Krótki kapitalistyczny kurs tablicy Mendelejewa

Od złota do krzemu

Jacek Tittenbrun
04.06.2015

Nie ma to być wykład z chemii ani też pogadanka na temat przemysłu chemicznego, aczkolwiek to drugie sformułowanie jest bliższe treści poniższego tekstu. Dotyczy on „podłoża historycznego” – by użyć trafnego wyrażenia przedwojennego socjologa Ludwika Krzywickiego – pewnych współczesnych i, dodajmy, supernowoczesnych struktur. „Zagłębie krzemowe” to jeden z tych zwrotów, o których prawdziwie można rzec, że „trafiły pod strzechy”. Można stawiać, nomen omen, dolary przeciwko orzechom, że nie ma czytelniczki ani czytelnika, którzy by nie widzieli, że jest to – jak zapewnia nas ekonomista – „najbardziej innowacyjny region świata”, skupiony wokół Standford University w Kalifornii.

Ta sama Kalifornia jest w rzeczywistości siedzibą drugiego, równie ważnego – nie tylko symbolicznie – ośrodka kapitalistycznej gospodarki, wiązanego w wielkim stopniu z ideami czy wyobrażeniami, choć zgoła innego rodzaju: hollywoodzkiego przemysłu filmowego. Przypomnienie o tym jest celowe, bo środowisko Hollywoodu wraz z mitologią, jaka je otacza, to równie dobitny przykład tego, co z kolei inny amerykański socjolog, Thorstein Veblen, nazywał ostentacyjną konsumpcją czy też konsumpcją na pokaz. Zewnętrznym, najłatwiej widocznym blichtrem obu tych burżuazyjnych centrów nie będziemy się jednak zajmowali. Natomiast poskrobiemy nieco pod powierzchnią historycznej skorupy, jaką przykryto pewne niewygodne fakty. Istnieje bowiem prosta linia rozwoju – jak znowu mawia się w naukach społecznych, zdeterminowana ścieżka – wiodąca od wydarzeń mających miejsce w połowie dziewiętnastego wieku do tych najbardziej współczesnych. Prześledzenie tej drogi jest pouczające także dlatego, że stanowi jednocześnie skrócony kurs teorii struktury klasowo­‑własnościowej społeczeństwa kapitalistycznego. A przypomnijmy, że Marks – z przesadą niedoceniającą dialektyki rozwoju społeczno­‑historycznego czy jej mechanizmów (czyli przede wszystkim sprzeczności i ich skutków, w tym poliposybilizmu, kondycjonalizmu itp.), którą potrafił posługiwać się tak udatnie – uważał Stany Zjednoczone za modelowe dla pozostałych społeczeństwo burżuazyjne, którego to wzorcowość miała być uwarunkowana w szczególności brakiem feudalnego brzemienia, ciążącego na ojczyźnie rewolucji przemysłowej, Anglii, jak i na Niemczech oraz wielu innych krajach europejskich, nie wspominając już o innych kontynentach. Jest to temat sam w sobie, ale mówiąc w skrócie i powołując się na inny znany Marksowski zwrot, jak bardzo w tym kraju sprawy stoją na głowie w stosunku do większości innych rozwiniętych społeczeństw kapitalistycznych, świadczy – pozytywne, ale spóźnione o epokę, podczas gdy w innych dziedzinach to opóźnienie utrzymuje się w najlepsze (obligatoryjne urlopy, zasiłki macierzyńskie, płaca minimalna, kara śmierci itp. i tak dalej. ) – uchwalenie wreszcie ustawy o powszechnych ubezpieczeniach zdrowotnych, i tak w niewielkim stopniu przypominającej systemy, do jakich przyzwyczaiło swoich obywateli europejskie państwo opiekuńcze. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, podobnie jak Nowa Zelandia, Australia i Kanada (ta ostatnia – byłoby prawdopodobnie słusznie twierdzić – przynależy do danej formacji ekonomicznie, lecz już nie całościowo: jako formacja społeczeństwa wykazuje ona cechy systemu mieszanego, z silniejszymi niż u południowego sąsiada wpływami modelu europejskiego) egzemplifikują formację kapitalizmu akcjonariuszy, w odróżnieniu od kapitalizmu (dla) interesariuszy, przykładami którego są zarówno kraje kontynentalnej Europy, jak i niektóre kraje azjatyckie, przede wszystkim Japonia. Jak wykazano w kilku publikacjach niżej podpisanego, kluczowym faktem jest, że owa systemowa odmienność ma u podstaw różnice w stosunkach ekonomicznej własności. Nie wiem, czy „stratosferyczny lot ptaka” byłby wystarczającym określeniem punktu widzenia tak ogólnego czy abstrakcyjnego, że traci się z pola widzenia owe osobliwości i dostrzega tylko – niewątpliwie obiektywnie występujące – zbieżności w zakresie relacji własnościowych, to jest bazowanie w ostatecznej instancji na prywatnej własności środków gospodarowania.

Słowo na temat tego ostatniego terminu. W strukturalizmie socjoekonomicznym, jaką to nazwę nosi rozwijana od lat ogólna teoria społeczeństwa jako całości obecnego autora, środki produkcji to tylko jeden z występujących w gospodarce środków działalności gospodarczej, w skrócie – pożyczając sformułowanie od Maksa Webera – gospodarowania. Jest wyrazem jakiegoś naiwnego (pan)produkcjonizmu nazywanie wszystkiego, „co się rusza” w gospodarce, środkami produkcji. Sam Marks poświęcił w Kapitale wiele miejsca na wykazanie, jak to transport (towarów, dóbr, nie osób) generuje wartość dodatkową i może być określany jako dalszy ciąg produkcji w sferze cyrkulacji. A jednak sam twórca tej koncepcji nie zaciera bez reszty różnicy między jednym a drugim rodzajem aktywności ekonomicznej czy pracy. Jest oczywiste, że wydobywanie węgla różni się od przewożenia go z przodka na powierzchnię, a tym bardziej dostarczania do składów węgla. W tym większym stopniu dotyczy to porównania produkcji i handlu. Ta pierwsza obejmuje – wedle mojej terminologii – pracę materialną, jaka w handlu występuje jedynie drugoplanowo, w formie pakowania, krojenia towarów itp. jako realnie oddziałujących na dane dobro materialne, w tym sensie zmieniających jego wartość użytkową, co jest dla mnie kryterium pracy materialnej. Zasadniczą treścią pracy w handlu czy też w sferze cyrkulacji towarowo­‑pieniężnej jest natomiast przekształcenie towaru w pieniądz, czyli wartości użytkowej albo potencjalnej wartości wymiennej w faktyczną wartość wymienną, co stanowi konieczny warunek realizacji danego stosunku ekonomicznej własności (towar produkuje się po to, by go sprzedać, a znany cykl kapitału: od produkcyjnego przez towarowy do pieniężnego, nakreślony w Kapitale, zakłada wspomniany moment jako swój nieodłączny element).

W związku z tym właśnie aspektem wybuchła, szczęśliwie dla rzeszy poszukiwaczy, kalifornijska gorączka złota. Miała ona wkrótce zaludnić ten późniejszy trzydziesty pierwszy stan młodego państwa burżuazyjnego (pretendującego początkowo do pozycji regionalnego mocarstwa), zbiegając się z zakończoną zwycięstwem wojną z Meksykiem. Dokładnie mówiąc, pierwszy samorodek znalazł w rzece cieśla James, nomen omen, Marshall (zwraca uwagę przypadkowa, lecz symboliczna, zbieżność z nazwiskiem pułkownika George’a Marshalla, tego od późniejszego planu Marshalla, który, choć w innym sensie, również wywarł znaczny wpływ na historię światowego kapitalizmu), podczas pracy nad tartakiem dla pewnego urodzonego w Niemczech szwajcarskiego przedsiębiorcy i założyciela kolonii o nazwie Nowa Szwajcaria, która później stała się miastem Sacramento.

Wieści o odkryciu zaczęły rozchodzić się najpierw po okolicy, potem po całym kraju, a nawet szerzej. Efekt był co najmniej piorunujący. Kiedy tylko mieszkańcy niewielkiej wówczas osady zwanej San Francisco ujrzeli na własne oczy, że pogłoski były prawdziwe, w sile trzech czwartych całej zbiorowości wyruszyli na poszukiwanie złota. Wkrótce do kalifornijskiego Eldorado zaczęli zjeżdżać poszukiwacze – głównie amatorzy raczej niż amatorki – fortuny z terytorium całego kraju, którzy by dostać się do krainy Xanadu, często wyprzedawali lub zastawiali całe majątki, zapożyczali się w pogoni za bogactwem, jakie zdawało się leżeć na wyciągnięcie ręki.

Zbiorowa migracja męskiej przede wszystkim części ludności miała pewien ciekawy społeczno­‑ekonomiczny skutek – pozostawione samym sobie kobiety musiały zajmować się nie tylko dziećmi, ale i farmami czy warsztatami. W ten sposób „gorączka złota” nolens volens dołożyła cegiełkę do dzieła awansu i wyzwolenia społeczno­‑ekonomicznego kobiet, który to proces miał przed sobą równie trudną drogę jak ta, która wiodła do Kalifornii. Ten ruch wzmógł się w 1849 roku, co doprowadziło do tego, że liczba nierdzennych mieszkańców Kalifornii osiągnęła pod koniec tegoż roku 100 tysięcy, podczas gdy w marcu 1848 wynosiła zaledwie 800 osób, a pod koniec 1848 20 tysięcy.

Tempu napływu amatorów (stosunkowo) łatwych pieniędzy odpowiadała szybkość przekształceń ich kompozycji klasowo­‑własnościowej. Początkowy, heroiczny okres na pierwszy rzut oka mógłby być przedmiotem opisu kogoś takiego, jak autor Etyki protestanckiej, wychwalający ducha kapitalizmu – indywidualistyczny etos ciężkiej, solidnej pracy w wydaniu klasy autokefalicznej, wedle terminologii strukturalizmu socjoekonomicznego. Termin ten zaczerpnięto od Maksa Webera, choć ten odnosił się do sfery religii; jednak jego znaczenie – „jam sobie sterem, żaglem i okrętem” – pasuje jak ulał do podmiotów gospodarujących na własny rachunek, niezależnych w podwójnym sensie: pracujących samodzielnie, to jest bez korzystania z cudzej pracy oraz samodzielnych w znaczeniu niepodlegania zwierzchnictwu nikogo. W literaturze marksistowskiej – i niemałej części piśmiennictwa pozamarksistowskiego – używa się w odniesieniu do tej megaklasy określenia „drobnomieszczaństwo”, co ma pewne niedogodności. Z jednej strony, dosłownie rozumiane, sformułowanie to jest przedmiotowo fałszywe, bardzo często oznacza się tym terminem klasy wiejskie, a nie miejskie. Po drugie, wprawdzie nie oznacza ono aprobaty dla stylu myślenia jakiejś klasy (w szeregach różnych klas i stanów społecznych można, historycznie rzecz biorąc, odnaleźć zarówno nicponiów, jak i herosów, postacie mieniące się wszystkimi barwami etycznej tęczy), jednak siła nacisku stereotypu związana z wzorami literackimi (dulszczyzna) i innymi (kołtuneria) jest tak duża, że można mieć poważne wątpliwości, czy kiedykolwiek uda się uwolnić owo określenie od ciążących na nim – niemal wyłącznie pejoratywnych – skojarzeń. A zatem, mimo że nazwanie kogoś „drobnomieszczaninem” powinno mieć w zasadzie neutralny, jedynie analityczny sens, to w praktyce tak nie jest – odbiera się takie sformułowanie jako negatywny epitet sugerujący różnorakie ułomności i przywary. Ponieważ jest to fakt społeczny (zobiektywizowana natura takich faktów została trafnie ujęta jeszcze przez Émile’a Durkheima), należy się obawiać, że pojedyncze sprostowania wskazujące, na przykład, jak wielka część uczestników polskich powstań narodowych rekrutowała się z członków powyższej megaklasy, nie będą zbyt pomocne. Bardziej skuteczną strategią wydaje się zaproponowanie nowego pojęcia, co właśnie uczyniono w kilku wcześniejszych pracach.

Jednak powyższe nie wyczerpuje charakterystyki położenia własnościowo­‑klasowego grupy, o którą chodzi. W tych kategoriach dadzą się jednoznacznie zakwalifikować jedynie te liczne osoby, które postanowiły pośrednio zarobić na kopaczach, zakładając w pobliżu sklepiki, warsztaty, przedsiębiorstwa przewozowe (pod warunkiem nie zatrudniania nikogo). Natomiast sami kopacze przynależą pod względem własnościowym do innej kategorii – posiadaczy renty górniczej. Podkreślmy – gdyż jest to sprawa powszechnie uświadamiana, a mało co może się z nią równać na skali teoretycznej, a zatem i politycznej oraz ideologicznej doniosłości – że treść kategorii własności ekonomicznej, a lepiej socjoekonomicznej, najdokładniej wyraża pojęcie renty. Rentowa koncepcja własności właściwa strukturalizmowi socjoekonomicznemu podziela pewne elementy ujęcia danej kategorii znane z teorii ekonomii, jednak daleko nie wszystkie. W najprostszym języku ideę rentowej teorii własności można wyrazić za pomocą pojęcia niezarobionego dochodu. W konwencjonalnej ekonomii kategoria renty ekonomicznej jest wszelako uwikłana w szereg problematycznych założeń, wywodzących się neoklasycznej wykładni tej nauki, jaka od wielu lat panuje niepodzielnie na zachodnich uniwersytetach, think tankach, w podręcznikach i tak dalej. Zainteresowani czytelnicy mogą znaleźć szczegółową krytykę tego podejścia w innych pracach autora1. Tu wystarczy zaznaczyć odmienność rozumienia renty charakterystycznego dla owego neoklasycznego, podręcznikowego ujęcia oraz rozumienia przyjętego w ramach wymienionego wyżej generalnego podejścia teoretycznego, dla którego to najistotniejszym atrybutem tak ujętej własności są gratisowe korzyści. „Zasobna kopalnia, wody obfitujące w ryby” zostają przez Marksa wymienione w Kapitale jako źródło „zysku dodatkowego”2.

Oczywiście, aby, jak mówi Marks, „oddzielić od związku z ziemią” te dane przez przyrodę dobra, czy będzie chodziło o węgiel wydobywany w kopalni, czy o ryby łowione w jeziorze, czy drzewa ścinane w lesie, czy wreszcie złoto, konieczne jest wykonanie przez człowieka określonej pracy. Lecz zawsze uzyskuje się tu coś więcej niż tylko równoważnik własnej pracy. Trudno wszak porównywać czyjąś pracę z milionami lat, jakie zabrało przyrodzie wytworzenie w zasadzie z szczątków dinozaurów złóż ropy naftowej, podstawowego – na dobre lub na złe – źródła energii.

Gwoli akademickiego puryzmu, zauważmy, że poglądy czy też sformułowania autora „Kapitału” stanowiły tylko jedno ze źródeł wspomnianej koncepcji. Było to niewątpliwie źródło najbardziej – z punktu widzenia niżej podpisanego – wartościowe, a zastrzeżenie powyższe wnosi się jedynie dla podkreślenia, że ten ostatni zdaje sobie sprawę z wielości i różnorodności wypowiedzi Marksowskich dotyczących kwestii własności, a nie wyrażających bynajmniej jakiegoś jednolitego stanowiska teoretycznego. Jedna przyczyna wiąże się z trafnie tak określonym przez Louisa Althussera zerwaniem epistemologicznym [między wczesnymi i późnymi pismami Marksa – przyp. red.]. Chodzi o towarzyszący wielu błyskotliwym intuicjom i głębokim obserwacjom na temat kapitalistycznej rzeczywistości idealizm, jaki przepaja pisma młodego Marksa. Sprawia on, między innymi, że, wedle manuskryptów paryskich, własność prywatna, podobnie jak pieniądz, kapitał i wszystkie inne kategorie ekonomii politycznej (której własną interpretacją w tym czasie autor nie dysponował) jawią się jako wyprowadzalne z fundamentalnego faktu alienacji3, która to kategoria już wkrótce będzie przez Marksa i Engelsa wyszydzana jako przejaw ich utrzymującej się zależności od ideologii filozoficznej, czyli właśnie idealizmu. Ale nie ma tu automatycznie przejścia od jednego etapu do drugiego; wykluwanie się dojrzałego materializmu historycznego trwało znacznie dłużej niż narodziny bogini mądrości, która jak wiadomo wyskoczyła po prosu z głowy Zeusa.

Dlatego i w tych przejściowych pracach, w jakich znajdują się ustępy często cytowane jako wręcz typowe dla materialistyczno­‑dziejowego ujęcia procesu społeczno­‑historycznego, znaleźć można sformułowania bardziej problematyczne. Na przykład cytatolodzy bez trudu potrafią wskazać w pismach Marksa stwierdzenia, których istotnie trudno nie interpretować jako świadectwa prawnego ujęcia własności. W pracach autora niniejszego artykułu4 interpretuje się Marksowską czy też materialistyczno­‑historyczną teorię własności nie tyle na podstawie wyrywkowo wybranych cytatów czy wypowiedzi, co w oparciu o kompleksową analizę Marksowskiej koncepcji ruchu obrotowego kapitału, u czego podstaw leży przekonanie, że takie właśnie ujęcie jest najbardziej płodne z punktu widzenia znaczenia spuścizny Marksa dla współczesnych badań nad własnością. Przesłanką tej analizy jest oczywiście określone rozumienie kapitału – nie tylko jako stosunku socjoekonomicznego, ale takiego, którego treścią jest – wedle, jak uważam, stanowiska samego Marksa – zawłaszczanie: pracy ludzkiej, produktu, wartości i tak dalej. Rentę przyrodniczą zawłaszczają także bohaterowie dotychczasowej opowieści – kopacze złota.

Podajmy tylko kilka podstawowych faktów potwierdzających zachodzenie danego stosunku socjoekonomicznego. Tak zwane stare złoża złota dostarczają 50­‑80 procent światowej produkcji złota. Występują one w skałach zmetamorfizowanych, głównie zieleńcach, o zróżnicowanym wieku od prekambru do trzeciorzędu. Źródła złota to procesy magmowe, metamorficzne, cyrkulacja wód meteorycznych. Średnia wielkość zasobów wynosi 6­‑60 ton złota, największe złoża do 1000 ton. Największe złoża to Mother Lodge i Grass Valley w Kalifornii.

Wyrażenie „renta przyrodnicza” nie ma w żadnym razie sugerować, że mamy do czynienia z jakimś naturalnym procesem w sensie objaśnialnym w naturalistycznych, pozaspołecznych kategoriach. Nic bardziej błędnego. Wszelkie stosunki własności mają charakter socjoekonomiczny, są głęboko osadzone w konkretnym kontekście społeczno­‑historycznym. Jak wiadomo na podstawie źródeł historycznych, wśród tych, którzy zdołali się – że odezwiemy się niezupełnie elegancko, mając na usprawiedliwienie to, że czasy, o jakich mowa, były wszystkim, tylko nie uosobieniem elegancji – załapać się na pierwszą falę kalifornijskich poszukiwaczy, było bodaj stosunkowo najwięcej takich, którym udało się dorobić majątku. Później było już znacznie trudniej.

Już w 1850 roku łatwo dostępne, leżące na powierzchni ziemi zasoby złota w Kalifornii uległy w zasadzie wyczerpaniu. Z punktu widzenia sposobu produkcji i organicznie z nim związanej struktury klasowej oznaczało to dramatyczną przemianę – dotychczasowi niezależni poszukiwacze przeistaczali się w pracowników najemnych kapitalistycznych przedsiębiorców lokujących swój kapitał w gałęzi, jaka stawała się przemysłem z prawdziwego zdarzenia. W szczególności można tu wymienić stosowanie wynalezionej w 1853 roku hydraulicznej metody wydobywania omawianego metalu, jakże odmienne od dawniejszych technik opartych na skromnym sprzęcie rzemieślniczym.

Tu warto zrobić pauzę aby wspomnieć o początkach kariery jednej z postaci z panteonu amerykańskiego kapitalizmu. Leland Stanford budowanie swojej wielkiej fortuny rozpoczął właśnie od dostaw prostego sprzętu górniczego dla kopaczy złota w Kalifornii. Ten kapitalistyczny mnożnik uobecnił się zresztą w wielu innych przypadkach, na tyle często, by móc tu mówić o pewnej prawidłowości. Zmiany, o jakich wspominano, oznaczały, że z biegiem czasu coraz trudniej było wejść w posiadanie majątku poprzez bezpośrednią pogoń za coraz trudniej dostępnym drogocennym kruszcem, a stosunkowo łatwiej dało się zarobić pośrednio – dostarczając górnikom różnych niezbędnych dóbr i usług. Przy obozowiskach poszukiwaczy złota wykwitały zatem jak grzyby po deszczu bary, saloony, domy, które będąc własnością prywatną, określane były na przekór temu jako publiczne. Spośród rozwijających się branż przemysłu, które swą prosperity zawdzięczają gorączce złota, można wymienić, między innymi, przemysł odzieżowy, a szczególnie najsłynniejszą markę dżinsów pod słońcem, o jakich każdy słyszał, jeśli sam ich nie nosił, ulegając dyskretnemu urokowi Dzikiego Zachodu, westernów itp.

Natomiast wspomniany wyżej Stanford szybko nabrał nowego oddechu, stając się czołowym przedsiębiorcą kolejowym kontynentu. Kiedy już się wystarczająco dorobił – zgodnie z amerykańską tradycją, uosabianą przez Carnegiego, mającego na koncie strzelanie z karabinów maszynowych do strajkujących robotników, czy przez innych tak zwanych zbójeckich baronów w rodzaju Johna Rockefellera – próbował oczyścić swój publiczny wizerunek i prawdopodobnie przy okazji sumienie, fundując na fundamentach swej niemałej fortuny uniwersytet. Uniwersytet Stanforda w Kalifornii nieodmiennie mieści się w pierwszej dwójce najbardziej prestiżowych uczelni amerykańskich, a dla naszych celów szczególną doniosłość ma fakt, że to właśnie on, żaden inny, stał się ośrodkiem, wokół którego wyrosło skupisko firm nazwane później Doliną Krzemową.

Miast zwykłej w takich przypadkach, i prawdę mówiąc raczej teoretycznie jałowej, porcji zachwytów nad przedsiębiorczością, potencjałem intelektualnym, innowacyjnością i innymi walorami tego centrum, rzućmy raczej nieco światła na pewne charakterystyczne, z socjoekonomicznego punktu widzenia, własnościowe mechanizmy stanowiące siłę napędową Krzemowej Doliny.

Czynnik ten był już wzmiankowany powyżej, ale pojawienie się na scenie czołowego ośrodka produkcji i reprodukcji nauki uwypukla rolę zespołu stosunków własnościowych, których rentowy charakter przybliża je do sił przyrody. „Z nauką jest tak samo jak z siłami przyrody. Prawo o odchyleniu igły magnetycznej w polu działania prądu elektrycznego lub prawo, że prąd elektryczny przebiegający dokoła sztaby żelaznej wzbudza w niej magnetyzm – nazajutrz po odkryciu nie kosztuje już ani szeląga5.

Taki jest zasadniczy mechanizm ekonomicznego funkcjonowanie historycznie kumulującego się zasobu wiedzy naukowej. Nietrudno, na przykład, wpisać na listę beneficjentów odkryć wielkich fizyków przeszłości jedną z wybitnych postaci wczesnej, heroicznej epoki Doliny Krzemowej, Williama B. Shockleya. W 1956 roku ten współwynalazca tranzystora założył Shockley Transistor Laboratory. Ta też firma odegrała przełomową rolę w powstaniu całej sieci przedsiębiorstw najczęściej wysokozaawansowanych technicznie gałęzi, jakie utworzyły Silicon Valley. Znamienna jest rola w tej genezie stosunków klasowych, a nawet walki klas. Rzecz w tym, że konflikt załogi z właścicielem spowodował odejście z przedsiębiorstwa w 1957 roku części pracowników, którzy założyli Fairchild Semiconductor, firmę, która przez pączkowanie zainicjowała przekształcenie stanfordzkiego parku przemysłowego w prawdziwą wylęgarnię przedsiębiorstw gatunku high­‑tech.

Inny ważny stosunek własnościowy, którego roli w powstaniu (nie tylko zresztą) obecnie omawianego centrum tak zwanej nowej gospodarki czy, jak się powiada jeszcze mniej precyzyjnie, „gospodarki wiedzy” (lepsze, choć też nie doskonałe jest już określenie gospodarki opartej na nauce) nie da się pominąć, dotyczy uwarunkowania przez własność publiczną, w tym fiducjarną, jak ochrzciłem pulę budżetowego czy fiskalnego majątku zasilanego z podatków i tym podobnych dochodów państwa. Przepływy funduszy na tej linii odgrywają doniosłą rolę w funkcjonowaniu opartych na nauce struktur własności prywatnej. I nie przeszkadza temu fakt, że Stanford University nie należy, jak wynika z powyższego, do sektora publicznego – mylnie nazywanego czasem państwowym (mylnie dlatego że określenie „państwa” jako właściciela wywodzi się z prawniczej doktryny własności, gdzie – i tylko tam – ma sens formuła osoby prawnej; życie społeczne nie ma na sobie nijakiej mistycznej skorupy w formie drugiej warstwy czy nadbudowy drugiego gatunku „osób” obok tak zwanych przez prawo osób fizycznych, czyli konkretnych jednostek ludzkich, a jakie one – oraz ich grupy, zbiorowości – mogą być, socjoekonomicznie rzecz biorąc, podmiotami własności).

Wagę tę mogą poświadczać – w naszym przypadku – takie fakty jak ten, że już po zgonie założyciela państwo wstąpiło na drogę prawną przeciwko funduszowi spadkowemu zmarłego magnata w celu odzyskania 15 milionów dolarów. Państwo wycofało się ostatecznie ze swego pozwu, rezygnując z roszczeń w 1895 roku, dla uczczenia czego ogłoszono na uczelni dzień wolny od zajęć6. Absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Stanforda z 1896 roku George E. Crothers został najbliższym doradcą dziedziczki majątku, wdowy Jane Stanford – wraz z innym absolwentem tego samego wydziału i swym bratem, praktykującym prawnikiem Tomaszem załatwił swojej protektorce we władzach stanowych zwolnienie od opodatkowania7, które pozwoliło pani Jane Stanford na – w domyśle obopólnie korzystne – przekazanie uczelni darowizny w formie swego pakietu akcji.

Rozumieć należy, że tolerancyjna postawa władz była jak najbardziej wskazana wobec najwidoczniej raczej rozchwianej osobowości ekscentrycznej wdowy, która wyraźnie traktowała uczelnię jako swój osobisty folwark i źródło zaspokajania najdzikszych zachcianek. I tak, z jej woli studenci uniwersytetu musieli przyswajać sobie prawdę, której próżno szukać w akademickich podręcznikach i której też dlatego oszczędzono mniej szczęśliwym ich kolegom z innych uczelni, wedle której w każdej istocie ludzkiej tkwi tajemniczy zarodek decydujący o jej losach, a także – jesteśmy wszak w pobożnej Ameryce – o życiu wiecznym. Właśnie o charakterze jej, jak się okazuje, purytańskiego światopoglądu świadczy kolejna decyzja, w wyniku której adepci sztuk pięknych mogli wprawdzie szkicować sobie kwiatki, lecz nie nagie modele bądź modelki.

Decyzją Jane Stanford na terenie campusu uniwersyteckiego nie mógł też powstać żaden szpital, gdyż jej zdaniem mogłoby to nasuwać podejrzenia, że zdrowie wspólnoty akademickiej nie przedstawia się najlepiej8, co z punktu widzenia publicity oraz marketingu byłoby fatalną reklamą. Nie wiemy, czy pani Stanford była „zielona”, czy też należała do Amiszów, a może jeszcze co innego; w każdym razie na teren uniwersytetu nie miały także wstępu samochody, co miało zapewne bardzo korzystny wpływ na powyżej wspomniany stan zdrowia. Nie oznacza to przekreślania obiektywnej wagi wkładu obojga Stanfordów na rzecz uniwersytetu i tym samym, pośrednio, na rzecz amerykańskiego i nie tylko kapitalizmu. W sumie przekazali oni uczelni majątek wartości około 40 milionów dolarów9, co na dzisiejsze pieniądze wyniosłoby ponad miliard.

Wracając do produkcji materialnej rodzaju, jakiemu poświęcono największą część wcześniejszego tekstu, wydobycie złota kontynuowano w latach pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, ale swoje apogeum osiągnęło ono w 1852 roku, kiedy to wydobyto go za 81 milionów dolarów. Odtąd roczny uzysk obniżał się stale, stabilizując się na poziomie 45 milionów dolarów w 1857 roku. Osiedlanie się w Kalifornii trwało jednak nadal, doprowadzając do podniesienia stanu zaludnienia do 380 tysięcy ludzi pod koniec dekady. Pod koniec 1849 roku ludność nierdzenna na terytorium Kalifornii liczyła około 100 tysięcy w porównaniu do niecałego tysiąca przed 1848 rokiem. W sumie, gorączka złota zakończyła się wydobyciem tego metalu wartości 2 miliardów dolarów (z kulminacją w 1852 roku).

Nie tylko skala ilościowa różniła nowoczesne (i bardzo, dodajmy, zyskowne) procesy produkcji od starych. Jednym ze znamiennych aspektów jakościowych nowej technologii było stosowanie, między innymi, rtęci, jaka – warto sobie uświadomić – do dzisiejszego dnia znajduje się w rzekach słonecznej krainy. W latach siedemdziesiątych popularny hippisowski zespół The Mamas & The Papas nagrał utwór, którego chwytliwa melodia i urokliwe wykonanie uczyniły jednym z evergreenów, nie starzejących się przebojów chętnie słuchanych przez każde nowe pokolenie słuchaczy. California Dreaming odnosiło się w zamyśle do ówczesnej mekki dzieci kwiatów, wolnej miłości itp., czyli San Francisco, ale jak wynika z powyższego, by posłużyć się innym słynnym tytułem z rockowej kolekcji, historia tego miasta i całego regionu ma swoją „ciemną stronę księżyca”. Owo wstydliwe zaciemnienie – z punktu widzenia ówczesnych i późniejszych beneficjentów opisywanych stosunków – w jeszcze większym stopniu niż ekologii dotyczy socjologii.

Rdzenni mieszkańcy obszarów, o jakich tu mowa, utrzymywali się z hodowli bydła, rolnictwa i łowiectwa. Napływ mas imigrantów, mających de facto własnościowe roszczenia do terytorium, jakiego prawowitymi (choć rzecz jasna bez prawnej tego sankcji w jakichkolwiek dokumentach) właścicielami były miejscowe plemiona indiańskie, musiał doprowadzić do starcia, którego wynik był przesądzony. Temu, że ludy dawniej zwane indiańskimi wydały tak niewielu intelektualnych rzeczników swej sprawy – ze swego lub innego grona – zawdzięczamy najprawdopodobniej fakt nader rzadkiego, jeśli w ogóle występującego, określania mającej w tych czasach miejsce nie tylko w Kalifornii masowej eksterminacji terminem „ludobójstwo”. Żałosny los spotkał również tych, którym jakimś cudem udało się przeżyć polowania na ludzi i bizony oraz inne podobne świadectwa wyższości cywilizacyjnej białych ludzi. Zostali oni pozbawieni własności siły roboczej. A niedobitki tej ustrojowej transformacji zagoniono do rezerwatów, na oko zapewne różnych od obozów koncentracyjnych. I tylko czasem jakiś bluesman, taki jak Otis Taylor, zaśpiewa smętnie o tym, jak naprawdę wygląda życie w tych elegancko nazwanych miejscach. Jeśli chodzi o wytworność nomenklatury, to Amerykanie już wiele razy okazali, że mało kto może się z nimi równać. No bo kto by wpadł na równie znakomity pomysł upamiętnienia takich wydarzeń, jak ochrzczenie czołowej drużyny narodowego sportu, czyli futbolu amerykańskiego, „czerwonoskórymi” (Washinton Redskins)?

Unikaniu takiej kwalifikacji – w publicznej, a zwłaszcza amerykańskiej optyce historii – znakomicie sprzyja fakt ekonomicznej motywacji wspomnianych działań dzielnych konkwistadorów. Holocaust, rzeź Ormian przez Turków i tym podobne z trudem dają się interpretować jako działania celowo­‑racjonalne w sensie ekonomicznym. Tymczasem w odniesieniu do kolonizacji zajmowanych przez siebie ziem Amerykanie przyjęli – na ogół rzecz biorąc, bo naturalnie istnieją rewizjoniści, nie uznający tej konwencjonalnej mądrości – pogląd, wedle którego, jak powiada popularna Wikipedia, „większość stanu była ziemią niczyją”. Jest to oczywiście klasyczne wyłożenie jurydyczno­‑doktrynalnego punktu widzenia na własność. To prawda, że ludy plemienne nie legitymowały się żadnym dokumentem ważnym w świetle prawa, potwierdzającym ich tytuł do terenów, na których żyły i zdobywały środki utrzymania. Podstawowy problem z takim twierdzeniem stanowi wszakże błędne koło w rozumowaniu. Indianie nie posiadali praw, bo nikt im ich nie przyznał, ale ówczesny Dziki Zachód był wszystkim, tylko nie krainą panowania prawa. Dla osadników jedynym prawem było prawo kaduka, czy lepiej pięści i colta. Nie istniały żadne zestandaryzowane normy pisane dotyczące jakiejkolwiek dziedziny życia, które w dodatku dałyby się egzekwować. Co najmniej do 1850 roku nie było na terytorium, o jakim mowa, żadnej administracji ani prawa cywilnego.

Brak systemu własności w znaczeniu prawnym nie oznacza naturalnie nieistnienia własności w ogóle. Zadali temu mitowi kłam skądinąd sami osadnicy, dowodząc, że prawo może być skutecznie zastąpione przez obyczaj. Szkopuł jedynie, rzecz jasna, w tym, że w sensie pozytywnym tego rodzaju obyczaje wchodziły w grę jedynie względem ludności napływowej. Poszukiwacze złota wykształcili specyficzny obyczaj – pośredni między zasiedzeniem a normą „kto pierwszy, ten lepszy”: można było szukać złota na każdej niezajętej działce, ale jej opuszczenie równało się rezygnacji z prawa do wydobycia na tym obszarze.

Nie chodzi więc bynajmniej tylko o zniszczenie środowiska naturalnego przez rzesze wyznawców nie tyle etyki protestanckiej – jak by chcieliby Max Weber, Benjamin Franklin i tysiące innych ideologicznych reprezentantów kapitalistycznego sposobu produkcji – co kultu Baala. Z uwagi na doniosłość tej kwestii, potrzebne jest słowo komentarza. Doktryna, której potocznym ucieleśnieniem jest tak zwany American dream, zakładająca, że w kapitalizmie czy – bo tego terminu raczej się unika – w społeczeństwie rynkowym jednostka może i faktycznie dorabia się na własną rękę dzięki swej pracowitości, oszczędności, solidności i tym podobnym cnotom z burżuazyjnego dekalogu, należy do sfery mitologii. Dajmy fory jej zwolennikom i dla ich wygody usuńmy tymczasowo z obrazu struktury klasowej – naturalnie nieusuwalnie tam tkwiące – klasy pracownicze. Zapomnijmy także o stanach społecznych, czyli grupach funkcjonujących w sferze pozaekonomicznej. Aby sobie maksymalnie zadanie utrudnić, a przeciwnikom, odwrotnie, maksymalnie ułatwić (w myśl maksymy Nietzschego o konieczności uzbrajania swego przeciwnika w najcięższą i najmocniejszą zbroję, aby utrudnić sobie atak), ograniczmy się do klas właścicielskich, i to tych, które nie wykorzystują cudzej pracy.

Weźmy tedy na początek, by użyć obiegowej terminologii, farmerów, rolników, pojmowanych tutaj jako samodzielnie gospodarujących na własnym lub dzierżawionym (w ramach strukturalizmu socjoekonomicznego kwalifikuje się to jako „półwłasność”, ponieważ wyklucza możność zbycia i w ten sposób spieniężenia przedmiotu własności) gruncie. To, że przedstawiciel badanej klasy nie przywłaszcza sobie bezpośrednio pracy innych, nie oznacza jednak, że nie jest podmiotem własności w rentowym rozumieniu tego słowa. „W rolnictwie ziemia w swoich chemicznych i tak dalej działaniach sama jest maszyną, która czyni pracę produkcyjną bardziej produktywną i dlatego daje nadwyżkę, że stosuje się tu maszynę, a mianowicie – maszynę przyrodniczą”10. „W rolnictwie, w jego formach przedkapitalistycznych praca ludzka występuje raczej tylko jako pomocnica procesu przyrodniczego, który nie jest przez nią kontrolowany”11. Trudno wyraźniej wskazać na sugerowaną wyżej ekonomiczną naturę ziemi jako rolniczego środka produkcji. Jeśli zaś chodzi o odpowiedników klasy chłopskiej w rzemiośle, to narzędzie pracy ręcznej – jak częściowo pokazuje Marks w Kapitale – zakłada wprawdzie mniejszy zakres darmowych korzyści dla jego posiadacza i użytkownika, niż ma to miejsce w przypadku maszyny, ale można dowieść, że jest to diapazon na tyle wystarczający, by w pełni kwalifikować się jako renta. Można tu wspomnieć choćby o empirycznej, co najmniej przednaukowej wiedzy i doświadczeniu ucieleśnionym w narzędziach pracy ręcznej, jakie to tradycyjnie przekazywano z pokolenia na pokolenie – taki łańcuch oznacza zaś korzystanie z wiedzy niegdyś wytworzonej, zdobytej przez najczęściej anonimowych przodków czy poprzedników. Jak wzmiankowano, w odniesieniu do maszyn rola tego pierwiastka jest bardziej wyraźna ze względu na większą – przeciętnie rzecz biorąc – rolę wiedzy naukowej (badań podstawowych i stosowanych, jakie mogły mieć mieć miejsce dawno temu, a mimo to po upływie wielu lat nadal korzysta się z tych dawnych odkryć i wynalazków). A to rzecz jasna tylko niektóre aspekty świadczące o obecności rent w ramach danych stosunków własnościowych.

Dla jasności, pozapracowe korzyści uzyskuje również każdy posiadacz siły roboczej, a powód, dla którego nie włączyliśmy klas pracowniczych do powyższej analizy, to chęć zachowania czystości argumentacji, mogącej ulec zakłóceniu w wypadku włączenia do jednej rubryki tych dwóch fundamentalnie różnych typów właścicieli. Takie ujęcie życia społecznego zakłada – wbrew temu, co się czasem uważa – uwzględnianie zarówno różnic, tego co osobliwe w poszczególnych badanych strukturach czy zjawiskach, jak i tego co im wspólne, co je łączy12. W odniesieniu do naszej problematyki ma to zastosowanie o tyle, że kalifornijska nie była bynajmniej jedyną gorączką złota na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie mówiąc już o Ameryce Północnej. Ze względu na znaczne podobieństwo scenariusza rozwoju wydarzeń zatrzymajmy się jedynie na dwóch takich spektakularnych trendach – jednym wcześniejszym, a drugim późniejszym od tego związanego z wypadkami w Kalifornii.

Wśród imigrantów przybywających do Kalifornii w poszukiwaniu fortuny znaleźli się, między innymi, w niemałej liczbie, kopacze złota, stanowiący niejako spadek po poprzedniej gorączce złota, która miała miejsce w Georgii. Szacuje się, że z Georgii od 1828 do połowy XX w., kiedy to zaprzestano wydobycia na skalę przemysłową, pochodziło 24000 kg złota13. Do 1830 roku na obszarze od Blairsville na północy do hrabstwa Cherokee na południu wydobywano już 8,5 kg złota dziennie. Mennica filadelfijska otrzymała z Georgii 212 tysięcy dolarów w złocie w 1830 roku14. W 1831 roku między 6 a 10 tysięcy górników pracowało na terenach pomiędzy rzekami Chestatee i Etowah.

Wzmożony napływ przybyszy z innej formacji i cywilizacji nie mógł nie doprowadzić do tarć z miejscową ludnością z plemienia Czirokezów, kulminacją których stała się, motywowana oczywiście ekonomicznie, czystka etniczna: przymusowe wywłaszczenie i eksmisja Indian z zajmowanych przez nich dotąd ziem, znana jako „szlak łez”. Prezydent Andrew Jackson podpisał w 1830 roku Indian Removal Act, która to ustawa zezwalała na przejmowanie między innymi złotonośnych terenów. Czirokezi zwrócili się do sądu federalnego w nadziei uniknięcia aktu przemocy pozaekonomicznej, zastosowanego w celach ekonomicznych. Chcieli obronić się przed wyrzuceniem z krainy przodków. Sąd Najwyższy początkowo, w 1831 roku wydał wyrok przychylny dla władz stanowych, lecz w następnym roku poczuł się zmuszony do odwrócenia tej decyzji i uznania Czirokezów za suwerenny podmiot, posiadający określone prawa terytorialne. Prezydent Jackson, otwarcie ignorując to orzeczenie, i, tym samym, podważając konstytucjonalny podział władz, nakazał kontynuację usuwania Indian ze złotonośnych terytoriów.

Te posunięcia miały bardzo wymierne rezultaty. Mennica w Filadelfii otrzymała w 1832 roku ponad pół miliona dolarów w złocie15. Władze stanowe urządziły zaś w 1832 roku interesującą z własnościowego punktu widzenia „złotą” loterię, przydzielając każdemu z jej zwycięzców działki o wielkości 40 akrów (16 ha) pochodzące z terenów zrabowanym zrabowanych Indianom. Widać zatem zastanawiającą zbieżność reprodukujących się przez stulecia metod akumulacji pierwotnej – wiele okoliczności się różni, ale podobieństwo do ogradzania znanego z pierwszego klasycznego okresu pierwotnej akumulacji kapitału jest wymowne. W latach 1830­‑1837 mennica filadelfijska uzyskała w złocie 1098900 dolarów. W 1838 roku ustanowiono decyzją Kongresu nową mennicę

Z kolei terytorium Kolorado u stóp Gór Skalistych stało się miejscem poszukiwań złota prawie dokładnie 10 lat po wybuchu gorączki w Kalifornii. Kolejnym łącznikiem wiążącym ze sobą opisywane wydarzenia stał się fakt, iż pierwsi złoto znaleźli tam „fortyninersi” (fourty­‑niners), jak nazywano klasyczną kohortę poszukiwaczy z Kalifornii, od rocznika szczytowego zainteresowania tą szczególną rentą metalową w kalifornijskim wydaniu.

Wiadomości o odkryciu (dokładnie w miejscu, gdzie dzisiaj leży miasto Denver) spowodowały, że do Gór Skalistych zaczęli napływać imigranci. Wywołało to konflikty z miejscowymi plemionami indiańskimi, z których wiele uważało góry za święte miejsce. Nawet pobieżna znajomość historii kraju, o którym mowa, wystarczy dla zrozumienia, jak niewielki wpływ musiało to wywrzeć na tych wewnętrznych kolonizatorów i terminatorów, którzy, ogarnięci gorączką (wszak greed is good), toczyli z rdzennymi mieszkańcami tych terenów zacięte walki i wypierali ich stopniowo z Kolorado, w nagrodę dorabiając się w historiografii przydomka fifty­‑niners (od roku 1859). Wzrost liczby ludności spowodował utworzenie Terytorium Kolorado w 1861 roku, które w 1876 przystąpiło do Unii jako trzydziesty ósmy stan. Jako pikantny szczegół można podać, że na pamiątkę tych wiekopomnych wydarzeń drużyna NBA z Denver nazywa się „Nuggets”, czyli samorodki złota.

Przebieg gorączki w Kolorado był w zasadzie analogiczny do tej z Kalifornii: raptowny napływ dużej liczby imigrantów, wygaśnięcie gorączki po kilku latach i przekształcenie wydobycia amatorskiego z położonych na powierzchni żył w przemysłowe pozyskiwanie kruszcu z głębiej leżących rud, zaś tym przemianom demograficzno­‑technologicznym towarzyszyły odpowiednie przekształcenia klasowo­‑własnościowe. W ogólniejszym planie, gorączki złota na Dzikim Zachodzie spowodowały gwałtowne przyspieszenie kolonizacji wnętrza kontynentu oraz, w szczególności, zachodniego wybrzeża. Przyspieszyły też upadek Indian prerii, którzy z półosiadłych i wędrownych ludów w ciągu jednego pokolenia stali się zamkniętymi w rezerwatach obywatelami drugiej kategorii i to mimo – warto przypomnieć – licznych sukcesów w walce z „białymi”, jak choćby w bitwie nad Little Big Horn.

Jeszcze inaczej przedstawiają się następstwa rozważanych tu procesów w skali światowej. Jak w wielu innych przypadkach, nie ma tu prostego jednolinowego przejścia między skutkami wewnętrznymi a zewnętrznymi. Choć i wśród tych pierwszych, jak mogliśmy się przekonać, da się rozpoznać pewne zjawiska w horyzoncie dziejowym raczej dodatnie, to wśród międzynarodowych implikacji wzrostu podaży złota więcej było – z punktu widzenia klas i stanów nieuprzywilejowanych – pozytywów. Przy systemie pieniężnym opartym na kruszcu, właśnie nagły dopływ dużej ilości złota na rynek musiał wywrzeć wpływ na ceny i pośrednio płace realne. To zaś, rzecz jasna, nie przenosi się automatycznie na ocenę wypadków, jakie uruchomiły ten ciąg wydarzeń. Nie tylko taki rezultat można osiągnąć na wiele innych sposobów, ale – i to przede wszystkim – podstawowym obramowaniem systemowym krajobrazu w jakim rozgrywają się odmalowywane wydarzenia pozostaje formacja burżuazyjna, która – Marks słusznie zdawał sobie sprawę – nie jest żadnym kresem historii.

Przypisy:

1. Zob. J. Tittenbrun, Economy In Society: Economic Sociology Reconsidered, Cambridge Scholars Publishing, Cambridge 2011; tegoż, Ownership and Social Differentiation: Understandings and Misunderstandings, Lambert Academic Press, Saarbrucken 2011; Anti­‑Capital: Human, Social and Cultural. The Mesmerising Misnomers, Ashgate 2013; The Middle Riddle: Class and Stratification in Scholarly Theory, vol. II., Nova Science Publishers, New York 2015.

2. K. Marks, Kapitał, t. 3, część 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1959, s. 348.

3. Zob. szerzej: J. Tittenbrun, Alienacja w myśli Karola Marksa, „Principia”, 2000, t. 27­‑28, s. 325­‑348.

4. Zob. na przykład J. Tittenbrun, Gospodarka w społeczeństwie. Wprowadzenie do strukturalizmu socjoekonomicznego, Zysk i S­‑ka, Poznań 2013.

5. K. Marks, F. Engels, Dzieła, tom 23 (Kapitał, tom 1), Książka i Wiedza, Warszawa 1968, s. 457 (podkreślenie – J.T.).

6. R. Nilan, „Jane Lathrop Stanford and the Domestication of Stanford University, 1893­‑1905”, San Jose Studies, 1979, 5(1), s. 7­‑30.

7. G.E. Osborne, Judge George Edward Crothers, 1870­‑1957, „Stanford Law Review”, 1957, 10(1), s. 1­‑3.

8. K. Starr, „Life Among the Best and Truest: David Starr Jordan and the Founding of Stanford University”, Americans and the California Dream, Oxford University Press, Oxford 1973, s. 329.

9. Stanford Estate Worth Seven Millions, „The Evening News”, 1905, April 5.

10. K. Marks, Teorie wartości dodatkowej, część 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1965 s. 651­‑652.

11. K. Marks, F. Engels, 1973, s. 553.

12. Zob. szerzej między innymi J. Tittenbrun, Działanie i praca czyli o dwóch koncepcjach ogólności, „Studia Filozoficzne”, 1979, 11, s. 51­‑58.

13. H. Koschmann, M.H. Bergendahl, Principal Gold­‑Producing Districts of the United States, US Geological Survey, Professional Paper 610, 1968, s. 119

14. D. Williams, The Georgia Gold Rush: Twenty­‑Niners, Cherokees, and Gold Fevers, University of South Carolina Press, Columbia 1993, s. 28

15. Tamże.

16. Tamże, s. 80.