Stare sztuczki w nowych dekoracjach

Marcin Starnawski
08.08.2006

Przystępując – nie ja pierwszy i nie ostatni – do dyskusji o nieśmiertelnych polskich koszmarach, muszę wspomnieć o antysemityzmie, choć nie jego, a na pewno nie przede wszystkim jego, dotyczą poniższe rozważania. Chcę jednak nawiązać do pewnych historycznych kontekstów. Ułatwi to, jak sądzę, moralne i polityczne zrozumienie wydarzeń dzisiejszych, które część polskiego społeczeństwa przyjmuje wprawdzie z oburzeniem i sprzeciwem, wielu pozostałych jednak paraliżuje lub urzeka roztaczana wokół nich „oczywistość” i aura rzekomo racjonalnej argumentacji. Wśród tych „pozostałych” są i tacy, którzy z zasłyszanej argumentacji wyciągają wnioski na tyle daleko idące, że sytuacja niektórych środowisk mniejszościowych – dokładnie gejów i lesbijek – w szczególnym stopniu przypomina permanentny stan wyjątkowy. Ten artykuł będzie o tym jak homofobia weszła w polskiej sferze publicznej na miejsce dawniej zajmowane przez antysemityzm.

Jeszcze do niedawna na stronach internetowych Młodzieży Wszechpolskiej znaleźć można było Deklarację Ideową tej organizacji z 1925 roku. Tekst z jakiegoś powodu zniknął, ale wciąż można go odnaleźć w cyberprzestrzeni i zapewne w niejednej bibliotece. Pamiętając, iż dzisiejsza MW odwołuje się „do tradycji organizacji o tej samej nazwie działającej w latach 1922­‑1945”, przeczytajmy fragment ze wspomnianego dokumentu sprzed ponad osiemdziesiąt lat: „Żydzi są grupą rasowo obcą, kulturalnie skrystalizowaną i wnoszącą pierwiastki rozkładu do polskiego życia narodowego […]. Wytyczną przeto polityki polskiej wobec Żydów winna być kulturalna, polityczna i gospodarcza izolacja oraz najdalej idące zmniejszenie ich liczby w Polsce”. Dziś rys historyczny, który Wszechpolacy prezentują internetowym czytelnikom, milczy na temat powyższych założeń. W odniesieniu do deklaracji założycielskiej z 1922 roku wspomina się natomiast: „Na uczelniach młodzież narodowa postulowała oddzielenie studentów Żydów od studentów Polaków, oraz wprowadzenie zasady numerus clausus dla studentów żydowskich. Zasada ta polegała na tym, by liczebność studentów żydowskich była proporcjonalna do odsetka ludności żydowskiej”. A zatem, oczywiste jest, że organizacja ta od początku bazowała na myśleniu różnicującym i dyskryminującym ludzi ze względu na niezależne od nich strukturalne wyznaczniki ich położenia społecznego – w przypadku Żydów chodziło o narodowość czy też pochodzenie etniczne. Osoby nieco lepiej znające historię II RP wiedzą, że działacze MW, jako część szerszego ruchu nacjonalistycznej prawicy, wprowadzali swe rasistowskie idee w życie nie tylko słowem, ale i dość agresywnym czynem.

Ubiegłoroczna „Parada Normalności” zorganizowana została przez środowiska ultrakonserwatywne w odpowiedzi na wcześniejszy „Marsz Równości” zwolenników i zwolenniczek równouprawnienia mniejszości homoseksualnych. Wywodzący się z Młodzieży Wszechpolskiej Wojciech Wierzejski, ówczesny europoseł z ramienia Ligi Polskich Rodzin, a dziś poseł na Sejm RP, wypowiedział wtedy słowa następujące: „Nie zatrudniajmy ich w pracy, przeciwstawiajmy się ich działalności, a osoby, które prezentują się jako skrajni działacze homoseksualni powinni być poddawani obyczajowej, towarzyskiej, skrajnej nietolerancji”. Sam Wierzejski jest w realizacji własnych deklaracji konsekwentny. Jeszcze gdy działał jako radny w samorządzie mazowieckim na drzwiach swego gabinetu wywiesił tabliczkę informującą, że „Gejom i dziennikarzom »Gazety Wyborczej« wstęp wzbroniony”; przy pewnej okazji odmówił zaś podania ręki gejowskiemu działaczowi Szymonowi Niemcowi, „ze względów higienicznych”, bo – jak stwierdził – „przez podanie ręki można zarazić się jakąś chorobą”.

Dziś, głównie za sprawą nazistowskiej Zagłady oraz kilku fal emigracji w okresie PRL, Żydzi stanowią w Polsce mniejszość w żaden sposób nie dającą porównać się liczebnie, kulturowo i politycznie z tą z lat dwudziestych i trzydziestych. Trudno na poważnie wygłaszać tyrady o zagrożeniu, jakie dla „ducha narodowego” niesie „żywioł semicki”, a ci, którzy w tak bezpośredni sposób nawiązują do dmowszczyzny sprzed stu lat, skazani są na margines życia publicznego i ułamkowe poparcie w politycznych wyścigach. Nie to, że wszyscy Polacy kochają dziś Żydów, ale widoczny „wróg” zniknął, a dawne i nowsze antysemickie wyobrażenia napotykają dziś coraz większą przeciwwagę w postaci coraz bardziej rzetelnej wiedzy o polsko­‑żydowskiej przeszłości, czy choćby powierzchownych standardów „politycznej poprawności”, nie pozwalających na bezkarne szermowanie retoryką antyżydowską w głównym nurcie życia publicznego (być może i kierownictwo Młodzieży Wszechpolskiej jest tego świadome, skoro ukrywa swą antysemicką przeszłość przed internautami). Jednak to, co zostało „z tamtych lat” i ma się w retoryce oraz działaniach neoendeckiej prawicy całkiem nieźle, to logika mobilizacji zwolenników czy elektoratu wokół haseł obrony zagrożonej tożsamości narodowej i czystości kulturowej oraz przeciwstawienia się „obcym żywiołom”. W pracach ideologów dawnej endecji postulowano powstrzymanie czy wypchnięcie z Polski „żywiołu żydowskiego”; dziś poseł Wierzejski, spadkobierca tej politycznej tradycji, postuluje izolowanie gejów i lesbijek w życiu publicznym i towarzyskim, zaś prasa prawicowa krzyczy „zatrzymać dewiację!”.

Teza o analogii do sytuacji homoseksualistów w dzisiejszej Polsce do sytuacji Żydów w Polsce w okresie międzywojennym nie jest nowa. Porównanie takie stało się częste szczególnie po tzw. „wypadkach krakowskich” z maja 2004 roku, gdy marsz zwolenników tolerancji oraz praw gejów i lesbijek został brutalnie zaatakowany przez kontrdemonstrację napędzaną przez skrajnie prawicowe bojówki. Niektóre relacje z tych zajść do złudzenia przypominały opisy ulicznych burd jakie w latach trzydziestych urządzała polskim Żydom polska młodzież nacjonalistyczna. I nawet w stopniu mniejszym niż przedwojenny sprzeciw wobec antysemityzmu, głosy solidaryzujące się z osobami homoseksualnymi były nieliczne lub nieśmiałe, a w wielu wystąpieniach dziennikarzy, polityków, a nawet uznawanych za „liberalnych” hierarchów Kościoła katolickiego, dało się wyczuć ton zrozumienia i przyzwolenia dla homofobicznych postaw.

Rzecz jasna istnieją ewidentne historyczne ograniczenia tej analogii, jak choćby swoistość doświadczeń Żydów jako grupy religijnej i etniczno­‑narodowej w Europie wraz z nastaniem nowoczesności, szczególny ideologiczny status antysemityzmu, znaczenie kategorii „Żyda” w programie partii nazistowskiej w Niemczech czy skala późniejszej polityki dyskryminacyjnej i eksterminacyjnej. Jednak inspiracje dzisiejszej młodzieży występującej przeciwko homoseksualistom są wyraźne: „Zrobimy z wami, co Hitler zrobił z Żydami” – śpiewali przeciwnicy poznańskiego Marszu Tolerancji w listopadzie 2005 roku. To nawet więcej niż gdyby śpiewano „Zrobimy z wami, co przedwojenna Młodzież Wszechpolska chciała zrobić z Żydami”. No tak, politykierzy pokroju Wierzejskiego, odcinają się od „nieodpowiedzialnych” haseł neonazistowskich. Oni przecież chcą homoseksualistów „tylko” izolować, nie eksterminować.

W eseju wymownie zatytułowanym Biedni Polacy patrzą na homoseksualistów (nawiązującym do słynnego artykułu Jana Błońskiego z lat osiemdziesiątych, który wywołał bodajże pierwszą krytyczną debatę na temat postaw Polaków wobec Żydów w okresie okupacji hitlerowskiej), opublikowanym w przełomowej książce Homofobia po polsku1, Błażej Warkocki pisze: „Nie bez pewnych uproszczeń można roboczo założyć, zwłaszcza po „wydarzeniach krakowskich”, że dzisiejszymi Żydami (»modelem Żyda«) są homoseksualiści. Geje i lesbijki w przeważającej części się ukrywają, a ci, którzy zapragną pokazać się publicznie i kolektywnie, potencjalnie narażeni są na reakcje, które obserwowaliśmy w Krakowie; w wysokonakładowych mediach głównego nurtu bez szczególnego trudu można natrafić na nienawistny wobec homoseksualistów język; w przedszkolach dzieci obrażają się nawzajem za pomocą sformułowań w rodzaju »ty geju«; powietrze wokół nas przesycone jest homofobią tak oczywistą, że naturalną” (s. 152).

Homofobia nie jest w naszej kulturze oczywiście zjawiskiem nowym. Niechęć heteroseksualnej większości do osób o orientacji homoseksualnej bądź do samej homoseksualności jako orientacji, obecna jest w naszym życiu od najmłodszych lat. Dominujący status, uznawanej za jedyną „zdrową”, „właściwą” i „naturalną” orientację heteroseksualności wzmacniany jest rozmaitymi komunikatami językowymi zawierającymi pogardę dla „pedałów” czy „lesb”, obojętnie czy takie osoby pojawiają się w danym środowisku czy nie. Będąc radykalnie heteronormatywną (czyli narzucającą heteroseksualność jako obowiązującą normę) nasza kultura jest w efekcie również homofobiczna. Jednak w ostatnich latach, w dużej mierze na fali reakcji na ożywienie dyskusji o prawach mniejszości seksualnych w Polsce, zakorzeniona w naszym społeczeństwie homofobia stała się użytecznym gruntem dla wykorzystania przez prawicę „kwestii gejowskiej” jako instrumentu w walce politycznej. Tak jak antysemityzm przełomu XIX i XX wieku, wyrósł w znacznej mierze na gruncie błędnego rozumienia zagadnienia kapitalistycznej rywalizacji gospodarczej w handlu i stanowił uzasadnienie dla idei „egoizmu narodowego”, tak upolityczniona homofobia stanowi narzędzie obrony „zagrożonego narodu” w kontekście obiektywnych przemian współczesnych w sferze politycznej i kulturowej. Geje i lesbijki jako jednostki i grupy walczące o społeczne uznanie swej podmiotowości, stali się bowiem symbolem emancypacji, przeobrażeń obyczajowych i zmian systemu wartości motywowanych przez idee demokracji i pluralizmu. Symbolem – dodajmy – wielce niewygodnym z perspektywy ultrakonserwatywnej koncepcji polskości opartej na tożsamości „Polaka­‑katolika”. Istotnym kontekstem „kwestii gejowskiej” jest niewątpliwie przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, wiele środowisk mniejszościowych wiąże bowiem nadzieję na poprawę swego położenia z postępowym kierunkiem debaty publicznej na ten temat oraz rozwiązaniami instytucjonalnymi – jak legalne związki partnerskie – w wielu krajach Unii. Ale nawet jeśli głosy na temat europejskiej integracji są wśród homoseksualistów zróżnicowane (bo dlaczegóżby nie?), to względnie dobra sytuacja gejów i lesbijek w krajach Europy zachodniej stanowi płachtę na homofobicznego byka katolicko­‑narodowej prawicy zdającej się wołać: „Patrzcie, pedały ciągną nas na zatracenie i wynarodowienie do zdemoralizowanej Europy!”. Zresztą prawica nie „zdaje się” wołać, ona wołała i oskarżała już wielokrotnie: „pederaści–euroentuzjaści!”.

O Unii Europejskiej i korzyściach oraz zagrożeniach, jakie płyną z polskiego w niej członkostwa, można i trzeba rozmawiać otwarcie. Istnieje wiele przykładów krytyki zarówno wspólnego unijnego rynku czy brukselskiej biurokracji, które nie odwołują się do prostych schematów wykorzystujących kategorię kozła ofiarnego. W przypadku prawicowego dyskursu, łączącego niechęć wobec „pederastów” z krytyką Unii, a nawet szerzej – z krytyką pluralizmu społecznego lub wolnościowego modelu obyczajowego, „gej” (zdecydowanie częściej niż mocno przemilczana w kulturze „lesbijka”) staje się jednak uosobieniem rzekomych zmian, które zagrażać mają polskiemu charakterowi czy interesowi narodowemu. Chodzi tu oczywiście o „geja” stereotypowego, którego obraz pasuje do wizji snutych przez bogo­‑ojczyźnianych zbawców. Odtworzenie tego wizerunku to temat na osobne rozważania, warto jednak zauważyć, że zawiera on w sobie takie odniesienia, które – jak na przykład krytyka berlińskiej Parady Miłości – przestrzegać mają przed między innymi upadkiem moralnym, nihilizmem, rozwiązłością czy rozbiciem integralności rodziny i jej tradycyjnego modelu. Ponadto, podobnie jak niegdyś Żydzi kojarzeni byli z bogactwem i chciwością, również dziś geje i lesbijki kojarzeni są z „zepsutym Zachodem”, a ich orientacja seksualna traktowana jest jako fanaberie inteligencji czy klasy średniej obce „prostemu ludowi” i zagrażające jego „czystej moralności”. Zupełnie tak, jakby homoseksualistów nie było wśród robotników, mieszkańców wsi czy ubogich emerytów. Taktyka „kozła ofiarnego” jest tu szczególnie widoczna – homoseksualiści jako odpowiedzialni za rozpadanie się tradycyjnego porządku obyczajowego i wspierający międzynarodowe zagrożenie ze strony lewicy, liberałów, a nawet wielkiego kapitału. Jeśli dodać do tego oburzenie, jakie wiele osób wyrażało na sam fakt wyjścia na ulice homoseksualistów i osób wspierających ich walkę – czym sami jakoby „sprowokowali” zamieszki czy brutalną interwencję policji (Poznań) – to jako podsumowanie tych publicznych nastrojów nasuwa się parafraza słów XIX­‑wiecznego antysemity niemieckiego Heinricha von Treitschke (słów spopularyzowanych później przez nazistów): „Geje są naszym nieszczęściem!”.

Mniej więcej sto lat temu, jeden z twórców niemieckiej socjaldemokracji, August Bebel, nazwał antysemityzm „socjalizmem głupców”. I mniej więcej w tamtym czasie działacz PPS­‑Lewicy, Marian Bielecki, tak pisał o fałszywości społeczno­‑ekonomicznych diagnoz bazujących na antysemityzmie: „Na dnie tych pseudonaukowych rozważań tkwi po prostu krzyk rozpaczy upadającego drobnomieszczaństwa nie­‑żydowskiego: precz z konkurentami­‑Żydami, precz z gniotącym nas wielkim kapitałem! […] Antysemici […] nienawistne dla nich objawy nowoczesnego rozwoju gospodarczego przypisują w arcyzabawny sposób to „rasowemu charakterowi” Żydów, to zgubnemu wpływowi Talmudu itp. […]”2. „Moralność Żyda” była zatem akcentowana jako główna przeszkoda na drodze do dobrobytu i harmonijnej gospodarki. Czy przypadkiem dziś nie stawia się pod pręgierzem ogłupiałej opinii publicznej rzekomej „gejowskiej hucpy”, gdy tygodnik „Wprost” (czerwiec 2004) zamieszcza na okładce tytuł „Dyktatura równości”? Czy przypadkiem „higieniczne względy” nie pozwalające Wierzejskiemu podać rękę homoseksualiście i jego postulaty społecznej nietolerancji wobec gejów nie przypominają nawoływań do bojkotów żydowskich sklepów i odosobnienia żydowskich studentów w tzw. gettach ławkowych? Czy niczego nas ta analogia nie uczy?

Nasuwa się pytanie: czy prawicowi politycy i publicyści faktycznie wierzą w to, co głoszą? Szczerze mówiąc najmniej mnie to interesuje. Ważniejsze są społeczne efekty propagowanego przez nich myślenia. Zacznijmy zatem od odbiorców tej retoryki. Warszawski pozytywista Aleksander Świętochowski, którego trudno podejrzewać o nadmierną miłość do narodu żydowskiego, tak pisał w 1897 r. o społecznym mechanizmie kształtowania antysemickich uprzedzeń: „Niepodobna również żądać od ciemnego tłumu, ażeby on teoretyzował szeroko, przestrzegał w swych wywodach ścisłości, szedł do najdalszych wniosków konsekwencji logicznej. Jemu trzeba wszelkie rozumowanie uprościć i wskazać najwidoczniejszą postać złego, na które ma uderzyć. Do tego celu nadaje się wybornie Żyd. Należy on do odrębnej rasy [sic!], wyróżnia się swym wyglądem zewnętrznym, wyznaje inną religię, używa paskudnej gwary [pogardliwe określenie języka jidysz – M.S.], zachowuje inne zwyczaje, a przy tym posiada kapitał w najoczywistszej i najzrozumialszej formie – pieniędzy. Więc on sprawcą niedoli i twórcą wyzysku, na niego rzucić się trzeba. Że jest to jedna z największych piramid głupstwa i niegodziwości, nikt nie wątpi, kto ludzi bada, a nie szczuje”3. Nic dziwnego, że na antyżydowskie zaklęcia nacjonalistycznej inteligencji i burżuazji dawali się nabrać głównie ekonomicznie „upośledzeni” i niewykształceni ludzie z warstw niższych i średnich. Wyobrażenia te przemawiały do ich bezpośrednich doświadczeń ekonomicznej konkurencji lub wyzysku, odrywając je jednakże od szerszego kontekstu systemowego, czyli obiektywnego „odziedziczenia” przez część Żydów funkcji handlowo­‑finansowych z dawnego społeczeństwa stanowego.

Dziś w Polsce homoseksualiści nie są grupą stanowiącą wyodrębniający się znaczący element w jakimkolwiek sektorze gospodarki. Myśleć w takich kategoriach byłoby absurdem. Podsuwa się ich jednak jako obiekt nienawiści kojarzący się z „wyuzdaną konsumpcją” środowiskom, których konsumpcyjne aspiracje pozostają niezaspokojone z powodu kiepskiej sytuacji ekonomicznej. Wszak patrząc na większość agresywnych uczestników anty­‑gejowskich kontr­‑manifestacji – kibiców czy młodych neofaszystów – nietrudno było odgadnąć ich społeczne pochodzenie: to zapewne głównie uczniowie szkół zawodowych lub „gorszych” gimnazjów, młodzież z zamierających socjalnie i kulturalnie blokowisk, ludzie z rodzin pozbawionych perspektyw na godną pracę i życie w dobrobycie. Studenci czy „porządni” licealiści to wśród nich raczej wyjątki. Być może dla nich udział w misji „czyszczenia społeczeństwa ze zboczeń” i promowanie „zakazu pedałowania” to z jednej strony walka o przestrzeń dla siebie (wszak bez „dewiantów” zrobi się więcej miejsca i nie zagrozi zachodni kapitalizm), a z drugiej dążenie do zaznaczenia własnej podmiotowości w narodzie czy społeczeństwie (walka o „zdrową moralność publiczną”). I choć nie zamierzam bronić tych, którzy z pełnym zaangażowaniem krzyczą „lesbijki do gazu” czy „obóz pracy dla pedałów”, uważam, że nie wolno nam się łudzić, że ci bojówkarze stanowią tylko niewielki „wrzód” na zdrowym ciele oświeconego społeczeństwa. Gdy słyszę jak w Polsce zaledwie sześćdziesiąt lat po Zagładzie przedstawiciele młodego pokolenia grożą homoseksualistom nowym holokaustem, to siłą rzeczy zadaję sobie pytania o system społeczny – edukację, media, instytucje kulturalne oraz politykę socjalną – który takie formy świadomości wytwarza. Jest to również pytanie o to jakiego rodzaju doświadczenia społecznej niesprawiedliwości stwarzają tak żyzny grunt dla ideologicznych manipulatorów, którzy jako rzekomi demaskatorzy narodowego zła zbijają wyborcze punkty oraz polityczny kapitał na ludzkiej ignorancji i nietolerancji.

Powyższe rozważania można by zapewne potraktować co najwyżej jako inteligenckie zabawy w analizę dyskursu publicznego, gdyby nie realne efekty homofobicznych wyobrażeń i agresywnej retoryki polityków i publicystów prawicy. Dyskryminacja gejów i lesbijek jest w Polsce faktem, nie tylko za sprawą braku uznania za legalne związków homoseksualnych czy powszechnej odmowy parom jednopłciowym prawa do adopcji dzieci. Zdarzają się przypadki wyrzucenia z pracy, odrzucenia przez rodzinę czy szykanowania przez sąsiadów, z dotkliwymi pobiciami i niszczeniem mienia włącznie. Sporo mówią na ten temat raporty organizacji pozarządowych, takich, jak Lambda, choć znaczna część tego typu przypadków pozostaje nie zgłaszana i nierejestrowana. Podobnie jak dla wielu Żydów w okresie międzywojennym, tak dla części dzisiejszych polskich homoseksualistów jako najsensowniejszy wybór życiowy jawi się emigracja. Z pewnością polityczny klimat w Polsce, z najbardziej prawicowym i konserwatywnym rządem i parlamentem w historii III RP, jednocześnie kontynuującym ultrakapitalistyczną linię gospodarczą, może wzmacniać decyzje o wyjeździe.

Zarysowane powyżej problemy muszą znaleźć swe rozwiązanie w wielu obszarach życia społecznego. Najwyższy już czas przemyśleć i przedefiniować rozumienie „demokracji” w Polsce. Muszą to zrobić w pierwszym rzędzie środowiska liberalno­‑demokratyczne i centrolewicowe, których w ostatnich latach zdecydowanie zabrakło wśród obrońców seksualnych mniejszości. Kilka wyjść na ulice w ostatnich miesiącach to jeszcze za mało, by zyskać zaufanie ze strony środowisk walczących o tolerancję i społeczną emancypację. Parafrazując Gandhiego często sugeruje się, że wielkość narodu i jego postęp moralny winny być oceniane na podstawie stosunku do mniejszości – na pewno powinien to być jeden z filarów naszej demokracji. Drugim musi być odpowiedzialność środowisk opiniotwórczych i organizacji społecznych za nauczenie większości życia w zgodzie z zasadami tolerancji. Nie uczyni się tego pustym moralizowaniem i inteligenckimi połajankami, ale jedynie poprzez nacisk na instytucje rządzące w kierunku zapewnienia rzetelnej edukacji obywatelskiej i humanistycznej oraz systematycznej poprawy warunków bytowych, tak by frustracje ekonomiczne i odmienności kulturowe nie dawały się wyzyskać w populistycznym kuglarstwie narodowej prawicy i radykalnych odłamów Kościoła. W tym wszystkim integralny element muszą stanowić postulaty pełnego równouprawnienia homoseksualistów z heteroseksualną większością. Bez stabilnego gruntu prawno­‑instytucjonalnego, los mniejszości nawet w państwie formalnie demokratycznym zawsze będzie niepewny.

Przyciśnięci świadectwami historii potrafimy dzisiaj przyznać, że wstydzimy się brunatnego oblicza Polski z lat trzydziestych, z jej antyżydowskimi pogromami, bojkotami i projektami dyskryminujących ustaw. Kiedy zaczniemy się wstydzić brunatnej atmosfery panującej na polskich ulicach, łamach polskich gazet i polskich mównicach sejmowych w połowie pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku? Kiedy przestaniemy być zakładnikami tego, co niszczące i haniebne w naszej kulturze i zaczniemy sami tworzyć nową kulturę, opartą na tolerancji, godności i społecznej współodpowiedzialności?

Przypisy:

1. Homofobia po polsku, red. Z. Sypniewski, B. Warkocki, Warszawa 2004.

2. M. Bielecki, Przesądy antysemickie, Wilno 1909, cytat za: Dzieje Żydów w Polsce. Ideologia antysemicka, 1846­‑1914, red. Z. Borzymińska, A. Żbikowski, Warszawa 1994, s. 66.

3. A. Świętochowski, Liberum veto [w:] „Prawda”, 1897, nr 14, cytat za: Dzieje Żydów w Polsce…, s. 86­‑87.

Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.