Ostrość widzenia czy ślepota, czyli dla kogo ten barak?

Marcin Starnawski, Anna Zawadzka
07.06.2011

Warszawskie Dni Gniewu Społecznego powitały prezydenta Stanów Zjednoczonych „barakami dla Obamy”. Przed pałacem, w którym gościł Barack Obama, a na co dzień urzęduje Bronisław Komorowski, rozstawiono kolorową planszę. Umieszczono na niej niesławny „kontener socjalny”, coś, co przypominało budkę ochroniarską, a także przenośną toaletę. Nad nimi widniał drut kolczasty zakończony wizerunkiem głowy Obamy, a obok toalety umieszczono rysunek klęczącej postaci przypominającej więźnia obozu w Guantanamo. Jak dowiadujemy się z relacji na lewicowym portalu, transparent miał informować, że „gdy władza się bawi i wydaje publiczne pieniądze, władze Warszawy tłumaczą, że nie mają pieniędzy na kwestie takie jak polityka mieszkaniowa”1. Na innym portalu lewicowym czytamy: „Akcja »Baraki dla Obamy« ma na celu zaprezentowanie amerykańskiemu prezydentowi między innymi oferty zasobu komunalnego w stolicy, gdyż Warszawy nie stać na inny rodzaj noclegu dla lokatorów bez tytułu prawnego, takich jak Obama. Dzisiejsza akcja jest »rozgrzewką« przed jutrzejszą główną demonstracją […]”2.

Jako prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama odpowiada za politykę wewnętrzną i zagraniczną tego kraju. Można i należy protestować przeciwko rozpętaniu i kontynuowaniu wojen w Afganistanie i Iraku, przeciwko represjonowaniu krytyków tej imperialistycznej polityki czy przeciwko masowej kampanii łamania praw człowieka określanej jako „wojna z terroryzmem”. Można i należy nagłaśniać fakt, że w Stanach Zjednoczonych więzienia przepełnione są w znacznej mierze ludźmi o kolorze skóry ciemniejszym niż biały, a do tego biednymi, bo penalizowanie i izolowanie to sposób, w jaki kraj ten „radzi sobie” ze sprzecznościami neoliberalnego kapitalizmu i obecnym kryzysem gospodarczym. Można i należy domagać się wypuszczenia amerykańskich więźniów politycznych, nierzadko z cel śmierci. Nikt nie ma już wątpliwości, że rząd Stanów Zjednoczonych powołał do życia ośrodki karne, w których nie obowiązują żadne standardy, nie ma żadnej kontroli zewnętrznej, są za to tortury, znęcanie się i morderstwa. Jedno z takich więzień było na terenie Polski. Polska jest konsekwentnym sojusznikiem Stanów w ich polityce międzynarodowej, służąc swoimi żołnierzami w roli mięsa armatniego i swoim terytorium w roli lokum na brudną robotę.

Jest o czym mówić, jest przeciw czemu protestować. I to głośno. Jednak organizatorzy Dni Gniewu Społecznego postawili na coś jeszcze bardziej skomplikowanego: postanowili wykazać związek między Barackiem Obamą a cenami polskich mieszkań, bandyterką polskich deweloperów, polityką mieszkaniową Hanny Gronkiewicz­‑Waltz. Czemu nie. Prywatyzacja w skali lokalnej nie miałaby szans takiego powodzenia, gdyby nie jej wymiar globalny. W wielu krajach – a z pewnością w Stanach Zjednoczonych – prywatyzacja wyrzuciła tysiące ludzi na bruk. Podobnie jak w Polsce, w Stanach ideologia panująca traktuje prawo własności jak świętość, wartość dużo wyższą niż prawo do mieszkania i innych materialnych podstaw godnego życia wymienionych w artykule 25. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka („Każdy człowiek ma prawo do stopy życiowej zapewniającej zdrowie i dobrobyt jego i jego rodziny, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie [podkreślenie nasze – MS, AZ], opiekę lekarską i konieczne świadczenia socjalne, oraz prawo do ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w inny sposób od niego niezależny”).

Były zatem powody do wyjścia na ulice. Zamiast tego ukuto hasło – a z nim obrazek – prymitywne i pozbawione politycznego charakteru. Co więcej, w swej wymowie bliskie schematom rasistowskim. Zamiast poważnego protestu w poważnych kwestiach, grupa białych ludzi przywitała Obamę ilustracją i tekstem, które kpią z jego wyjątkowo mało „amerykańskiego” imienia. To podobny „żart”, jak ten z wypowiedzi jednego z prawicowych mieszkańców amerykańskiego Południa, który trzy lata temu, w materiale emitowanym przez jedną z angielskojęzycznych telewizji przed decydującym starciem wyborczym, nazwisko kandydata Demokratów skojarzył z terroryzmem, mówiąc: „Obama? Dla mnie to brzmi jak Osama”. Jakiż to fart mieli demonstranci, że trafił im się akurat bara(c)k! Wszak George’em czy choćby spolszczonym Jerzym nie dałoby się tak lingwistycznie zagrać, a i wygonienie w „krzaki” to przecież nie to samo, co zapędzenie do baraku (parę lat temu mogliśmy co najwyżej wzywać, by „nie bushować po Iraku”).

Choć utrzymana w stylistyce szkolnej szatni, gra imieniem nie jest jednak najgorsza. Słowno­‑obrazkowa kompozycja nasuwa dużo gorsze skojarzenie: z budynkami przeznaczonymi dla czarnoskórych niewolników lub ze slumsami współczesnej afroamerykańskiej biedoty. Równie dobrze można było zaproponować Barackowi Obamie przenosiny do „chaty wuja Toma”. Byłby to żart w podobnym stylu.

Wyobraźmy sobie, że ostatnie wybory w Stanach Zjednoczonych wygrała Hillary Clinton, a podczas wizyty w Polsce demonstranci witają ją hasłem sugerującym przenosiny do „burdelu na kółkach”. Albo, że prezydentem tego samego kraju zostaje Żyd i polscy demonstranci wyrażają gniew na amerykański imperializm rymowanką „Żydzi, cała Polska was się wstydzi”. Albo, że w akcie sprzeciwu wobec rasistowskiej i zbrodniczej polityki Izraela, premierowi tego kraju proponuje się „wyprowadzkę do getta”. Zaś jakiegoś nielubianego ministra, który nie ukrywa, że jest gejem, dla wzmocnienia przekazu traktuje się okrzykami „ch…j mu w d…ę”. Ten przekaz „prosty człowiek” zrozumie na pewno! Może ryzykujemy kontrargumenty, że my – akademickie pieszczochy wyperfumowane polityczną poprawnością – niewiele wiemy o języku i skojarzeniach „zwykłych ludzi”. Jesteśmy jednak przekonani, że organizatorzy i organizatorki Dni Gniewu Społecznego bez trudu wyczuliby seksistowskie, antysemickie czy homofobiczne konteksty tych haseł. I nie użyliby ich publicznie, niezależnie od tego, jak bardzo reakcyjne stanowiska polityczne reprezentowaliby ich przeciwnicy.

Zatrzymajmy się zatem na chwilę przy tym rzekomym „prostym człowieku”. Nie chodzi o to, by mówić łagodnie. O pewnych sprawach łagodnie się nie da, bo rzeczywistość społeczna doświadcza ludzi z „łagodnością” buldożera. Chodzi o to, by robić to, nie grając na najbardziej prymitywnych skojarzeniach, nawet jeśli taki przekaz wydaje się wyjątkowo nośny. Czyniąc to – z pewnością nie z intencją rasistowską, ale właśnie dla przykucia uwagi owego wyobrażonego „prostego człowieka” – organizatorzy protestu dają, po pierwsze, wyraz jedynie swoim fantazjom na temat „prostych ludzi”, uważając, że nie zrozumieją oni języka innego niż taki, który operuje skojarzeniami na poziomie podwórkowego szydzenia z imion czy nazwisk. Po drugie zaś (i naszym zdaniem ważniejsze) otwierają drzwi dla konotacji ocierających się o rasizm. Przyjmują założenie, że właśnie taki przekaz trafi do pożądanych przez nich odbiorców i pobudzi ich polityczną wyobraźnię.

Ktoś powie: głupie hasło to drobiazg, nikt nie miał złych intencji, po co semantyczną „wpadkę” podnosić do rangi problemu lewicy? Robimy „z igły widły”, bo niestety prywatne intencje demonstrantów są mniej istotne niż wygenerowany przez nich publicznie przekaz. Ta „wpadka” dobrze obrazuje, że polska lewica antysystemowa nie przemyślała, jaki język kontestacji, a za nim głębsze struktury myślowe, kształtują używane przez nią hasła i obrazy. Musimy sobie zadać pytanie, jakiego rodzaju kulturę polityczną proponujemy.

Znamy wielu aktywistów lewicowych, również współorganizatorów Dni Gniewu Społecznego, i wiemy, że z całą pewnością rasistami nie są. Często otwarcie przeciwstawiają się rasistowskiej polityce i różnym formom ksenofobii (tym przecież jest konsekwentny od lat sprzeciw ruchu antywojennego wobec rasistowskiej ideologii, która przyzwala na zbrodnie wojenne w Afganistanie, Iraku czy Strefie Gazy, bądź torturowanie faktycznych lub domniemanych przeciwników w Guantanamo, Szymanach czy gdziekolwiek indziej). Wiemy, że uczestniczą w sporach o to, czym rasizm jest, skąd się bierze, dlaczego trwa w kulturze przez wiele pokoleń oraz jakiego rodzaju instrumentarium językowe zapewnia mu – przy wciąż zmieniających się formach i obiektach nienawiści – żywotność polityczną.

Aktywiści i aktywistki lewicy dysponują półtorawiekowym dorobkiem myśli krytycznej, w której refleksja nad rasizmem i jego pochodnymi (w tym nad rasizmem na lewicy) zajmuje poczesne miejsce. Wielu z nich doskonale zna – z lektur i wielogodzinnych dyskusji – dylematy związane z uprawianiem radykalnej polityki: od definiowania przeciwnika, poprzez tworzenie języka kontestacji, po ustalanie postulatów i strategii dotyczących konkretnych zmian systemowych. Sprowadzając słuszny gniew wobec zbrodni imperializmu do prostackich żartów, demonstranci wyparli się własnej zdolności i odmówili „zwykłemu człowiekowi” zdolności do rozumowania i artykułowania sprzeciwu politycznego na poziomie innym niż „baraki dla Obamy”. Z żalem przyjmujemy taką taktykę, zastosowaną wszak na naszym wspólnym podwórku. Razi, że Afroamerykanina do baraku wysyłają antyrasiści. Razi też swoisty antyintelektualizm, bo wydaje się nieszczery, gdyż nijak nie przystaje do wnikliwości krytycznych analiz społecznych powstających w tym samym środowisku.

Zatem choć o pewnych sprawach nie da się, a często nawet nie należy, mówić łagodnie, chodzi o to, by robić to bez używania klisz rasistowskich, seksistowskich, orientalistycznych i wszelkich innych, które powielają rodzaje ucisku inne niż ten, z którym się doraźnie walczy. To nie jest takie trudne. Wystarczy myśleć, wystarczy chcieć. A nie uderzać w fakt, że przeciwnik ma specyficznie brzmiące imię, wspierając się przy tym symboliką baraku i drutu kolczastego oraz ignorując kontekst historyczny, jakim jest rasizm z jego hierarchią kolorów skóry i pochodzenia etnicznego. Należy krytykować przywódcę mocarstwa prowadzącego zbrodniczą politykę. Warto jednak mieć na uwadze, że gdy przywódca ten jest czarnoskórym z kraju mającego w swej historii niewolnictwo, segregację i getta nędzy, wówczas propozycja choćby symbolicznego umieszczenia takiego polityka w baraku za drutem kolczastym odebrana zostanie jako kontrowersyjna. I tak w omawianym przez nas przypadku, zamiast antysystemowego gniewu politycznego wyszedł dyskursywny potworek.

Różne wymiary opresji krzyżują się ze sobą. Nie zawsze idą w parze. Zasiadanie w radzie nadzorczej banku nie uchroni kobiety przed przemocą męża i seksualnym szantażem kolegi. Oszukani przez pracodawcę biali mężczyźni rzucą kamieniem w okna wietnamskiego sąsiada, bo „nie jest Polakiem”, a ma pracę. Syryjczyk pracujący na Wall Street od 2001 roku dostaje listy z pogróżkami, bo jest „arabskim terrorystą”. To, że Obama jest odpowiedzialny za imperialistyczną politykę swojego kraju, nie znaczy, że rasizm wypada z gry. Powszechną strategią ludzi, którzy mimo dyskryminacji otrzymali ważne publiczne stanowiska jest kwestionowanie, że w ogóle jakaś dyskryminacja istnieje. Robią tak kobiety u władzy, które, zapytane o seksizm, mówią: „Jaki seksizm? Jestem żywym dowodem, że go nie ma”. Jedna kobieta na milion przyzna, że za sukces musiała zapłacić dużo wyższą cenę niż mężczyźni z jej branży, że musiała być od nich dużo mądrzejsza i bardziej pracowita, by za mądrą i pracowitą zostać przez nich uznaną. Jeden czarny na milion publicznie opowie, jakich żartów musiał wysłuchiwać, by nie popsuć sobie opinii „dobrego kumpla” wśród białych i o ile niższe były jego zarobki.

Tymczasem w pierwszym przemówieniu po wygranych wyborach Obama mówił między innymi: „Mnie zaprząta historia pewnej kobiety głosującej dziś w Atlancie. Nie wyróżniała się zbytnio od reszty tych, którzy dzięki kartce wyborczej chcieli uczynić swój głos słyszalnym, poza jednym – Ann Nixon Cooper ma 106 lat. Urodziła się w pierwszym pokoleniu po zniesieniu niewolnictwa. W tych czasach […] ktoś taki jak ona nie mógł głosować z dwóch przyczyn – bo była kobietą i bo była czarna. […] Gdy zagłuszano głos kobiet i tłumiono ich nadzieje, widziała, jak powstały, przemówiły i sięgnęły po karty do głosowania. […] Widziała też autobusy w Montgomery, sikawki w Birmingham, most w Selmie oraz pastora z Atlanty, który mówił ludziom »We Shall Overcome«”3.

To prawda, że dobry z niego wyciskacz łez. To prawda, że w tym samym przemówieniu wygłosił mnóstwo tyleż chwytliwych, co nieraz bzdurnych, a czasem niebezpiecznych sloganów: o patriotyzmie, o zagrożeniu demokracji, o jedności Ameryki. To prawda, że nie zawsze należy ufać swojemu wzruszeniu. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Zamiast pominąć, zbagatelizować lub zaprzeczyć, Obama podjął wątek dyskryminacji ludności kolorowej. To bardzo ryzykowny gest kogoś, kto sam jest czarny. Wszak samo istnienie rasizmu sprawia, że nie ma ludzi kolorowych mających gwarancję, że ich kolor skóry nigdy nie zostanie wywołany do odpowiedzi.

Wybór pierwszego w dziejach czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych to także – chcąc nie chcąc – część najnowszej historii lewicy. Artykułująca społeczny gniew i głosząca potrzebę emancypacji pokrzywdzonych, lewica może mieć powody do dumy z roli, jaką odgrywa na świecie od ponad dwóch stuleci, dla konserwatystów będąc straszakiem i przestrogą, dla liberałów – wyrzutem sumienia, a dla grup marginalizowanych – nadzieją lepszego jutra. Nieraz może być także dumna z przenikliwości, z jaką analizuje problemy społeczne, piętnuje mechanizmy, które je tworzą, i rzuca wyzwanie władzy żywiącej się wyzyskiem i utrzymywanej przemocą. Jednak, jak widać na przykładzie „baraków dla Obamy”, cienka bywa na lewicy granica między ostrością widzenia a niefortunną ślepotą.


Przypisy:

1. Warszawa: Protesty podczas wizyty Obamy [@:] http://lewica.pl/?id=24528 (data dostępu: 31 maja 2011).

2. Dni Gniewu Społecznego – dzień pierwszy [@:] http://cia.media.pl/dni_gniewu_spolecznego_dzien_pierwszy (data dostępu: 31 maja 2011).

3. Przemówienie Baracka Obamy [@:] http://wyborcza.pl/1,76842,5888254,Przemowienie_Baracka_Obamy.html?as=1&startsz=x (data dostępu: 31 maja 2011).

Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.
Anna Zawadzka – socjolożka, członkini Archiwum Etnograficznego przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, reżyserka filmu dokumentalnego Żydokomuna (2010), autorka blogu To łatwo – feminizm i światło! (http://lewica.pl/blog/zawadzka)