Katrina a sprawa polska

Marcin Starnawski
30.09.2005

O niedawnym kataklizmie na południu Stanów Zjednoczonych napisano i powiedziano już wiele. Głodne sensacji media przybliżały tragiczne obrazy Nowego Orleanu, lecz warto zauważyć, że nie poprzestano na wytwarzaniu wzruszeń i przerażenia. Ze środków masowego przekazu popłynęły głosy społecznej krytyki. Wielkość strat oraz środki niezbędne do odbudowy przeliczano na koszty okupacji Iraku; szacowano ile pieniędzy ze stanowego i federalnego budżetu zabrakło w wyniku cięć podatkowych podarowanych najbogatszym przez administrację Busha; przedstawiano polityczne napięcia między Białym Domem, a rządem stanu Luizjana, szukając odpowiedzialnych za opóźnioną i nieudolną pomoc dla ofiar huraganu i powodzi. Komentatorzy dostrzegli też – choć nie bez zdziwienia – że szanse ocalenia i jakość pomocy zależały od społecznej pozycji ofiar: statusu ekonomicznego i przynależności etniczno­‑rasowej.

W pierwszych dniach spustoszenia wywołanego huraganem Katrina również w Polsce pojawiały się doniesienia podkreślające społeczny wymiar jego skutków. Szybko jednak dominować zaczął obraz „band plądrujących sklepy” oraz „gangów terroryzujących współmieszkańców”. Wąski horyzont społecznej wyobraźni dziennikarzy dyktował określenia typu „tłuszcza” czy „złodzieje”, a zupełnie uniemożliwił stawianie pytań o społeczne reakcje w sytuacji skrajnego zagrożenia klęską żywiołową, nie mówiąc już o pytaniach o rolę systemu klasowego jako genezy ludzkich zachowań. Nie zwrócono na przykład uwagi na antyspołeczną politykę waszyngtońskich neokonserwatystów czy trwałość podziałów rasowych w Stanach Zjednoczonych. Natomiast można było usłyszeć, głównie od ludzi wykształconych, słowa oburzenia na „zdemoralizowany motłoch” – głównie czarnych Amerykanów, którzy z „lenistwa” czy „głupoty” nie opuścili miasta na czas. W optyce tej, „winny” jest amerykański system socjalny (sic!), za rzekomo zbyt „rozpieszczające” świadczenia wobec ubogiej ludności. „Oni muszą przestać żerować na państwie, a zacząć troszczyć się o siebie” – brzmiały aroganckie słowa, jakie słyszałem od znajomych liberalnych demokratów oraz na radiowej antenie.

Dosyć przypadkowo, dwa tygodnie temu byłem na niedzielnym nabożeństwie w pewnym afroamerykańskim kościele w Chicago. Bardziej niż elektryzującą muzykę gospel zapamiętałem jednak kazanie, które dotyczyło niedawnego huraganu. Mniejsza o starotestamentowe odniesienia – zostawię je wierzącym czy teologom. Uderzyła mnie część wystąpienia pastora, będąca polemiką z ultrakonserwatywną „tezą” o huraganie jako boskiej karze za grzeszne życie nowoorleańczyków. Argumentował, że interpretacja taka służy dyskryminacyjnemu status quo, wszak to głównie murzyńska biedota, niezmotoryzowana i pozbawiona środków finansowych umożliwiających ucieczkę, miałaby być obiektem gniewu owego „boga”, miłującego ponoć ludzi ubogich. Kaznodzieja rozprawił się też z klasowymi i rasowymi uprzedzeniami mediów i polityków, zauważając, że gdyby na dachach zalanych domów uwięzieni byli bogaci przedstawiciele „klasy korporacyjnej”, nikt nie ośmieliłby się pisać o lenistwie czy głupocie ofiar kataklizmu. Przed ponad dwutysięczną kongregacją pastor po imieniu nazwał problem rasowej dyskryminacji i nierówności, wskazał na polityczne i strukturalne przyczyny cierpień ofiar Katriny, wspomniał też o sytuacji przebywających w Chicago pohuraganowych uchodźców z Południa i wezwał do aktywnej solidarności z nimi. Wszystko to w duchu bardziej humanistycznym i racjonalistycznym niż podpowiada stereotyp konserwatywnej protestanckiej Ameryki.

Podobnych komentarzy słyszałem za oceanem więcej i to nie tylko od działaczy społecznych i członków mniejszości etnicznych. Najwięcej niezrozumienia i uprzedzeń usłyszałem natomiast w polskiej grupie, z którą odwiedziłem Stany – młodych ludzi realizujących swe kariery w biznesie lub rozpoczynających je w świecie akademickim. Chętnie obwiniali ofiary za ich los, recepty sprowadzając do postulatu „zagonienia Murzynów do roboty”. Moi znajomi negatywne zareagowali na wspomniane kazanie, określili je z niesmakiem jako „upolitycznione” i porównali do taktyki „wykorzystywania ambony” przez ZChN. O porównaniu z wystąpieniami Popiełuszki przeciwko autorytaryzmowi PRL­‑u nie mogło być mowy, bo, jak mi zasugerowano, „to były inne czasy”. Cóż, cierpienie miewa różne źródła. A że po 1989 roku, w „nowych czasach”, mało wśród elit intelektualnych odważnych obrońców pokrzywdzonych, to i wrażliwość większości polskiej inteligencji na nierówności jest bliska zeru. Zresztą będąc beneficjentami kapitalistycznego wyzysku, rodzimi wielkomiejscy inteligenci aspirujący do bycia „klasą średnią” nie wahają się utożsamić go z „demokracją”. Tym samym, tłumiona przez dyskurs neoliberalny kultura obywatelska w naszym kraju pojęcia solidarności, społecznej odpowiedzialności czy kontestacji rozwinęła na poziomie zaledwie prymitywnym, inaczej niż ruchy społeczne w demokracjach zachodnich czy krajach tzw. Trzeciego Świata.

Społeczne skutki Katriny to upokorzenie dla amerykańskiej dumy i lekcja na temat właściwego znaczenia pojęć „misja stabilizacyjna” czy „interwencja humanitarna”. Polacy zaś uwielbiają lekcje od Amerykanów. Niestety, polskie „warstwy oświecone” ciągle biorą lekcje w tym, z czym świadomi potrzeby zmiany społecznej mieszkańcy USA walczą od co najmniej kilkudziesięciu lat. To polskie zapatrzenie w rasistowską i niesprawiedliwą Amerykę daje nieco wyjaśnienia dla źródeł popularności partii, które przed chwilą doszły u nas do władzy, z których jedna propaguje kryminalizację patologii rodzących się z ubóstwa, a druga proponuje program prowadzący do ekonomicznego wyniszczenia biednych. Uczmy się dalej.

Marcin Starnawski - socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.