Dura lex, sed lex – nietrzeźwa paranoja jednośladów

Maciej Twardowski
25.05.2009

Trybunał Konstytucyjny przekreślił dwóm tysiącom skazanych za kierowanie rowerem w stanie nietrzeźwości marzenia o spędzonych w domu świętach. Siódmego kwietnia roku pańskiego dwa tysiące siedem okazało się, że do racjonalizacji naszego prawa jest ustawodawcom równie daleko jak papieżowi do nieba. Sędziowie TK orzekli bowiem, że pijany rowerzysta na polnej drodze stanowi takie same zagrożenie dla ruchu jak pędzący na podwójnym gazie kierowca dwudziestotonowego tira. Durne prawo, ale prawo.

Sprawę do Trybunału skierował sędzia Jarosław Sielecki, prezes Sądu Rejonowego we Wschowie (Lubuskie), który miał wątpliwości, czy art. 178a § 2 Kodeksu Karnego nie stoi czasem w sprzeczności z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. Cóż się jednak okazało? Tylko tyle, że zdaniem sędziów Trybunału „nietrzeźwy rowerzysta stanowi kilkukrotnie większe zagrożenie niż nietrzeźwy pieszy”, ponieważ „nie może sam fakt poruszania za pomocą mięśni stanowić o podobieństwie między pieszym a rowerzystą”. Innymi słowy, opatrzone siedmiostronicowym uzasadnieniem wątpliwości Sieleckiego zostały odrzucone, a między kierowcą roweru i samochodu nadal stoi znak równości. Z przykrością muszę więc stwierdzić, że po raz kolejny przedstawiciele wysokich szczebli władzy bardzo dobrze radzą sobie z teorią, a praktyka nadal pozostaje oderwana od jakiejkolwiek rzeczywistości. Dlaczego? Już spieszę tłumaczyć.

Okazuje się, że promowany przez nasze ustawodawstwo sposób radzenia sobie z tym bądź co bądź trudnym problemem nie ma nic wspólnego z realnym wymiarem zagrożenia. Jak doniósł swego czasu „Głos Szczeciński”1, w Polsce ginie najwięcej rowerzystów pośród wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Statystyka mówi o 16 ofiarach śmiertelnych na milion mieszkańców, co jest liczbą czterokrotnie większą niż w krajach „starej” Unii. W samym tylko 2007 roku śmierć poniosło 498 cyklistów, a 4530 zostało rannych. Zapobieganie takiemu stanowi rzeczy poprzez karanie pijanych rowerzystów okazało się antyspołecznym bublem prawnym, ponieważ wbrew stereotypowi nawalonego menela, który nieoświetlony jeździ zygzakiem w środku nocy, tylko 5,5 procent kierujących rowerem będących uczestnikami wypadku piło wcześniej alkohol2.

Według rzeczniczki Głównego Zarządu Więziennictwa mjr Luizy Sałapy, za jazdę rowerem po alkoholu w więzieniach przebywa obecnie około 1940 osób3. Oczywiście, mowa tylko o ciężkich „recydywistach”, przeważnie z terenów wiejskich i małych miasteczek. Cóż to może oznaczać dla ogółu społeczeństwa? Zależy, jak na to patrzeć – koszt utrzymania jednego więźnia to około 2000 złotych; pomnożywszy to przez liczbę „bandytów”, otrzymujemy sumę prawie 4 milionów złotych w skali miesiąca. Wziąwszy pod uwagę, że średni czas odsiadki to 11 miesięcy (sic!)4, kwota wzrasta do nieomal 40 milionów złotych. Nawet przy założeniu, że część z tej sumy zostaje niejako spłacona poprzez wszelkiego rodzaju grzywny, i tak zostajemy na przysłowiowym minusie. Ja i Ty, drogi czytelniku, gdyż z naszych właśnie pieniędzy prawni hochsztaplerzy zapragnęli zwiększyć poczucie naszego bezpieczeństwa. Jak to? A no tak to, że dzięki setkom (tysiącom?) zatrzymanych w skali miesiąca „bandytów” statystyki wykrywalności idą ostro w górę, a do kieszeni policjantów i prokuratorów co rusz wpadają premie. Ponadto, przepis został wprowadzony przed naszym wejściem do Unii Europejskiej, gdy wszystkim bardzo zależało na przychylności Brukseli w związku z wykrywalnością przestępstw.

Oczywiście musimy do tego „doliczyć” straty natury czysto społecznej. Jak twierdzi płk Krzysztof Olkowicz, dyrektor okręgowy więziennictwa w Koszalinie, większość skazanych nie była wcześniej karana5. W samym tylko więzieniu w Koszalinie spośród 420 osadzonych 147 to skazani na karę pozbawienia wolności rowerzyści. Bulwersujące jest to, że w zasadzie normalni obywatele, nie stanowiący realnego zagrożenia (przypominam o 5,5 procenta) muszą przebywać przez prawie rok w jednym pomieszczeniu ze sprawcami rozbojów, złodziejami i gwałcicielami. W wielu przypadkach mamy więc do czynienia z tragedią nie tylko „bandyty”, ale również jego rodziny. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, ze problem dotyczy głównie mało zamożnych mieszkańców wsi, którym i tak się nie przelewa, a często bywają jedynymi żywicielami rodziny. Oczywiście, ktoś mógłby rzec, że sami są sobie winni. Jednak każdy mniej lub bardziej świadomy człowiek zdawać musi sobie sprawę, że różnie w życiu bywa, a uzależnienie jest (wbrew temu, co próbuje się nam sugerować) chorobą, która dotyka 10 procent społeczeństwa. Wadą organiczną, sprawiającą, że dany osobnik substancji psychoaktywnych przyjmować nie może w graniach ustalonych przez społeczne normy, co jest związane z zaburzeniem wydzielania hormonów serotoniny i oreksyny, która stanowi swoisty „spadochron” umożliwiający powrót do stanu trzeźwości6. W praktyce oznacza to, że niektórzy mają siłę i chęć, by się leczyć, inni nie. Nie zmienia to faktu, że zamykanie w więzieniu skuteczną formą terapii i przywracania do normalnego życia nie jest. Nie wspominając o możliwości użycia przez sąd kary łączonej – o czym również wspomina „Gazeta Wyborcza” – na trzy lata odsiadki skazany został jedyny żywiciel rodziny, ojciec piątki dzieci, którego „recydywizm” wyraził się poprzez podróże rowerem przez wiejskie drogi.

Nawiązując do problemu alkoholizmu, chciałem niejako sprowokować. Prawdziwie przerażające jest to, że wiele ofiar naszych radosnych bubli prawnych ma po prostu pecha, bowiem są obywatelami nader poważanymi, ale, znalazłszy się w złym miejscu o złym czasie, kończą na policyjnym dołku. Z podobnym przykładem miałem do czynienia, gdy mój dobry znajomy wpadł podczas przejażdżki do sklepu nieopodal działek, gdzie urządzał grilla. Efekt? Alkomat wskazał ponad 0,2 promila. Kolega stracił pracę, gdyż był kierowcą, a jego rodzina do teraz (choć było to ponad rok temu) boryka się z kłopotami finansowymi. Możemy iść jeszcze krok dalej, choć w tym wypadku nie dysponuję rzetelnymi źródłami – czytałem swego czasu, że zdarzały się przypadki, gdy ludzie w stanie wskazującymi prowadzili rower (szli z nim), a mimo to byli skazywani. Dramat? Z pewnością.

Mimo to, Trybunał Konstytucyjny pozostał głuchy na realne problemy społeczne. Jak wspomniałem wyżej, decydenci żyją w zupełnie innym świecie. Jako osoba, która określa się mianem racjonalisty, nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości argumentacji, że „nie może sam fakt poruszania za pomocą mięśni stanowić o podobieństwie między pieszym a rowerzystą […] Nietrzeźwy rowerzysta stanowi kilkakrotnie większe zagrożenie dla ruchu drogowego”. Bardzo ciekawi mnie to, na jakiej podstawie skład sędziowski orzekł o „kilkukrotnie większym” zagrożeniu? Co to właściwie znaczy i jak to można obliczyć? Czy kilkukrotnie to trzykrotnie czy już dziewięciokrotnie? Idąc tym tokiem rozumowania, nietrzeźwy kierowca samochodu osobowego stanowi kilkukrotnie większe zagrożenie niż pijany rowerzysta, a jadący na podwójnym gazie kierowca tira stanowi analogicznie większe zagrożenie niż kierujący osobówką. Rozumiem, że to dobry powód, aby wszyscy byli sądzeni według tego samego schematu. Ach przepraszam, bo zaczynam manipulować – oczywiście jest to fikcja literacka, ponieważ często kierujący rowerem po polnych drogach dostają wyższe wyroki niż jadący samochodami po centrum miasta. Wystarczy przejrzeć werdykty z przed roku czy dwóch i porównać z obecnymi. Podsumowując – według TK możemy być pieszymi lub niepieszymi, żadnej innej możliwości nie ma, mimo, że w tym samym czasie sędziowie wspominają o „kilkukrotnie” większym zagrożeniu. To chyba jakiś błąd logiczny, czyż nie?

Idąc dalej – żeby pojeździć sobie rowerem, nie potrzebujemy w zasadzie żadnych konkretnych uprawnień, nie licząc odpowiedniego wieku. Prawo jazdy nie ma nic wspólnego z możliwością kierowania rowerem. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego „wpadka” podczas kierowania jednośladem w konsekwencji prowadzi od utraty prawa jazdy, skoro nie jest ono dokumentem, który w jakimkolwiek stopniu uprawnia do kierowania rowerem. Rozumiem, że w myśl ustawy złapany na rowerowym podwójnym gazie pilot również traci uprawnienia do kierowania samolotem – zważywszy, że kara dotyczy pojazdów mechanicznych w ruchu lądowym, wodnym i powietrznym. Problem z równością obywateli wobec prawa przejawia się ostatecznie właśnie w tym schemacie. Gdy stanę przed sądem, nie posiadając prawa jazdy, dostanę określoną karę. Podobnie, gdy prawo jazdy posiadam, będę sądzony według tego samego paragrafu, co zaowocuje dodatkową karą w postaci odebrania prawa jazdy, którego wyrobienie sporo mnie kosztowało – pieniądze na kurs i egzamin, nerwy i czas. Dostaję więc za to samo przewinienie karę dużo większą, niż gdybym prawem jazdy nie dysponował.

Pewnym jest, że nie powinniśmy pobłażać alkoholowi na drogach. Z drugiej strony, nie należy problemu traktować w kategorii binarnej: albo – albo. Racjonalnie byłoby wprowadzić stan pośredni, który rozróżniłby wspomnianego we wstępie pijanego rowerzystę na polnej drodze i pędzącego na podwójnym gazie kierowcy dwudziestotonowego tira. Przykre jest to, że ustawodawcy nie chcą tego problemu widzieć, traktując go, mimo rzeczywiście znikomej skali jako problem kluczowy i wyjątkowo istotny z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa.

Przypisy:

1. Strach jeździć po mieście: najwięcej rowerzystów w Unii Europejskiej ginie w Polsce [w:] „Głos Szczeciński”, 2009, 6 stycznia.

2. Dane statystyczne pochodzą z: A. Buczyński, Bezpieczne korzystanie z roweru, referat na 3. Konferencji Naukowo­‑Technicznej Miasto i Transport 2008, która odbyła się 11 grudnia 2008 na Politechnice Warszawskiej [@:] http://www.zm.org.pl/?a=bezpieczne_korzystanie_z_roweru (data dostępu: 18 maja 2009).

3. TK utrzymuje kary dla pijanych rowerzystów, 2009, 8 kwietnia [@:] http://www.rp.pl/artykul/15,287977_TK_utrzymuje_kary_dla_pijanych_rowerzystow…. (data dostępu: 18 maja 2009).

4. Kolarze czekają na wyrok [w:] „Gazeta Wyborcza”, 2009, 7 kwietnia.

5. Tamże.

6. T. Piątek, To nie jest tekst o narkotykach [w:] Polityka Narkotykowa. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2009.