Pułapki tworzenia kobiecej partii politycznej

Marta Trawinska
07.01.2007

W listopadzie 2006 roku Manuela Gretkowska na łamach „Przekroju” wezwała kobiety i „światłych mężczyzn” do utworzenia kobiecej partii politycznej, która poprzez zdobycie Sejmu dałaby odpór męskiej hegemonii. Pisarka przepowiada: „Po najbliższych wyborach to my – mądre, światłe i przedsiębiorcze – zastąpimy zaściankowych, nierozgarniętych, nieudolnych polityków”1. Wszystko to brzmi bardzo sympatycznie, ale… no, cóż, krytyczny zmysł socjologiczny podpowiada, by się przyjrzeć temu z bliska i zastanowić się nad możliwymi pułapkami zarysowanej przez Gretkowską strategii działania politycznego. Poniższe rozważania mieścić się będą w szerokiej dyskusji na temat zbiorowego podmiotu ruchu feministycznego oraz formy strategii działania politycznego.

Gretkowska twierdzi, że Partia Kobiet stworzyłaby możliwość reprezentowania interesów kobiet polskich na szerokiej scenie politycznej. I tutaj pojawia się pierwsze zastrzeżenie. Jak zdefiniować interes kobiet? Anna Titkow w tekście Interes grupowy kobiet. Zakres wątpliwości i szanse artykulacji pisze: „Uważa się, że łączy on [interes grupowy] ludzi, którzy mają wspólne cele i problemy, dzielą podobne przekonania na ten temat i szukają sposobów ochrony tych interesów. W przypadku interesów innych – niż kobiety – zbiorowości konotacje tego sformułowania są bardziej jednoznaczne. Łatwiej przecież sobie wyobrazić interes grupowy nauczycieli czy przedsiębiorców niż interes »kobiet«”2. „Interes kobiet” budzi dużo wątpliwości w kontekście analizy socjologicznej. Jest także często podważany przez różne nurty ruchu feministycznego.

Z socjologicznego punktu widzenia kobiety są zbiorem społecznym, jeśli zbiór społeczny zdefiniujemy jako „ogół ludzi mających jakąś cechę wspólną, wyróżnioną przez obserwatora zewnętrznego bez względu na to, czy ludzie uświadamiają sobie posiadanie tej cechy”3. W tym sensie kobiety są z pewnością zbiorem statystycznym albo kategorią społeczną (w tym kontekście mówimy o kategorii płci). Jednak nie możemy mówić o kobietach, że stanowią grupę społeczną (w socjologicznym tego słowa znaczeniu), ponieważ konstytutywną cechą grupy społecznej jest więź społeczna. Kobiety stanowią „grupy statystyczne, czyli zbiory wyróżnione na podstawie określonej cechy – płci biologicznej”4. Sformułowanie „interes grupowy kobiet” jest zatem pewnym nadużyciem, ponieważ nie możemy mówić o więzi między, na przykład, ogółem polskich kobiet.

Innego rodzaju wątpliwości na temat „interesu kobiet” czy też samego terminu „kobieta” pojawiły się w ruchu feministycznym. Debata wokół tych kwestii w zachodnim, a zwłaszcza amerykańskim, ruchu feministycznym posiada długą historię. Są to fundamentalne kwestie, wobec których musi ustosunkować się każdy podmiot podejmujący działalność polityczną w imieniu lub na rzecz kobiet.

Historia teorii i praktyki feministycznej wskazuje, że termin „kobieta” jest terminem kłopotliwym. Przyjrzyjmy się zatem, jakie problemy wywoływały różnorodne konceptualizacje terminu „kobieta”.

Joanna Mizielińska w (De)konstrukcjach kobiecości jeden z rozdziałów opatrzyła tytułem „»Kobieta« jako podmiot feminizmu drugiej fali”, wskazując, że feminizm drugiej fali „przyjął za podstawę swych działań występowanie w imieniu kobiet i reprezentowanie ich interesów”5. Feminizm drugiej fali, mimo różnorodności nurtów w nim występujących, przyjął ogólne założenie, że „kobieta jedynie z racji swojej płci jest społecznie dyskryminowana”. W ten sposób feminizm nie uniknął prób generalizowania i uniwersalizowania terminu „kobieta”. Feminizm drugiej fali miał reprezentować interesy „wszystkich kobiet”, dowodząc przez to, że potrafi określić w całości społeczną opresję kobiet. Mówienie w imieniu „wszystkich kobiet” niweluje różnice kobiecego doświadczenia. W praktyce oznaczało to poszukiwanie „pozytywnej” i jednoczynnikowej tożsamości kobiecej, która miałaby otworzyć drogę do projektu emancypacji i uwolnienia się od męskiej dominacji. Doprowadziło to do normatywnych i nie uwzględniających różnic między kobietami projektów tożsamościowych. W latach 80. XX wieku pojawiły się pierwsze głosy krytyczne – głosy osób wykluczonych, z różnych względów nie wpisujących się w przyjęte definicje tożsamości kobiecej. Projekt tożsamościowy oparty na pojęciu „prawdziwej” kobiety generuje, jak zauważa Judith Butler, praktyki wykluczania osób, które ze względu na swoje doświadczenia czy sposób życia nie mieszczą się w wyprodukowanej wizji. Feministyczny model tożsamościowy nie uwzględniał zatem różnic wynikających z orientacji seksualnej, rasy, klasy społecznej, etniczności i tak dalej. Podobne zarzuty pojawiły się w tym samym czasie wobec ruchu gejów i lesbijek, który budował zbiorowy podmiot działania w oparciu o esencjalistyczny model tożsamości i wspólnoty. Tak jak w ruchu feministycznym akcent padał na wspólną dla wszystkich kobiet opresję ze względu na płeć, tak w ruchu gejowskim i lesbijskim rdzeniem tożsamości było pożądanie osób tej samej płci i doświadczanie dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. W spójnym modelu tożsamości lesbijskiej i gejowskiej zaczęły pojawiać się pęknięcia. Grupy niemieszczące się w tej wizji, wykluczane i marginalizowane (lesbijki i geje kolorowi, osoby biseksualne, s/m, lesbijki tworzące relacje butch/femme, transseksualiści) zaczęły krytykować esencjalistyczny model tożsamości, ujawniając jego uprzedzenia rasowe i klasowe.

Krytyka feminizmu drugiej fali opiera się na założeniu, że płeć jest tylko jednym z czynników wyznaczających pozycję społeczną jednostki. Pozycja społeczna jest wypadkową wielu atrybutów jednostki – rasy, klasy społecznej, etniczności, religii, orientacji seksualnej, płci i tak dalej. Jakie z tego płyną wnioski dla formy działania politycznego? Anna Titkow sugeruje, że „działając na rzecz kobiet, wypowiadając się w ich imieniu, musimy się pilnować, aby nie uzurpować sobie prawa mówienia w ich imieniu. Może zatem zaistnieć taka sytuacja, że nasze stanowisko będzie tylko odzwierciedlać to wszystko, co my posiadamy, a co jest nam dane przez naszą kulturę i historię oraz jest odbiciem kontekstu społecznego, w którym obecnie funkcjonujemy, wykluczając przy tym wszystkie kobiety, które nie mają tych cech”6.

Jak to wszystko odnosi się do projektu Manueli Gretkowskiej? Zakładam, że ma dobre intencje, ale brakuje jej świadomości pułapek, jakie stwarza ta strategia. Gdy pisze:

uważam, że kobiety powinny założyć własną partię, bez względu na lewicowe czy prawicowe poglądy. Kobiety, które są aktualnie w parlamencie nie reprezentują wystarczająco naszych interesów. Tkwiąc w sporach ideologicznych nie załatwimy nawet tego minimum spraw dotyczących nas wszystkich i najbardziej bezbronnych – dzieci7

wyraźnie rzuca się w oczy sielankowa wizja Polek połączonych wspólnotą celów, problemów i sposobów rozwiązania tychże problemów.

Różnorodność kobiecych inicjatyw, strategii działania, orientacji ideologicznych w Polsce, na które wskazują Małgorzata Fuszara czy Ewa Malinowska, uniemożliwia używanie terminu „interes polskich kobiet” czy też roszczenie sobie prawa do mówienia w imieniu uciskanych Polek. Polki nie mówią jednym głosem w sprawach, które dotyczą większości z nich (na przykład prawa reprodukcyjne). Można zatem zadać pytanie: W imieniu których kobiet mówi Gretkowska? Jak do tej pory wiemy, które spośród sławnych Polek poparły projekt (Kayah, Joanna Brodzik, Beata Tyszkiewicz, Anna Maria Jopek, Magda Stużyńska, Magda Mołek, Karolina Korwin­‑Piotrowska). Zastanawiające jest, czy ten popkultrowy miszmasz nie ujawnia klasowego obrazu Partii Kobiet (choć na internetowej stronie inicjatywy, www.polskajestkobieta.pl, czytamy, że na apel Gretkowskiej odpowiedziały „pielęgniarki, studentki, artystki, prawniczki i gospodynie domowe”). Trudno tu także o skojarzenia z feminizmem, od którego zresztą wiele aktywistek się odcina. Małgorzata Kropiwnicka dziennikarce z „Głosu Wielkopolskiego” powiedziała: „Nie wyjdziemy na ulicę i nie zrobimy manify, bo to będzie partia poważna, skuteczna i z taktem. Bardziej socjal niż demonstracyjne zrzucanie biustonoszy. Jeżeli Polki są najlepiej wykształcone i najbardziej przedsiębiorcze w Europie, to dlaczego tak słabe mają przebicie we własnym kraju? Nie będzie żadnych transparentów. To nie sabat czarownic ani zgromadzenie zgorzkniałych i rozczarowanych bab”8.

Wszystko wskazuje na to, że Gretkowska nie rozpoznaje różnic między kobietami. I dzięki temu właśnie może korzystać z generalizacji i uproszczeń w konstruowaniu strategii działania swojej partii. Warto się również przyjrzeć innym problemom, jakich, jak się wydaje, Gretkowska nie rozpoznała, a które dotyczą potencjalnego elektoratu Partii Kobiet. W badaniach nad społeczną i kulturową tożsamością kobiet na pytanie „Czy w Polsce są obecnie takie problemy dotyczące kobiet, dla rozwiązania których kobiety powinny podejmować wspólne działania?” co czwarta kobieta nie potrafiła powiedzieć, czy polskie kobiety mają do rozwiązania wspólne problemy, czy też ich nie mają; a co piąta twierdziła, że takie w ogóle nie istnieją9. Ciekawe w tym kontekście są wyniki badań Małgorzaty Fuszary10. 60% kobiet twierdzi, że w rządzie powinno być więcej kobiet, 56% – że powinno ich być więcej w kierownictwie partii politycznych. Jednakże widoczny jest pewien paradoks, który Fuszara opisuje następująco: „kobiecy elektorat, mimo że chce, aby kobiety reprezentowały i rozwiązywały jego problemy, nie głosuje na kobiety, kandydatki tak często, jak można by się tego spodziewać”11. Kobiety w sondażach wyrażają zatem przekonanie, że są dyskryminowane i dostrzegają konieczność zwiększenia udziału kobiet w sprawowaniu władzy, ale jednocześnie nie głosują na kandydatki, które mogłyby reprezentować ich problemy. I w tym miejscu pojawia się poważne pytanie o przyszłość Partii Kobiet. W jaki sposób chce ona przyciągnąć kobiecy elektorat? Czy uda jej się stworzyć więź i poczucie interesu grupowego Polek?

Jaką strategię działania politycznego można zatem zaproponować podmiotom, które walczą o prawa kobiet? „Mówienie o prawach »kobiet« – jak pisze Mizielińska – czy żądanie tych praw w imieniu ich wszystkich zawsze przemilcza […] istnienie innych, niemieszczących się w definicyjnych założeniach tej kategorii. Stanowi to realizację partykularnych interesów wybranej grupy kobiet, ukrytych pod płaszczykiem uniwersalnej kategorii »kobiety« w celu zwiększenia skuteczności żądań”12. W tym kontekście mówienie „my” jest swoistym fantazmatem, który niweluje różnice i stanowi podstawę wykluczenia. „Oznacza to, że dążąc do przedstawicielstwa politycznego, żądając pewnych praw »w imieniu kobiet«, żąda się ich tak naprawdę jedynie w imieniu niektórych, przemilczając całą resztę i ich potrzeby”13. Nie istnieje zatem uniwersalny interes grupowy kobiet, ale grupy interesu kobiet. O ile możliwość działania na zasadzie solidarności w ramach różnobarwnej koalicji (uwzględniającej różnice) istnieje w oddolnych, nieformalnych, sieciowych strukturach ruchu feministycznego, to w strukturach formalnych, partyjnych wydaje się to bardzo utrudnione. Z tej perspektywy może należałoby się zastanowić, czy hierarchiczna struktura oraz sztywność deklaracji politycznych w ramach partii politycznej jest dobrym środkiem, za pomocą którego ruch feministyczny mógłby realizować postulaty szeroko pojmowanej równości.

Przypisy:

1. M. Gretkowska, Dość upokorzeń [w:] „Przekrój”, 2006, nr 46.

2. A. Titkow, Interes grupowy polskich kobiet. Zakres wątpliwości i szanse artykulacji [w:] Kobiety w Polsce na przełomie wieków. Nowy kontrakt płci?, red. M. Fuszara, Warszawa, 2001, s. 39­‑40.

3. Tamże, s. 40.

4. Tamże.

5. J. Mizielińska, (De)konstrukcje kobiecości, Gdańsk, 2004, s. 63.

6. A. Titkow, Interes..., s. 44.

7. M. Gretkowska, Dość upokorzeń.

8. D. Pawlicka, Kobiety, brońmy się same [w:] „Głos Wielkopolski”, 2006, 8 grudnia.

9. A. Titkow, Interes..., s. 57­‑58.

10. M. Fuszara: Kobiety w polityce, Warszawa, 2006, s. 18­‑19.

11. Taż, Rola kobiet w polityce i ich własnych opiniach i programach partii politycznych przed wyborami 1993 [w:] „Kobiety: Dawne i nowe role, Biuletyn Centrum Europejskiego Uniwersytetu Wrocławskiego”, 1994, nr 1.

12. J. Mizielińska, (De)konstrukcje..., s. 203. 13. Tamże.