Retoryczne POPiSy

Marcin Starnawski
08.10.2005

Objawił się nowy rodzaj pluralizmu politycznego. Dychotomiczny. Nie taki nowy wprawdzie, bo żywcem przeszczepiony przez media z amerykańskiej pseudopolityki. Jednak zabieg redukcji, jakiej poddano przedwyborczą gromadkę umizgiwaczy, do dwóch partii, zdziwił wielu. Faktycznie, wybory parlamentarne 2005 wygrała Partia Dziennikarska – najpierw obstawiła, potem aktorów zubożonego spektrum politycznego zareklamowała, a następnie trafiła zawyrokowany wynik. I nie ważne, że w ogonie ktoś tam jeszcze do parlamentu wszedł. Przez ostatnie dwa tygodnie, a tak naprawdę przez długie miesiące, polityczne uniwersum pożądanych wskazań wypełniły dwie prawicowe partie i ich do obrzydzenia znani liderzy.

Spektakl musi trwać, więc z eteru oraz drukiem trwa wieszczenie Złej Nowiny: koalicjanci się różnią i od tego jak rozłożą się ich wpływy w powstającym rządzie, a także od tego który z liderów koalicji wprowadzi się do najbardziej prestiżowego mieszkania w kraju, zależeć będzie przyszłość i numerek Rzeczpospolitej. Przyszłość „liberalna” lub „solidarna”, jak krzyczą nam okładki tygodników, serwisy informacyjne, a także sami zainteresowani na wiecach przed wyborami prezydenckimi. Z jednej strony podatek liniowy, z drugiej zasiłki; z jednej komercjalizacja kolejnych usług publicznych, z drugiej – ich obrona przed niszczącym wpływem rynku i tak dalej. Oczywiście, taki dramatyzm daje legitymację zabiegowi popełnionemu przez media. „Cóż że to tylko dwie drużyny. Za to patrzcie państwo jak się różnią! (choć nie jesteśmy pewni czy różnią się pięknie)” – chciałoby się podsumować to natrętne mydlenie oczu. A przecież wystarczy średnio wnikliwy namysł nad tym co za zasłoną marketingowych haseł szykują na okres rządów oba ugrupowania, żeby uznać, że istnienie różnic między nimi jest sprawą zaledwie niuansów. Mimo to znaczna część głosów upiera się przy bałamutnej diagnozie mówiącej o znacznych rozbieżnościach programowych między PO i PiS. Co ciekawe, w tej drwinie z rozumu biorą udział lub dali się nabrać polityczni komentatorzy i analitycy z prawa i lewa. Szaleńcy?

Przyznam, że nie żal mi tego, że na naiwniaka wyszedł ultraprawicowy Rafał Ziemkiewicz. Dzień po wyborach, w radiu publicznym lamentował on nad zwycięstwem opcji „socjalnej”, uosabianej jakoby przez partię braci Kaczyńskich. W swoim lamencie zagalopował się aż do ubolewania nad tym, że w Polsce „niestety nie mamy Pinocheta”, który zrobiłby porządek. Znany ze swego upodobania do autorytarnego kapitalizmu Ziemkiewicz miał zapewne na myśli takie dobrodziejstwa wprowadzone niegdyś przez chilijskiego dyktatora, jak system neoliberalnego darwinizmu społecznego z drastycznym rozwarstwieniem, bezrobociem i ubóstwem. O zamachu stanu, torturach i mordowaniu opozycji nie wspomniał. Może nie zdążył, bo program był krótki? Zdążył jednak wyrazić opinię o rzekomej lewicowości gospodarczej PiS­‑u, której poza rzuconymi niczym ochłap w ostatniej fazie kampanii wyborczej sloganami (niezbyt zresztą przekonującymi), nijak dojrzeć się nie da.

Zmartwiła mnie natomiast opublikowana dwa dni później w „Trybunie” wypowiedź lewicującego socjologa Jacka Kochanowskiego, który na siłę wyliczał różnice między dwiema zwycięskimi partiami, akcentując zwłaszcza sferę gospodarczą, w której w ewentualnej koalicji PO miałoby naciskać na rozwiązania liberalne, zwłaszcza podatek liniowy, a PiS miałby się im przeciwstawiać, skupiając się z kolei na swoiście pojmowanej „rewolucji moralnej”. Podobny ton słychać z „Trybuny” niemal w każdym tekście poświęconym powyborczym rozważaniom, jak u publicystki, która przekonuje, iż „POPiS łączy jedno – niechęć do SLD. Dzieli zaś wszystko – filozofia, życiorysy liderów, wizja Polski i programy gospodarcze […]”. Piszą, że ta koalicja się „nie klei”. Czy na pewno?

Problemem jest, rzecz jasna myląca retoryka PiS­‑u. W ostatnich tygodniach liderzy tej partii sypnęli obietnicami zasiłków socjalnych, utrzymania bezpłatnej edukacji na państwowych uczelniach, a nawet powrotu do stricte budżetowego finansowania służby zdrowia. Wszystko po to, by wizja Polski „solidarnej” przyciągnęła głosy wyborców wrażliwych społecznie, żywiących przekonanie, iż rynek sam z siebie nie jest w stanie zorganizować wielu podstawowych dziedzin życia społecznego. Przymiotnik „solidarna” oznacza, rzecz jasna, tyle co „socjalna”, jednak tego ostatniego zaczadzeni neoliberalizmem polscy politycy boją się jak ognia. Ponadto, określenie swej polityki jako „solidarnej” wywołuje w znacznej części polskiego społeczeństwa pozytywne sentymenty historyczne. Jak widać, opłaciło się je podsycić.

Obawiam się jednak, że na sentymentach się skończy. Politycy PiS wprawdzie głośno krzyczą przeciwko proponowanemu przez PO projektowi podatku liniowego, jednak wysuwany przez nich pomysł dwóch progów podatkowych, z których wyższy – 30­‑procentowy – miałby obejmować wąską grupę zarabiających ponad 100 tys. złotych rocznie, węższą jeszcze niż obecni płatnicy najwyższej, 40­‑procentowej stawki, niewiele w swej idei różni się od koncepcji Platformy. Podobnie jak niewiele różnić się będą skutki jego wprowadzenia, czyli przede wszystkim znaczący spadek wpływów do budżetu państwa. To nie musiałoby być bynajmniej dla Kaczyńskiego czy ewentualnego premiera Marcinkiewicza jakimkolwiek problemem, gdyż PiS głosi wszak jakże neoliberalny postulat „taniego państwa”. Jednak obiecują jednocześnie państwo sprawne i silne, co przy jego „odchudzeniu” i silnej orientacji PiS na kwestie bezpieczeństwa i porządku oznaczać musi, że poza policją, wojskiem, sądami i może więziennictwem (o ile nie ulegnie ono sprywatyzowaniu), zbyt wiele pozycji w budżecie się nie ostanie. Gdzieś już o takim programie słyszałem. Lubuje się w nim chociażby amerykańska prawica neokonserwatywna, z wizją społeczeństwa solidarnego czy projektami socjalnymi mająca niewiele wspólnego. Zupełnie nie rozumiem dlaczego wedle logiki PiS­‑u „tanie” miałoby oznaczać „silne”, ale coś czuję, że przy takim „solidaryzmie” pieniędzy na obiecane zasiłki i darmowe usługi publiczne raczej nie zobaczymy. Klapa. Wyborcy, którym na dźwięk uwodzicielskich haseł przewodniczącego Kaczyńskiego zabłysnęła w oku „prospołeczna” iskierka nadziei, dali się zwyczajnie nabrać.

Przeciwnicy neoliberalizmu mają jednak powód do nadziei. Otóż w gronie głosujących rynkowy fundamentalizm wypisany otwarcie na sztandarach tylko PO i groteskowego Korwina­‑Mikke, zyskał zdecydowanie mniejszościowe poparcie i z pewnością przyczyniło się do tego taktyczne przesunięcie przez PiS akcentów na sprawy socjalne w końcowej części kampanii. Być może również dla wysokiej absencji wyborczej częściowym wyjaśnieniem może być powszechne rozczarowanie ekonomicznym modelem ostatnich 16 lat. Niewątpliwie polityczna bierność wiąże się również ze społeczno­‑obywatelską alienacją środowisk przegranych w transformacji, o czym mówią liczne badania. Lecz absencja była dla wielu wyborem politycznym w sposób elementarny: poprzez odmowę zaufania politykom lub wyrażenie braku poczucia reprezentacji. Jeszcze inni, choć ciągle nieliczni, świadomie zbojkotowali wybory w ramach kampanii na rzecz innego modelu i rozumienia demokracji. W odniesieniu do każdego z powyższych scenariuszy absencyjnych, inteligenckie połajanki na „społeczeństwo niedojrzałe do demokracji” muszą być zatem nietrafione lub wynikać ze zwykłego rozhisteryzowania. Ale jeśli edukację społeczną zorientuje się na dyskusję o realnej i podmiotowej, a nie dokonującej się raz na cztery lata i na zasadach supermarketowych zakupów, partycypacji obywatelskiej, to walka o demokrację w Polsce może przesunąć się w obiecującym kierunku.

Martwi jednak, że wśród ludzi młodych, którzy poszli na wybory, dominują wyborcy prawicy. Ogarnięcie tego faktu może zająć znacznie więcej czasu, niż zrozumienie całokształtu neoliberalnej iluzji, która go kształtuje.

Marcin Starnawski - socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.