Demokracja pod kluczem

Jarosław Urbański
03.01.2005

Od kilku lat działania różnych grup politycznych i społecznych, które otwarcie protestują przeciwko prowadzonej w Polsce polityce, są poddawane coraz większym restrykcjom, do czego wykorzystuje się policję i aparat sądowniczy. W ciągu ostatnich kilku lat setki działaczy zostało postawionych przed sądem. Władze nigdy nie przyznały, że w istocie rzeczy chodziło o represje skierowane przeciwko osobom mającym odwagę otwarcie krytykować i występować publicznie przeciwko elitom władzy. Próbuje się „znaleźć odpowiedni paragraf”, aby z jednej strony polityce represji stało się zadość, a z drugiej można było oskarżenie ograniczyć do takich kwestii jak „nie rozejście się na wezwanie służb porządkowych”, „przewodzenie nielegalnemu zgromadzeniu”, „zaśmiecanie miasta” czy „zakłócanie porządku publicznego” poprzez „utrudnianie ruchu na chodniku”. Jednakże polityczny kontekst ostatnich działań aparatu przemocy staje się coraz bardziej widoczny.

Pierwszym wyraźnym sygnałem, że państwo nie zamierza – pomimo demokratycznych sloganów – respektować praw obywatelskich, był zakaz demonstracji wydany przez prezydenta Poznania, za każdym razem, kiedy grupa działaczy z Komitetu Wolny Kaukaz chciała protestować przeciwko wojnie w Czeczenii. Wydano go – jak się później okazało bezprawnie – 11 razy. Gdy do demonstracji dochodziło, kończyło się na represjach. Na przykład 12 lutego 2001 roku zatrzymano wszystkich protestujących przed konsulatem rosyjskim. Podobnie podczas wizyty prezydenta Putina w Poznaniu (styczeń 2002). Pomimo zakazu demonstracji kilkadziesiąt osób zebrało się przed bramą Międzynarodowych Targów Poznańskich, aby w momencie przyjazdu prezydenta Rosji dać wyraz swoim poglądom. Akcja ta spotkała się z brutalną interwencją policji. Bez wezwania do rozejścia się, zatrzymanych zostało 40 osób. Na komisariacie nie poinformowano nikogo o podstawach zatrzymania oraz odmawiano przez wiele godzin prawa do złożenia w trybie niezwłocznym zażalenia na nie do sądu. Działania władzy zmierzały do wyeliminowania jakichkolwiek niewygodnych w tym dniu głosów krytyki. Policja brutalnie interweniowała także wobec osób protestujących 5 października 2003 roku, a w akcji użyto doborowych jednostek policji wyposażonych w broń gładko lufową.

Jednak restrykcje władz nie ograniczały się tylko do protestów przeciwko wojnie na Kaukazie. Podczas zbrojnej interwencji w Afganistanie na całym świecie, także w USA, odbywały się masowe protesty organizacji pokojowych. 15 listopada 2001 roku, w kilka dni po zaatakowaniu przez USA Afganistanu, grupa aktywistów z poznańskiej Federacji Anarchistycznej demonstrowała przez konsulatem Stanów Zjednoczonych. Kilkadziesiąt sekund po rozwinięciu transparentów do akcji wkroczyła policja, instruowana przez osoby z nie oznakowanego samochodu. Pod pretekstem tamowania ruchu na chodniku, policja zatrzymała uczestników pikiety, a także osoby zupełnie przypadkowe. 11 zatrzymanym postawiono zarzut: „nie opuszczenia zbiegowiska na wezwanie funkcjonariusza policji”, choć – jak później ustalił to sąd – wezwania takiego w ogóle nie było. Cztery dni później zatrzymano wszystkich uczestników – zgłoszonego w urzędzie miasta – happeningu przeciwko wojnie. W świetle tych faktów, trudno mówić o przypadku. Celem było uciszenie wszelkich głosów krytyki wobec polityki USA.

Wygrany proces jedenastu oskarżonych za udział w pikiecie przeciwko wojnie w Afganistanie, powstrzymał na krótko represje wobec osób protestujących przeciwko polityce USA. W czasie wojny w Iraku, w Poznaniu policja powstrzymywała się od interwencji i nie kierowała żadnych spraw do sądu, nawet wówczas kiedy demonstracje nie były zgłaszane, jak to miało miejsce podczas spontanicznej pikiety 200­‑300 osób przed konsulatem USA w Poznaniu w dniu ataku na Irak. Jednak w skali kraju takie postępowanie nie było regułą. Na przykład we Wrocławiu sąd grodzki wydał 10 wyroków w stosunku do sześciu osób, będących uczestnikami Wrocławskiej Koalicji Antywojennej. Wszystkie w trybie nakazowym. Po odwołaniu większość osób uniewinniono. Represje dotknęły także działaczy Krakowskiej Koalicji Antywojennej.

Szczególnie brutalnie w ostatnich latach rozprawiano się w Polsce z manifestacjami pracowniczymi, nawet wówczas kiedy były prowadzone legalnie i bez przemocy. 15 listopada 2002 roku policja zaatakowała pokojowy protest pracowników wrocławskiego Szpitala Rydygiera, broniących swoich miejsc pracy. Podczas akcji zatrzymano kilka osób. Jednemu z demonstrantów, związanemu z Federacją Anarchistyczną, Piotrowi Góralowi postawiono zarzut „czynnej napaści na funkcjonariusz policji”. Sąd orzekł zaocznie 1000 złotych grzywny z zamianą na karę więzienia. Po odwołaniu zapadł wyrok uniewinniający. Jako dowód w sprawie prokurator przedstawił półtoragodzinny film nakręcony przez policję, który miał potwierdzić winę Górala. Tymczasem sąd mógł obejrzeć jedynie jak funkcjonariusze atakują protestujących.

Do jeszcze ostrzejszych zajść doszło 26 listopada 2002 roku w Ożarowie, gdzie przed tamtejszą fabryką kabli legalnie od wielu miesięcy demonstrowali jej byli pracownicy. Najpierw „ochroniarze” z firmy Impel, a potem policja zaatakowała protestujących, co stało się bezpośrednią przyczyną pięciodniowych zamieszek, które cała Polska mogła zobaczyć w telewizji. Zatrzymano kilkadziesiąt osób. Przed sądem postawiono zarzuty co najmniej 25 osobom, a prawdopodobnie blisko 70. Jednocześnie 27 listopada 2003 roku Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie umorzyła postępowanie o przekroczenia ustawowych uprawnień przez funkcjonariuszy policji oraz pracowników firmy ochroniarskiej Impel. W uzasadnieniu stwierdzono, że wprawdzie policja i Impel w poszczególnych przypadkach stosowała nieuprawnioną przemoc na przykład „…gdy – jak czytamy w piśmie prokuratury – jeden z policjantów kopnął nogą leżącego młodego mężczyznę..”..co zarejestrowano na kasecie wideo i pokazano w telewizji, ale nie można ustalić tożsamości policjantów i pracowników Impelu łamiących prawo! Prokuratora w uzasadnieniu potwierdza też, że protest pracowników był bez wątpienia legalny.

Wiosną 2004 roku fala histerii ogarnęła władzę przed zaplanowaną na koniec kwietnia alterglobalistyczną demonstracją w Warszawie przeciwko Europejskiemu Forum Ekonomicznemu, w której udział zapowiedziało tysiące osób z całej Polski. W Poznaniu dało się to odczuć już 20 marca, kiedy grupa działaczy Poznańskiej Koalicji Antywojennej postanowiła zorganizować pikietę przeciwko okupacji Iraku i udziałowi w niej polskich sił zbrojonych. Policja jeszcze przed rozpoczęciem akcji wylegitymowała wiele osób. Niektórym z nich zamierza postawić zarzut kierowania nielegalnym zbiegowiskiem. W aktach sprawy można wprost przeczytać, że takie postępowanie było podyktowane działaniami „prewencyjnymi” przed manifestacją atlerglobolistyczną w Warszawie (kryptonim „Szczyt”). Do akcji 20 marca skierowana na przykład funkcjonariusz policji z bronią gładkolufową. W tym czasie policja podjęła jeszcze wiele innych działań wobec poznańskich aktywistów. Inwigilacji poddano kilkadziesiąt osób poprzez nachodzenie ich w miejscu zamieszkania czy pracy. Celowo rozpytywano o nich dozorców domów, rodziców, przełożonych. Podobnie postępowano we wszystkich większych miastach Polski.

Ostatecznie 29 kwietnia 2004 na demonstrację do Warszawy wyjechał z Poznania autokar, w którym jechali przedstawiciele związku zawodowego, ruchu pokojowego i anarchistycznego, razem 44 osoby. Na trasie Poznań – Warszawa był wielokrotnie zatrzymany przez patrole policji. Żądano od wszystkich pasażerów dokumentów tożsamości oraz nakazano im wysiąść z pojazdu. Na zewnątrz czekali funkcjonariusze z kamerą wideo i rejestrowali twarze wszystkich wysiadających. Podobne represje spotkały udającą się do Warszawy grupę działaczy z Ogólnopolskiej Związku Bezrobotnych z Ełku, których autobus również wielokrotnie zatrzymywano, a pasażerów uwieczniano na kamerze wideo.

Można by jeszcze długo wymieniać liczne przypadki represji. Na przykład w listopadzie 2004 poznańska policja zatrzymała kilkudziesięciu uczestników tzw. „masy krytycznej”, czyli demonstracji rowerzystów. Akcja miała brutalny przebieg. Zatrzymani traktowani byli przez policjantów jak bandyci. „Rzucano” nimi na maski samochodów i płot. Ubliżano, szarpano, kopano i poniżano. Każda wypowiedź, każdy ruch kończył się oskarżaniem o utrudnianie czynności policji. Wcześniej brutalnie stróże prawa obeszli się z „masą krytyczną” w Warszawie.

30 września 2004 roku Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że prezydent Poznania nie miał prawa wydawać decyzji zakazujących demonstracji Komitetowi Wolny Kaukaz. Sąd powołał się w tym względzie na art. 57 Konstytucji RP, zgodnie, z którym każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. NSA w uzasadnieniu wyroku podkreślił, „że w konstytucji wprowadzono instytucję wolności zgromadzeń, a nie jedynie prawa do organizowania zgromadzeń”. Wyrok ten nie zmienił jednak polityki władz. Przed sądem stają kolejni działacze antywojenni, związkowi, polityczni czy społeczni.

Na dzień dzisiejszy w poznańskim sądzie grodzkim toczą się kolejne sprawy około 20 osób, które demonstrowały na lotnisku Ławica w sierpniu 2004 roku, przeciwko przylotowi do Poznania członków promoskiewiskich władz Czeczenii współodpowiedzialnych za łamanie praw człowieka na Kaukazie. Jest to szczególnie kuriozalny przypadek zważywszy na fakt wcześniejszego jedenastokrotnego wydania, jak się okazuje nielegalnych, decyzji odmawiających prawa do demonstracji w sprawie wojny w Czeczenii. Jednak na ławie oskarżenia nie zasiadają ci, którzy te decyzje wydali, ale osoby, które miały prawo do demonstrowania. 21 grudnia przed sądem stanął także Maciej Hojak oskarżony o przewodzenie nielegalnemu zgromadzeniu, czyli pikiecie przeciwko okupacji Iraku, jaka się odbyła w Poznaniu 20 marca 2004 roku.

Taką sytuacją zaniepokojeni są przedstawiciele różnych organizacji jak Komitet Helsinski, czy Amnesty International. Swoje obawy wyrażają także zwykli obywatele. 23 grudnia 2003 roku Gazeta Wielkopolska opublikowała list Jana Piskorskiego: „dotychczasowa poznańska praktyka [w odniesieniu do protestów antywojennych] – czytamy w nim – budzi lęk i przede wszystkim pytanie o jakość polskiej demokracji, ponieważ prawo do wyrażania własnych poglądów, w tym i prawo do demonstrowania, uchodzi za jeden z najważniejszych jej wyznaczników”.

Problem ten jest tym bardziej poważny że, po pierwsze, nie mamy do czynienia z odosobnionymi przypadkami, ale masowym zjawiskiem, a po drugie – represje nie są konsekwencją braku kontroli nad aparatem przymusu, czy nawet niedoskonałości samego systemu, ale politycznego zapotrzebowania na tego typu działania. Dowodzi tego na przykład próba nowelizacji ustawy o zgromadzeniach, w której chciano umieścić przepisy zakazujące udziału w demonstracji osobom, których wygląd uniemożliwia ich identyfikację, oraz stanowiące, że za szkody wyrządzone przez uczestnika zgromadzenia podczas jego przebiegu lub bezpośrednio po nim odpowiada solidarnie organizator ze sprawcą. Na pozór mówiono o zapewnieniu bezpieczeństwa, w istocie chciano obostrzyć prawa do demonstrowania własnych przekonań. Nowelizacja miała wejść w życie przed zaplanowaną w Warszawie manifestacją przeciwko Europejskiemu Szczytowi Ekonomicznemu. Trybunał Konstytucyjny uznał jednak te przepisy za niezgodne z Konstytucją. Dwa: w Poznaniu politycy partii „Prawo i Sprawiedliwość”, opowiadającej się za przywróceniem kary śmierci, oraz za nadaniem policji i aparatowi przymusu jeszcze większych uprawnień, chcieli uchwałą rady zobligować prezydenta miasta do zakazywania pewnego typu manifestacji (tzw. „marszów równości” organizowanych przez mniejszości społeczne, w tym seksualne). Naciski te były czynione z świadomością, że są one sprzeczne z konstytucją i powszechnym prawem do manifestacji swoich przekonań. Zastanawia, jak będą respektowane prawa obywatelskie, kiedy partia ta zdobędzie władzę, do czego pretenduje. Wreszcie trzeba mieć świadomość, że restrykcje dotykają tylko pewnego typu działań politycznych, bowiem zasadniczo nie zdarza się, aby podlegały nim na przykład różnego typu akcje promocyjne, niekiedy używające urządzeń nagłaśniających, często nie zgłoszonych w odpowiednim urzędzie, prowadzące do zbiegowiska, tarasujące trotuary i zaśmiecających ulice (zatem wszystko, o co są oskarżani „polityczni”). Czy wówczas pojawia się policja, filmuje, legitymuje uczestników i umieszcza dane w swoich przepastnych archiwach, gdzie zapisane są nazwiska setek, a może nawet tysięcy działaczy społeczno­‑politycznych, i wreszcie kieruje sprawy do sądów? Nie. Akcja promocyjna prowadzona w imieniu jakiejś korporacji jest – jak się okazuje – jak najbardziej na miejscu. Powstaje zatem pytanie: dla kogo jest ta demokracja?