W systemie doszło do spięcia

Od redakcji
16.07.2009

Czołówki gazet okupują słowa, które miały zostać zapomniane i wyklęte: kryzys, krach i depresja. A przecież miało być tak dobrze – globalny kapitalizm nie tylko miał wzmacniać nieustanny wzrost gospodarczy, wyciągać biednych z nędzy bez naruszania potęgi bogatych, ale i zaprowadzić wieczny pokój, Pax Americana. Neoliberalna ideologia, jak się zdawało, ostatecznie zmiażdżyła wszystkie konkurentki na drodze ku rajskim ogrodom „prawdziwego kapitalizmu”. Jej potęga była tak przemożna, że potrafiła zamienić swych najbardziej nieprzejednanych wrogów w wasali lub wręcz ślepych wyznawców. Silne niegdyś partie socjalistyczne, a nawet dawne tygrysy marksizmu, przekształcały się w potulne liberalne kociaki trzeciej drogi. Dawni amerykańscy socjalliberałowie, twórcy New DealuGreat Society, po krótkich wahaniach lat siedemdziesiątych stwierdzili, nie bez pewnej racji, że nie mają już nic ciekawego do zaproponowania, jeśli chodzi o obronę „kapitalizmu z ludzką twarzą” i także złożyli broń.

I nagle na chwilę wszystko zamarło. Szok i przerażenie na giełdach, w bankach i zarządach korporacji. A potem płomienie na ulicach Grecji, Islandii, Łotwy… Oto przytrafił się nam globalny wypadek. Ideologiczna twierdza rozpadła się w jednej chwili niczym domek z kart. Ale stan traumy na szczytach władz trwał jedynie moment. Rozpoczęto gorączkowe wdrażanie planu awaryjnego: Prawda staje się Kłamstwem, Kłamstwo staje się Prawdą. To, co jeszcze wczoraj było bezdyskusyjnym fundamentem Nauki, dziś staje się oczywistym przeinaczeniem i brednią. A następnie zostaje zapomniane i wyparte przez rodzący się język nowego kapitalistycznego konsensusu – globalnej socjaldemokracji. Jeszcze przedwczoraj słyszeliśmy, że nie ma środków na pomoc dla bezrobotnych, dziś natomiast mówi się o helikopterach, które mają zrzucać pieniądze z nieba, byleby tylko ludzie nie przestawali kupować. Kapitalistyczna maszyna produkcyjno­‑konsumpcyjna nie może przestać pracować ani przez chwilę. Wczoraj nacjonalizacja była słowem przeklętym, przynoszącym na myśl gułag i zbrodnie Pol Pota, dziś jest czymś naturalnym. „AIG? W całości czy na sztuki? Zapakować? Kto kupi General Motors? Legenda motoryzacji! Sobie zostawimy 1 procent, resztę niech weźmie rząd i pracownicy. Błagamy!” Nie zostawia się przyjaciół w potrzebie.

„Nikt nie wie co się dzieje”. Nawet „wielki” były szef Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych Paul Volcker, demokratyczny czempion Ronalda Reagana, pogromca inflacji, rozłożył bezradnie ręce. Pewnie dlatego został doradcą ekonomicznym Baracka Obamy – nowego Atlasa podtrzymującego gwiaździste sklepienie globalnego kapitalizmu, złotoustego herosa wyznaczonego do realizacji karkołomnego zadania – jak zmienić tyle, aby nie zmienić niczego. Nowy Captain America mówi niczym stary, dobry Winston Churchill: czekają was pot, krew i łzy, ale Ameryka wypełni swe boskie przeznaczenie – stanie znów na czele Wolnego Świata i pokona kryzys, terrorystów oraz globalne ocieplenie. Za gwiaździstym sztandarem podążają przywódcy Unii Europejskiej. Nie ma takiej sumy, której nie wydaliby na ratowanie korporacji. Gdzie po złożeniu urzędów ministerialnych czy poselskich znaleźliby dobrze płatną pracę? Niezawodna Angela Merkel stwierdziła, że zahamowanie produkcji nowych samochodów jest nie tylko nieekonomiczne, ale i nieekologiczne, dlatego dopłaci każdemu, kto kupi nowe auto. W imię walki o lepsze jutro i czyste niebo. Bez wzrostu produkcji i konsumpcji korporacyjnych towarów nie ma kapitalizmu. Można skąpić na służbę zdrowia, nowe mieszkania i edukację, lecz jeżdżenie starym samochodem to zbrodnia przeciwko podstawowym prawom człowieka. Przeciwko wolności.

Rząd Donalda Tuska jednak postanowił przyjąć nieco inną taktykę – udaje, że nic się nie stało. Polska jest, jak wiadomo, samotną wyspą spokoju na wzburzonym oceanie. Zastanawiać może jedynie, czy nie jest to aby spokój cmentarny. Chaos gospodarczy lat osiemdziesiątych i kolejne „etapy reform” rządów Messnera i Rakowskiego, przygotowujące grunt pod terapię szokową lat dziewięćdziesiątych, załamanie gospodarcze z początku dwudziestego pierwszego wieku i masowy exodus mieszkańców – słowem w tym kraju kryzys nie tyle się zaczął, co nigdy się nie skończył. Gdy bezrobocie w Niemczech zbliża się do 8 procent, dla obywateli tamtego kraju jest to prawdziwa klęska; gdy w Polsce spadło rok temu poniżej 10 procent, nasze władze i zawsze usłużni „czołowi” ekonomiści ogłosili to jako sukces na miarę lotu na Księżyc. Chciałoby się powiedzieć – recesja w Niemczech to jak prosperity w Polsce. Jak się okazuje, postawa rządu niewiele zmieniła się od czasów Drugiej Rzeczpospolitej. Trzecia RP miała być jej rodzoną córką – i w rzeczy samej jest. Gdy rozsypią się bloki z lat siedemdziesiątych, gdy spłoną już wszystkie domy socjalne, są spore szanse, że znów zobaczymy w wielkich polskich miastach slumsy z dykty i blachy dla biedoty, jak w latach trzydziestych, za którymi tak tęsknią nasze elity.

Gdzie jednak w tym wszystkim podziali się krytycy? Gdzie ukrył się ruch oporu przeciwko tak bezwzględnemu dla milionów status quo? Lewica nie może się pozbierać po okresie błędów i wypaczeń realnego socjalizmu z jednej i kapitalizmu z ludzką twarzą z drugiej strony. Ale opozycjoniści istnieją, choć często są słabo widoczni. Trudno ich dostrzec z katedr uniwersyteckich, nie zauważa się ich także często na łamach gazet (chyba że ktoś spektakularnie podpali hotel). Ale opór tli się pod powierzchnią pozornego pokoju społecznego. Czasem wybuchnie to tu, to tam protestem lub strajkiem. Powstają nowe sieci powiązań, nowe równościowe i wolnościowe idee wyłaniają się z codziennych walk i być może już niedługo wkroczą na scenę z pełną siłą. Nie możemy tego momentu przegapić. „Historia daje nam szansę, która, jeśli jej nie wykorzystamy, nie powtórzy się już za naszych czasów”.

„Życzymy wam kolejnych nieprzewidywalnych dekad”. Tak, tego właśnie wam życzymy i bez wątpienia będą dla wielu zdumiewające.

Artykuł otwierający „Recykling Idei” nr 12 (wiosna/lato 2009), Awaria systemu.