TV Trwam, nadzieja i lewica

Maciej Twardowski
19.07.2009

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że kilka dni temu postanowiłem umilić sobie czas bezmyślnym wpatrywaniem się w ekran telewizora. I choć czynię tak wyjątkowo rzadko, to jednak dla każdego przychodzi taki czas, że trzeba mózg wyłączyć i pozwolić mu dryfować w bliżej nieokreślone kierunki szklanej rzeczywiści. Tak czy inaczej, po krótkiej acz zażartej walce z pilotem moim oczom ukazał się obraz, obok którego ciężko było mi przejść obojętnie. Oto bowiem pojawił się (czy raczej zamanifestował) sam ojciec Tadeusz Rydzyk przemawiający do licznie zgromadzonych w kościele. Pierwsza myśl – bingo! – to jest coś dla mnie. Drogą dedukcji bardzo szybko udało mi się ustalić, że to, co widzę, to nie tylko krótka migawka, ale pełna relacja ze spotkania w jakimś kościele (mówiąc precyzyjniej – relacja dotyczyła spotkania „Rodziny Radia Maryja” w kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny w Krasnobrodzie pod Zamościem). Między prawdą a Bogiem było mi trochę żal, że nie miałem pod ręką nic do jedzenia, lecz z sercem pełnym odwagi oddałem się seansowi, przysięgając sobie jednocześnie w duchu, że postaram się spojrzeć na telewizyjno­‑trwajno­‑maryjne kuriozum w sposób możliwie obiektywny, uwzględniając przede wszystkim kontekst społeczny.

Po seansie wnioski nasuwały mi się bardzo różne. Można powiedzieć, że było mi nawet nieco smutno. Podszedłem chyba do całego zjawiska nader empatycznie. Dlatego też nie jest moim celem nikogo w poniższym tekście piętnować. Nie będzie również mowy o różnego rodzaju przekrętach, gdyż o tym mówi się dostatecznie dużo. W czasie gapienia się w ekran najbardziej zainteresowała mnie bowiem grupa docelowa, czyli mówiąc slangowo: „Rodzina Radia Maryja”. Okazuje się, że stosunek między osobami skupionymi wokół Rydzyka a samą społecznością jest dużo bardziej fascynujący, niż mogło mi się wcześniej wydawać. W związku z tym moje rozważania chciałbym rozpocząć od próby możliwie najogólniejszej identyfikacji „wspólnego mianownika” członków i członkiń środowiska RM.

Odniosłem wrażenie, że osoby skupione w środowisku okołomaryjnym to w przeważającej części ludzie, którzy są ofiarami transformacji ustrojowej. Czy mówiąc ściślej – ogółu zjawisk, które miały miejsce w latach dziewięćdziesiątych. Jakże wielkim szokiem dla niemogących odnaleźć się w nowych, „kapitalistycznych” realiach musiały jawić się postępujące w zawrotnym tempie zmiany na płaszczyźnie kulturowej, społecznej czy politycznej. W ten właśnie sposób pod koniec dwudziestego wieku powstała w Polsce szczególna nisza. Na czym jednak polegała owa szczególność?

W moim mniemaniu charakterystyka owej niszy jest diabelsko prosta. Chodzi oczywiście o dość znaczną grupę osób wykluczonych, głównie starszych, często samotnych, biednych i we własnej świadomości opuszczonych. Istotnie więc mamy do czynienia z sytuacją paradoksalną, bo oto teoretyczny elektorat lewicy staje się skrajną opozycją wobec politycznej lewicy. Pozwalam sobie wobec tego zupełnie świadomie na stwierdzenie, że „Rodzina Radia Maryja” to największa porażka polskiej lewicy. Oczywiście należy wziąć pod uwagę kilka innych czynników – między innymi aspekt religijny (który przyjmuje jednak, moim zdaniem, wymiar czysto folklorystyczny), kulturowy czy historyczny (niechęć do PRL, „walka z komuną”, która w efekcie doprowadziła po upadku systemu do wykluczenia). Faktem jest więc, że państwo „zapomniało” o setkach tysięcy „moherowych babć i dziadków”, skazując tym samym znaczne rzesze ludzi na marginalizację. A mówiąc po ludzku – wielu ludzi dostało kopa w tyłek. Działanie jakże charakterystyczne dla szeroko pojętego neoliberalizmu. Cóż się więc w efekcie stało? W pewnym momencie pojawił się Tadeusz Rydzyk, który bardzo ładnie wpasowawszy się w kontekst kulturowy, dał starszym ludziom nadzieję oraz pokazał, że ktoś się jednak nimi interesuje. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że człowiek to zwierze stadne, potrzebujące identyfikacji, samookreślenia i świadomości przynależności do określonej grupy.

Śmiem twierdzić, że słowem kluczem w moich rozważaniach powinna być właśnie rzeczona nadzieja. Było to w sposób szczególny widoczne podczas opisywanego przeze mnie spotkania. Sposób, w jaki Rydzyk daje swoim słuchaczom nadzieję, jest równie wyszukany, co obsceniczny. Podobnie jak w tym starym dowcipie o krowach – mogąc spełnić jedno życzenie, Niemiec wybierze, aby mieć więcej krów, Polak zaś będzie chciał, by sąsiadowi krowy zdechły. Nie mnie oceniać, czy owa anegdota jest prawdziwa, czy nie, wiem zaś, że idealnie oddaje optykę proponowaną przez ojca dyrektora. Nie idzie bowiem w jego „filozofii” o to, by ukazać możliwy sposób poprawienia bytu ludzkiego, lecz o ukonstytuowanie głównego problemu jako związanego z istnieniem „złych ludzi” w bliżej nieokreślonym „tam na górze”. Tego rodzaju perspektywa tworzy również pewien szczególny stosunek w ramach funkcjonowania „Rodziny Radia Maryja” – nic bowiem tak dobrze nie spaja międzyludzkich więzi jak świadomość posiadania wspólnego wroga. Przy czym im mniej ów przeciwnik jest określony, tym lepiej. Gdy wiemy, kim jest wróg, możemy mieć nadzieję, że w końcu go pokonamy, naprawiając w ten sposób świat. Czyż bowiem siłą napędową lewicy nie były w przeszłości nadzieja i walka?

Chcąc stworzyć imperium, należy nie tylko poruszyć masy, ale również stworzyć symbol. Taką właśnie drogę wybrał Tadeusz Rydzyk. Podczas wystąpienia trzymał w ręku miniaturkę moherowego beretu, by ku uciesze tłumu rzucić: „Wolę być moherem niż frajerem”. W międzyczasie opowiadał, jak to obecny rząd gardzi moherowymi beretami. Na koniec stwierdzając: „Pokażemy, że wspaniała część narodu […] to te nasze matki kochane, to są nasze siostry kochane, to są ci ludzie, których nie stać na bardzo wiele […] I mają bardzo praktyczne moherowe berety na głowach. Ci ludzie kochają bardzo Pana Boga, Kościół, ojczyznę i innych ludzi”. Czyż nie to chcieli usłyszeć zgromadzeni w kościele? Czyż nie idzie im głównie o to, aby znów poczuć się kimś ważnym? Odzyskać nadzieję? Moim zdaniem tak. Dzięki tego rodzaju szczególnej identyfikacji możemy pokusić się nawet o określenie „RRM” mianem swego rodzaju subkultury. Nie mówię oczywiście o żadnym „kontrspołeczeństwie”, a li tylko o tym, że oto mamy przed sobą zwartą grupę osób, która zachowuje w swoim gronie konkretne normy i obyczaje, wyrażając określony światopogląd. Czyż więc stworzenie tak dobrze prosperującej i centralnie kierowanej społeczności nie jest na swój sposób fascynujące? Wystarczy pomyśleć o słynnej akcji „schowaj babci dowód” i szerokim wyśmiewaniu zjawiska „moherowych beretów” w popkulturze. W tym momencie pojawia się Rydzyk i, stawiając się w opozycji do dominującego dyskursu „zawsze młodych, bogatych, nowoczesnych i szczęśliwych”, udowadnia ludziom, że nie ma nic złego w tym, kim są, a wręcz przeciwnie – powinni być z tego dumni. Czyż tego rodzaju rekonfiguracja znaczeń językowych nie jest posunięciem godnym mistrza?

Nie zabrakło również wątku stricte politycznego. W pewnym momencie na mównicy pojawił się profesor Mirosław Piotrowski, wykładowca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz w toruńskiej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Nie obyło się bez sugestii Rydzyka: „Nie wiem, to wy wybierajcie. Ja bym pana profesora Piotrowskiego wybrał”. Następnie kilka wzmianek o tym, że PO likwiduje Polskę, a SLD to prawie jak PZPR, którego „mieliśmy już dość”. Gdy do mikrofonu podszedł Piotrowski, ojciec dyrektor pozwolił mu wypowiedzieć zaledwie kilka zdań, z których wynikało niewiele, prócz tego, że bardzo się cieszy, że może tutaj być. Przyglądając się temu, doszedłem do wniosku (próbując postawić się w pozycji „moherowej babci”), że ciężko jednoznacznie potępić takie zachowanie. Powiedzmy sobie bowiem szczerze: mamy w tym wypadku do czynienia z „tymi złymi”, którzy „są tam wysoko”, oraz z „naszymi”, którzy są „tu”. Na czym więc może polegać ta szczególna symbioza części polityków i Rydzyka? Oczywiście mówić możemy o pewnego rodzaju interesie wyborczym, lecz nie tylko. Zostawmy spekulacje, na ile ojciec dyrektor kieruje się swoimi przekonaniami, a na ile względami finansowymi. Spróbujmy spojrzeć z perspektywy przeciętnego członka/członkini „Rodziny Radia Maryja”. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to „wyjście polityki do ludzi”. Oto bowiem w liczącej około trzy tysiące mieszkańców mieścinie pojawia się europarlamentarzysta, czyli osoba, która dla przeciętnego mieszkańca podobnej miejscowości jawi się jako ktoś zupełnie niedostępny i nieosiągalny, a przez to całkowicie nierealny. W dodatku jest „nasz”, jest „z nami”, jest częścią naszego środowiska. W tym momencie na krótką chwilę zacierają się więc granice między władzą a ludźmi, powstaje poczucie „międzyklasowej” wspólnoty. Poczucie, które dla wielu ludzi jest czymś bardzo ważnym.

Interesującym było również dla mnie zjawisko czegoś, co określiłbym mianem odwrócenia mowy nienawiści (nic lepszego do głowy mi nie przychodzi). W pewnym momencie Rydzyk wspominał, że podczas pobytu w Nowym Jorku jego samochód został opluty przez kogoś, kto następnie szedł chyba w stronę synagogi. Zawsze zastanawiało mnie, jak tego rodzaju sugestie wpasowują się w chrześcijańską doktrynę miłości i przebaczenia. Skoro jednak pozwoliłem sobie zauważyć, że element religijny jest w tym wypadku w dużym procencie sprowadzony do pozycji czysto folklorystycznej, w tego rodzaju zachowaniu musi istnieć jakiś aspekt socjotechniczny. Pomijając kwestię konstytuowania Żydów jako sprawców całego zła na świecie, można stwierdzić, że chodzi o samą retorykę. Rydzyk w bardzo ładny sposób daje do zrozumienia, że on sam nikogo nie atakuje, gdyż sam jest bezlitośnie atakowany przez różne środowiska, będąc zupełnie niewinnym. Tak więc stawia samego siebie na pozycji ofiary, co jest bardzo korzystne z punktu widzenia tego, jak jest odbierany przez swoich „wielbicieli”, którzy na podstawie życiowych doświadczeń bardzo często znajdują się również w sytuacji, jaką określić możemy jako przegraną. Pozostając pod ciągłym obstrzałem dyskursu neoliberalnego oraz społecznego permisywizmu.

Niezależnie od tego, jak wygląda nasza prywatna ocena ojca Rydzyka i skupionego wokół niego środowiska, jedno wydaje się niemalże pewne – „Rodzina Radia Maryja” to na dłuższą metę w większości klasyczny wręcz elektorat lewicowy. Zastanawia mnie jednak, czy możliwa jest tak dalece idąca zmiana paradygmatu. Z pewnością do jej przeprowadzania potrzeba bardzo odważnych kroków. Nie sądzę również, że można to osiągnąć poprzez wpasowanie się w dyskurs, a raczej poprzez jego zupełne przejęcie. Czy w obecnej chwili istnieje jednak taka możliwość? Nie mnie to oceniać, jednak podejrzewam, że byłoby to niebywale trudne zadanie. Tak czy inaczej, lewica powinna nauczyć się wykorzystywać nadarzające się sytuacje, by w przyszłości nie stracić ludzi, którzy w zasadzie są istotną częścią lewicowego elektoratu – czyli społecznie i finansowo wykluczonych. Nie chciałbym ponadto, aby mój tekst był postrzegany jako próba stworzenia spójnej analizy socjologicznej, bowiem socjologiem nie jestem. Zależy mi tylko na zwróceniu uwagi na pewien problem, który jest często w dyskursie lewicowym zupełnie pomijany. Stąd tyle pytań, a tak mało odpowiedzi.