Upadek żadnej sławy

Kajetan Tyrk
16.08.2007

Ledwo się zaczęło a już wieszczą koniec. Umarł król, niech żyje Król – cena mody i trendu, czy na pewno? No właściwie nie, i cały tekst już na nic. Ale pomału.

Kultura – ta główna z etapu uprawy samej ziemi, jak to nas etymologicznie uczono na wszelakich przedmiotach, niekoniecznie kulturalnych czy kulturowych już trochę temu wyrosła. Sprostowania owe zostawmy jednak świcie z kruż gankiem edukacji z przeszło dwu metrowym smokiem juniorem na czele. Rzuciła się więc ona z czasem na internet, a uprawa idzie całkiem dobrze, z tym że z owego miodnego dobrobytu wyszedł jeden ambaras wszak jak dano poletko do orania, to teraz każdy chce stać się rolnikiem.

A orać jest co, od Youtube’a, przez Myspace’a plus miedze blogów, Blogów i blogasków, aż prosić o blo…gostan. Istnienie jest przes(y)łaniem. Dosłownie.

Jeśli założeniem „fajności” w całej dzisiejszej i ostatniej sztuce był tu (i teraz) hypereklektyzm, posunięty do takiej skrajności, że aż skupiony na formie, paradoksalnie cierpi na równie starczego alzheimera, co starość tradycyjnej sztuki, z której chciał się wyrwać. Zagonił się sam w szkatułkę oryginalności i interkulturowości, że swoją ponowoczesność przerobił na najwyższy sakrament i chleb powszedni zarazem, jako główny obiekt kulturalnego nabożeństwa.

Na współczesność, w tym kontekście nie będzie tu jednak co defetyczyć, bo za ołtarzem i amboną, daleko za całym prezbiterium, gdzieś w okolicach zakrystii wyrosło Medium, które cała świątynie wzięło dawno od fundamentu, a robotnik słowa nic tu nowego nie sprognozuje, co najwyżej skonstatuje i opisze stan rzeczy.

Powszechność i egalitaryzm stał się podstawą. Może i dobrze, bo awangarda czy to artystyczna, czy dla warstwy ludzi w formie z założenia, że jakaś być musi nie dość, że jakościowo często wyglądała stosunkowo mizernie, to jeszcze w ramach wrzucenia na takową egzotyczną wyspę społeczeństwa i kultury; od savoir­‑ vivre, po kreację niezrozumiałą dla zwykłego śmiertelnika, często wykształcała sobie równie egzotyczne style i „wyższości”. Ładnym obrazem, a raczej jego szeregiem w ten ton uduchowił nas Scorsese, całym jednym „Wiekiem niewinności”.

Wyrzucając, jednak te skrajne i niepedagogiczne, dla obiektu wróżb – dalszego pokolenia, z lekka psychologiczne skrajności i rozszczepienia, mamy podmiot dzisiejszy. Popularnie zwany siecią, jak mu się przypatrzeć na tle wyżej zagajonego „rolnictwa” przypomina rzekę i to w dodatku o ściśle, acz rozlegle ukierunkowanym nurcie wody, tfu sztuki. Jakkolwiek ta artystyczna demokracja i łatwość właśnie pod szeroki poligon definicji sztuki podlega. Kultura masowa stawia tu sidła, nie dość że tak codzienna, iż przestaje być widzialna, jako kultura, to jeszcze wcale nie panta rei, bo co prawda pojedynczy obiekt się w niej zmienia (i może dostarczyć nielichej popularności) to dyskurs pozostaje ten sam. Każdy może zostać Bogiem, będąc sobą i w dodatku tylko sobą. Warunek jest jeden. Musi zdobyć sobie pokaźna sferę na arenie (już prawie chyba noosferycznej, choć zmieniającej się w równym tempie, co ilość odkryć twórczych i tfurczych z całego internetu) globalnej świadomości.

„From zero to hero”, ratowanie świata w trampkach? Nie ma problemu, ale czekaj, czekaj, jedno pytanie. Przesyłasz? Ma to galerie nachalnych wzrokowo minusów, skoro popularność jest tak płytka, to czemu nie może jej mieć każdy, ano może w gruncie rzeczy wystarczy cyfrówka, trochę zacięcia i miejsce bytu, czyli antyzacziszny kącik jakiegoś wielgachnego serwera. Rzeka ma koryto, ale jednak płynie. Utrzymanie się jakoś w skali „nowe”, a nie zdegustowaniu i braku zaskoczenia – „stare” jest prawdziwą maestrią, na miarę wymalowania zaskoczenia i odzewu na twarzy z czasem zblazowanego odbiorcy. Nie jest już to tylko problem kogoś, kto raz błysnął. Wskakujesz na okładkę magazynu, a wieczorem lądujesz na wyściółce klatki dla kotów. Prawdziwa gwiazdka made by reality szoł – a jednak ten sam problem, czyżby więc nie wyróżniała się niczym naprawdę dobrym, żeby nasparzać tyle dochodu ludziom od pr’u.

Metoda ta, a właściwie znamienita część współczesnego nurtu w kulturze popularnej idealnie ten „ideał” sławy umożliwia, w dużej mierze losuje chyba ona ofiary, bo spośród aktów działalności ludzkiej, które stały się popowe, modne i trendy, trudno wyróżnić jakieś cechy uzasadniające wyróżnienie z masy rzeczy stworzonych pod ten sam cel z grona innych. Entertainment, bo polski odpowiednik rozrywki wydaję się tu zbyt wąski. Później nadchodzi już droga trafiania w target i wszystko staje się prakseologicznie uzasadnione. Tutaj jednak sprawa się trochę zmienia. Nie chodzi tyle o sam wytwór rzeczy, tylko o twór osoby, plotkę, która jest sama jej często na rękę i medialny szum, często też efekt „wydmuszki medialnej” i z początku pacynki – przytulanki w rękach tych, którzy już urośli. Cała ta strategia potrafi przybierać formy na tyle makro, ze aż nie widzimy się, że w nich jesteśmy, czy im podlegamy. Idealnie trafiona tu koncepcja „Tańca z gwiazdami” swoją zakulisową otoczką jest dobrym przykładem, jak z pozoru błahy i „tani” myślowo projekt potrafi na wiele niedzielnych wieczorów uniemożliwić oglądanie czegokolwiek, poza podziwianiem rodziny, przed roztańczonym nabożeństwem. Że też relacji z turniejów profesjonalnego tańca nikt nie ogląda.

Dlaczego zaś ludziska uwzięły się na prywatność i manifestację osobowości swoich gwiazd?

Niby ploty i dyrdymały mają w całym najbliższym otoczeniu, męczonym na spotkaniach, obiadach, kolacjach, spacerach, więc po cóż im jeszcze więcej i to nie wcale skrajnie innych niż tego ze środowiska w jakim siedzą. Powody generalnie słychać widać a nawet czuć (sic! tani tusz w równie taniej gazecie ma często charakterystyczny zapach) dwa. Nie mówiąc tu wcale o środowisku moheru, a o często młodej i brudnie dekadencko dzielnicy widać, że nie jest to potrzeba zakorzeniona w jakimś konkretnym wieku, ale do rzeczy. Jakby się nie oszukiwać to inteligencji emocjonalnej cały obiekt szoł – biznesu i wypchnięcia na jej arenę przez wszelakie Medium człowiek nie ma. I nagle widzimy, że naszą wioskę translokowano, nie dość, że tak licznie opisywani (dobre źródło informacji czy tabloid czy nie, nie ma tu żądnego znaczenia) to jeszcze borykają się nasze teletubisie, z takim samym rozwodem alkoholizmem i inną udręką. Drugi gwóźdź do trumny pachnie już natomiast co czas nawet linczem. A nazywa się prosto, prostacko i iście człowieczo, bo zemsta! Skoro Oni są jak my, tylko, że nieco bogatsi (ach ta zazdrość) to podlegają temu samemu prawu obyczajowemu – cokolwiek górnolotnie to, jak na taki kontekst zabrzmiało. Zły jesteś ojciec, puszczalska z Ciebie żona – i co z tego, że śpiewa, gazeta opublikuje, a moralitet i cała sytuacja przejdzie do faktu (notabene gazeta o zbieżnym tytule obrała sobie być może wcale niehipokryzyjny tytuł, a tylko skupiła się na swojej skromnej mocy tworzenia rzeczywistości). W każdym razie jedno jest pewne – ma siłę – ma przesłanie.

Ma jednak swoją słabość, to co wieczorem zostanie wyrzucone do śmieci, nie zginie w sieci. Web 2.0 i cała jej interaktywność zagwarantuje przetrwanie, nawet po schyłku świeżości. Sieć daje prawie, że wieczność, nowy ateologiczny Bóg wschodzący zza monitora, bo bliski absolutu. Sława i chęć świadomości kontynent dalej jest ogromna. Od wioski – kiczu, dającej wspólnotę, wszelakich nagrań, miejsc istnienia na MySpace, Deviancie, po dobrą jakość i to paradoksalnie w tych samych miejscach. Uśmiechnęliby się zapewnię pierwsi chrześcijanie, wszak ich gminę i ideał socjalny równości, przeniesiono na płynącą szybko kablem kulturę. Koszt jest jasny. Zalew informacją i (prze)życiem, a oba lubią być komentowane. Wyżej mieliśmy do zabawy (no przecież nie do czynienia, w końcu musi być lekko) ze sprawą „chce być znany, z tego, że jest się znany”, kult człowieka zwyczajnego niskim kosztem (a jednak kult!). Istnieje jednak forma przebicia się nie tylko samym obrazem, szokiem równie ekscytującym, co zużytym, a intelektem. Komentarz na bieżąco, zaimponowanie informacją i najzwyczajniejsze, wszak na pewnym poziomie normalne obgadywanie. Blog. W przypadku znanych person z mocną siła opiniotwórczą i często wiadomością, której na próżno szukać w nieinteraktywnych mediach miejsce idealne. Zaś dla potencjalnego kandydata na okresową i jakże wzorcową maskotkę kultury sposób na właśnie takiej drogi realizację.

Do głosu wdziera się jednak kosztorys. Popularność jako obiekt wymiany, nieważne co robisz, ważne żebyś to przekazał. Sam dyskurs wszelakich konkursów life stylowych, będących i jednocześnie kreującym po–mo, a dokładniej jego zabawowym aspektem mówi: „Pokaż się”, to co jest imprezą w klubie z selekcją czy domówką (byle żywą!) może stać się tematem wykopania Cię wprost w nurt billboardu i licznika odwiedzin zbierającego Ip z całego świata. Krok pomiędzy nocnym życiem i masowym hedonizmem, a drugą stroną okładki/ekranu zaciera się. Pytanie ile narcyzmu dla miernoty ma odbiorca kultury, który chce widzieć substytut siebie z tamtej strony.

Obecna kultura nie ma jednak w zwyczaju promować samego chłamu, wyłapanie talentu ma w niej niezaprzeczalnie miejsce, jednak jest pod silnym natłokiem jej samej. Idee Web 2.0 i egalitarności są tak rozległe, że przeszły bardziej z kultury w codzienność, co nie znaczy, że tym pierwszym nadal nie pozostają. Czy cała konstrukcja dekadencko upadnie – nie i jeszcze zapewne długo nie, ale zacznie w końcu wchłaniać samą siebie, przetwarzać to samo, skoro elitarność (cóż za śmieszne słowo pod kątem powyższego tekstu) nie ma żadnej wagi ostatecznie przestanie być postrzegana jako coś kultowego. A wtedy, co wtedy? Stanie się ciągłym strumieniem nudy, bądź zrozumie że każdy może być kimś, lecz wtedy nie będzie można już patrzeć na sławnych…a tym bardziej cenionych.