Czego potrzeba polskiej szkole?

Marcin Starnawski
17.04.2007

W krytycznych komentarzach na temat rozpoczętej przez ministra Romana Giertycha szkolnej akcji „Zero tolerancji” pojawiają się trzy wątki. Dosyć jasny jest tu kontekst polityczny: instrumentalne wykorzystanie samobójstwa gimnazjalistki z Gdańska molestowanej i poniżanej publicznie przez klasowych kolegów. I choć podjęcie kroków na rzecz zmiany sytuacji w polskich szkołach jest zadaniem palącym, ton wypowiedzi Giertycha oraz wykorzystanie tego tematu w kampanii LPR przed wyborami samorządowymi zdradzają raczej powierzchowne i cyniczne podejście do problemu.

Zwraca się też uwagę na potencjalnie niską skuteczność programu walki z „patologiami” szkolno­‑wychowawczymi opierającego się na zaostrzeniu systemu nadzoru i kar. Warto zauważyć, że ofiarami agresji są nie tylko uczniowie i uczennice faktycznie doznający upokorzeń ze strony rówieśników, ale również sami sprawcy – jako ofiary błędów i zaniedbań wychowawczych oraz pełnej przemocy kultury masowej. Proponowana strategia zorientowana jest więc wyłącznie na piętnowanie objawów istniejących problemów, a nie wykorzenianie ich głębszych przyczyn. Można spodziewać się, że akcja „Zero tolerancji” zadziała jak mechanizm znany w psychologii społecznej jako samospełniająca się przepowiednia: wytworzy raczej kastę młodocianych kryminalistów niż podniesie poziom moralności wśród młodzieży.

Trzeci wątek tej dyskusji to postulaty szerszych zmian w podejściu wychowawczym. Przykładem jest ogłoszony niedawno przez Związek Nauczycielstwa Polskiego program naprawy wychowawczej „Cztery kroki: szkoła, nauczyciele, rodzina, samorząd”. Takie głosy pojawiają się wprawdzie rzadko, ale warte są rozwinięcia. Zostawmy zatem na boku gry polityczne ministra oraz jego umiłowanie pedagogicznego autorytaryzmu i zastanówmy się nad wewnątrzszkolnymi i ogólnospołecznymi przyczynami uczniowskiej przemocy oraz możliwymi kierunkami zmian istniejącej sytuacji.

Zjawiska, z którymi postanowił zmierzyć się obecny minister edukacji nie dotyczą już tylko szkół średnich czy zawodowych, ale często pojawiają się w gimnazjach. Nieraz spotyka się argument, że wprowadzenie w systemie edukacji szczebla gimnazjalnego, w ramach reformy oświatowej dokonanej przez rząd AWS­‑UW w 1999 roku, było z perspektywy procesu wychowawczego błędem. Zlikwidowano 8­‑letnie szkoły podstawowe, w których uczniowie do 15. roku życia byli częścią tej samej szkolnej społeczności, znali się między sobą oraz – co szczególnie ważne – byli znani nauczycielom w momencie wchodzenia w okres dojrzewania. Gimnazja, odrywając uczniów od tego długoletniego kontekstu pedagogicznego, stworzyły im oraz pedagogom nowe otoczenie, którego nie sposób dobrze poznać i „oswoić” w krótkim czasie. Do tego dochodzi problem zbyt dużej liczby uczniów w klasach, nierzadko liczących 30 i więcej osób. Zmniejszenie tej liczby o połowę – co przy obecnym niżu demograficznym nie powinno być trudne – mogłoby w dużym stopniu sprzyjać silniejszej więzi między uczniami oraz ich lepszemu kontaktowi z nauczycielami.

Tymczasem w gimnazjach obserwuje się kierunek odwrotny: segregację na klasy „lepsze” i gorsze”. Jest to spowodowane chęcią stworzenia przez dyrektorów (powodowanych logiką traktowania edukacji jak towaru) atrakcyjnej oferty klas profilowanych dla „lepszych” uczniów spoza rejonu, a więc zwykle uczniów z lepiej wykształconych i bardziej zamożnych rodzin. Znaczną część uczniów klas „gorszych” (zwykłych) stanowią pochodzący z biedniejszych środowisk uczniowie osiągający przeciętne i niskie wyniki w nauce, wśród których częściej obserwuje się zjawiska „patologiczne”. Znajoma nauczycielka z jednego z wrocławskich gimnazjów opowiedziała mi o dyskusji na temat przemocy w szkole, jaką podczas godziny wychowawczej przeprowadziła ze swoją klasą. Otóż jednym z ważniejszych postulatów, jakie podnosili sami uczniowie było zaprzestanie dzielenia klas na „lepsze” i „gorsze” i, tym samym, wymieszanie uczniów, co – ich zdaniem – zwiększyłoby szansę na większą ich integrację i wychowawcze zapanowanie nad zjawiskiem agresji.

Osobna kwestia to oczywiście rola i kompetencje pedagogiczne nauczycieli, których często krytykuje się za wychowawczą nieudolność. Argument o „selekcji negatywnej” do tego zawodu wydaje się jedynie częściowo słuszny. Ze strony samych nauczycieli można usłyszeć głosy, że wprawdzie niski poziom płac zniechęca wielu potencjalnie wartościowych dydaktyków do pracy w szkole, jednak ci, którzy w zawodzie nauczycielskim sobie nie radzą i nie są do niego przekonani, szybko odchodzą. Obok postulatu zmian w zakresie kształcenia nauczycieli w kierunku większej wrażliwości na potrzeby i problemy młodzieży, kluczowa jest sprawa zarobków jako czynnika motywującego, zwłaszcza nauczycieli­‑wychowawców.

Jednak problem finansowy dotyczy nie tylko pensji nauczycielskich, ale funkcjonowania szkoły w ogóle, między innymi wyposażenia technologicznego na miarę XXI wieku oraz tworzenia programów zajęć pozalekcyjnych. Te ostatnie nie mogą być jednak wyłącznie opcją „do wyboru”, z której skorzystają najbardziej ambitni, ale powinny być wpisane w strukturę szkolnego czasu ucznia, jako jej integralna część. Uczniowie mogliby zatem spędzać w szkole większość dnia, nie tylko uczestnicząc w zajęciach przedmiotowych, ale również rozwijając się na przykład w sporcie, sztuce czy działalności społecznej, korzystając z pomocy w nauce i mając do dyspozycji przerwy na odpoczynek oraz – wszyscy, bez względu na zasobność portfela rodziców – dwa lub trzy posiłki.

Czy taka wizja szkoły to utopia? Być może jest ona do zrealizowania przy zmianie priorytetów budżetowych polskiej klasy politycznej, zdolnej zrezygnować z czynienia z Polski arsenału sprzętu militarnego i gotowej zapewnić młodzieży godne warunki wszechstronnego rozwoju (prezes ZNP, Sławomir Broniarz, mówił niedawno o konieczności zwiększenia nakładów na oświatę z 3 do 5 procent PKB). Niewątpliwie wizja taka oznacza zwiększenie roli szkoły w procesie wychowawczym, a nie poleganie głównie na rodzinie i kościele, jak chce tego rządząca prawica. Ośmielę się postawić tezę, iż demokratyczna i poddana obywatelskiej kontroli szkoła publiczna może być bardziej „przewidywalna wychowawczo” niż konserwatywny model rodziny, a na pewno bardziej skuteczna pod tym względem niż mizerne wysiłki kościoła. Taka szkoła może być też skuteczniejszą niż rodzina i kościół ochroną przed negatywnym wpływem otoczenia, zwłaszcza telewizyjnych i internetowych przekazów zawierających przemoc i pogardę, szczególnie w stosunku do kobiet czy ludzi gorzej sytuowanych ekonomicznie. Może też, wykształcając moralną wrażliwość na krzywdę, stanowić jeden z czynników zmiany świadomości młodego pokolenia przeciwko uprzedmiotowieniu stosunków międzyludzkich, na jakim opiera się kapitalizm z jego kulturą ostrej rywalizacji i wyzyskiem.

Sama walka z obłędnymi pomysłami Giertycha nie wystarczy. Potrzebna jest postępowa odpowiedź zarówno na nietrafne założenia akcji „Zero tolerancji”, jak i na obiektywne trudności polskiego szkolnictwa. Młodzież skupiona wokół Inicjatywy Uczniowskiej odważnie zaczęła już wysuwać swoje postulaty. Teraz czas na środowiska pedagogiczne i społecznikowskie. Być może pora zacząć pracować nad projektem nowej reformy oświatowej.

Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.