić Izraelczyków, zdecydowali się zaprosić ich do siebie, w towarzystwie obcokrajowców z Międzynarodowej Służby Pokojowej Kobiet i Międzynarodowego Ruchu Solidarności. Rozbiliśmy obóz na skraju trasy buldożerów, aby udokumentować i świadczyć o dokonującym się zniszczeniu.

Być w Mas’Ha to tyle, co być na absolutnej krawędzi konfliktu. Nasyp drogowy oddzielający wioskę od osiedla stanowi przepaść pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Do Elcanah dostałam się z Tel Avivu autobusem osadników, pełnym kobiet w podeszłym wieku, które mogłyby być moimi ciotkami, i starszych mężczyzn, którzy mogliby być moimi wujami, oraz kilkoma młodymi ludźmi, wszyscy życzący sobie nawzajem Hag Sameach (Wesołych Świąt) z okazji Paschy, czy też – po hebrajsku – Pesach.

Przejechaliśmy przez jedno z osiedli, by ludzie mogli wysiąść, po czym trasa wiodła przez wyglądające jak przeszczepione z Południowej Kalifornii przedmieścia, pełne luksusowych ogrodów i nowych willi, przesiąknięte aurą prosperity i dającego samozadowolenie bezpieczeństwa, zapewnionego uzbrojonymi oddziałami izraelskiej armii. Z krajobrazu na pierwszy plan wybijały się rozdzielające jezdnie drzewa oliwne. Podejrzewam, że zostały przesadzone z zagrabionych pól jakichś rolników – środki do życia Palestyńczyków zamienione na dekoracyjne elementy osiedli. Z Elcanah szłam kilkaset jardów piechotą wzdłuż drogi, aż przeszłam przez nasyp drogowy, usypany spychaczami, by trzymać Palestyńczyków poza Izraelem. Znalazłam się w zakurzonej wiosce domów ze starego kamienia i nowego cementu oraz zrujnowanych sklepów, stojących tyłem do zboczy porośniętych wiekowymi drzewami oliwnymi.

Obóz w Mas’Ha znajduje się na wzniesieniu, dwa różowe namioty rozbite w gaju oliwnym na kamienistym gruncie, usianym dzikimi kwiatami, żółtymi janowcami i opuncjami. Drzewa oliwne dają cień i czasem oparcie dla pleców. Gdy spojrzy się w jednym kierunku, gaje rozciągają się pod szczytem przechodząc w mile szaro­‑zielono­‑niebieskich wzgórz w tle i małych wiosek za nimi. Jednak dookoła wzniesienia, szarym pokosem przecina zbocza strefa zniszczenia, szeroki pas wyrwanych z korzeniami drzew i gołej ziemi, gdzie ogromna koparka rzuca się, jak jakaś gigantyczna, prehistoryczna bestia, chwytająca i krusząca kamienie, wydłubująca ziemię, wypełniająca powietrze pyłem i mechanicznym rykiem swojego silnika.

Gdy przybywam, pod drzewem siedzi młody człowiek, pisząc czarnym markerem na kamieniach. Jest rolnikiem, mówi. Pisze po arabsku „Nie wycinać drzew”. Zastanawia się przez chwilę i dodaje jeszcze jedną wdzięczną linijkę. Proszę go, żeby przetłumaczył. Uśmiecha się miło i wskazuje na ziemię. – Co to jest? Ziemia? – pytam, nie wiedząc, czy ma na myśli ziemię, kraj czy glebę. – Ta ziemia mówi po arabsku – odpowiada.

Wszyscy Izraelczycy prócz jednego poszli świętować Paschę ze swoimi rodzinami. Jest nas tylko dwójka z ISM oraz jedna kobieta z IWPS, którzy, razem z dwoma Palestyńczykami, zostaliśmy pilnować obozu.

Gdy nastaje pełnie księżyca, leżę na kamieniach rozmyślając. Mam nadzieję znaleźć trochę spokoju i ukojenia, ale ziemia tutaj jest umęczona i wszystko co czuję, to jej cierpienie. Przez warstwy, stulecia i epoki słyszę płacz przodków. Ziemia jest przesiąknięta krwią, pokolenia doświadczały bezwzględnej siły, dlaczego z nami miałoby być inaczej?

Obudzono mnie o trzeciej w nocy, kolej na moją zmianę warty. Siedzę przy ogniu, wyczerpana, w końcu znów odpływam w sen, budząc się ponownie rankiem z wyrzutami sumienia.

Ale ludzie zaczynają się już zbierać na południowe spotkanie. Kobiety z IWPS, mężczyźni z wioski i tuziny Izraelczyków. Siedzimy pod namiotem z podniesionymi ścianami, rozmawiając o budowaniu międzynarodowej kampanii przeciwko murowi. Kiedy rozmawiamy, jeden z mężczyzn, kamieniarz, robi sobie z kamieni miniatury budynków. – Być może nie zatrzymamy go tutaj – mówi jeden człowiek z wioski – ale być może będziemy mogli powstrzymać go w innych miejscach.

Izraelczycy, którzy tu przyjeżdżają, są w większości młodzi. Anarchiści, punki, lesbijki, studenci z dziwnymi fryzurami. Uderza mnie, że burmistrz Mas’Ha i przywódcy wioski należącej do bardzo konserwatywnego społeczeństwa w zasadzie mogą mieć więcej wspólnego z ortodoksyjnymi Żydami, którzy ich nienawidzą, niż z tymi szalonymi społecznymi buntownikami. Jednak wioska przyjmuje ich wszystkich bez niechęci i z ciepłym palestyńskim powitaniem. Jedna kobieta jest z grupy Czarna Pralnia (Black Loundry), które na hebrajski trzeba przetłumaczyć na trzy sposoby, by oddać grę słów. Wyjaśnia, że jest to lesbijska grupa organizująca akcje bezpośrednie i pyta tłumacza, czy to jest jakiś problem. – Nie dla mnie – mówi z odrobinę zagadkowym wzruszeniem ramion i spotkanie toczy się dalej.

Później spotykamy się z kobietami z wioski, które chcą wiedzieć, czy możemy im w jakikolwiek sposób pomóc. Właśnie stracą swoje środki do życia, czy jest coś, co możemy zrobić? Długo dyskutujemy o tym, co robimy w ISM i obiecujemy dotrzeć do organizacji pracujących na rzecz rozwoju społeczności. Są podekscytowane, gdy dowiadują się, że obserwujemy punkty kontrolne i pomagamy ludziom je przekroczyć. Studenci z wioski, którzy jeżdżą na uniwersytet, często są zatrzymywani przy punktach kontrolnych lub muszą iść dookoła przez góry. Być może będziemy mogły im pomóc.

Gdy jesteśmy z powrotem w obozie, wszyscy młodzi shabob – słowo określające młodych kawalerów – przyszli już na wieczór. Siedzimy dookoła ogniska, podczas gdy dwaj mężczyźni przygotowują nam obiad, śmiejąc się i rozmawiając. I nagle zdaję sobie sprawę, że dzieje się coś cudownego. Izraelczycy i Palestyńczycy mogą rozmawiać ze sobą, ponieważ większość młodych mężczyzn mówi po hebrajsku. Kręcą się przy ognisku, rozmawiają i opowiadają sobie historie, razem się śmieją i relaksują. Spędzają czas jak każda grupa młodych ludzi w nocy przy ognisku, tak jakby nie byli zawziętymi wrogami, tak jakby to rzeczywiście mogło być takie proste żyć razem w pokoju.

Dziwny był Seder tego roku: pita zamiast Matzoh, jajecznica z pomidorami i humus zamiast zupy z kurczaka, woda zamiast wina, a zamiast maror – gorzkich ziół, których już kosztowałam, lekko słodkawa szczypta nadziei.

Nie mogę już nigdy znowu powiedzieć „za rok w Jerozolimie”. Nie mogę dłużej wierzyć w obietnice ziemi, która wymaga budowy betonowych ścian, wież strażniczych i nieustannego mordu, by jej bronić. O wiele lepiej byłoby porzucić stare kamienie Jerozolimy niż utrzymywać je torturą.

Chciałabym jednak wierzyć w obiecujący przykład Mas’Ha, przykład ludzi, którzy stojąc przed całkowitym zniszczeniem wszystkiego, czego potrzebują i co kochają, otworzyli swoje serca dla dzieci wroga i poprosili o pomoc. Chciałabym wierzyć w Izrael, jaki odbija się w oczach tych, którzy odpowiedzieli na ich wołanie. Że w jakiś sposób, w tej rozpadlinie między zdobywcami a tymi, którzy bronią się przed ostatecznym podbiciem, budowane są mosty, tworzą się połączenia, odbywają się spotkania, które mogą zburzyć ściany oddzielenia.

Do następnego roku obozu w Mas’Ha najprawdopodobniej już nie będzie. Wykonawcy pracujący dla izraelskiego wojska zaczęli już wysadzać rów, który wkrótce odetnie oliwne gaje od wioski. Międzynarodowa kampania o powstrzymanie budowy muru się zaczęła, lecz rzeczywistość jest taka, że oni są w stanie budować go szybciej niż my możemy się organizować, by go powstrzymać.

I mimo to, mówię to znowu, jako akt czystej wiary:

Za rok w Mas’Ha.

Przełożył Jakub Maciejczyk