Atak na Iran: czy mówią to na poważnie?

Immanuel Wallerstein
15.05.2006

Od jakiegoś czasu twierdzę, że czynione przez amerykańską armię zapowiedzi dotyczące ataku na Iran to ostatecznie tylko przechwałki, i że atak ten nie nastąpi, gdyż byłoby to zupełnie nieracjonalne z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych oraz ze względu na silną opozycję w szeregach przywódców sił zbrojnych. A jednak, ostatnio w magazynie „The New Yorker”, Seymour Hersh opublikował artykuł, w którym omawia obawy dowódców armii Stanów Zjednoczonych, iż atak ten jest faktycznie przedmiotem rozważań prezydenta Busha. Co gorsza, pisze autor artykułu, odpowiadając bezpośrednio na sprzeciw wojskowych, prezydent nie wykluczył użycia taktycznej broni jądrowej w celu wdarcia się głęboko do bunkrów, gdzie sprzęt nuklearny jest przechowywany.

Artykuł ów spotkał się z zadziwiająco licznymi komentarzami. Podobne opowieści pojawiły się zaś w „Washington Post” oraz w „Associated Press”. Prezydent natychmiast powiedział, iż są to „szalone spekulacje”, choć nie przyznał, że opcja ta jest nie do pomyślenia. Minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Jack Straw, powiedział jednak, że atak na Iran jest „nieprawdopodobny”, zaś plany użycia broni jądrowej określił jako „całkowicie zwariowane”.

Komu mamy więc wierzyć? Jak wiadomo, Hersh od dawna utrzymuje stosunki z wysoko postawionymi oficerami armii (jak również z wysoko postawionymi pracownikami CIA) i ma na swoim koncie liczne przypadki ujawniania spraw, które następnie okazały się prawdziwe. Prezydent natomiast, w ciągu ostatnich pięciu lat, odnotował bardzo słaby wynik w kwestii mówienia prawdy. Zaś wynik Jacka Straw’a nie jest dużo lepszy. Jesteśmy więc zmuszeni przynajmniej przyjrzeć się wysuwanej argumentacji.

Dlaczego atak byłby nieracjonalny – podkreślam, że z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych – jest dla mnie całkiem jasne. Po pierwsze, w momencie, gdy siły armii amerykańskiej wydają się niewystarczające aby osiągnąć to, co Stany Zjednoczone próbują osiągnąć w Iraku i Afganistanie, atak na Iran nadwerężyłby zasoby wojskowe jeszcze bardziej, być może znacznie poza moment pęknięcia. Po drugie, według wszelkich analiz, które czytałem, irańskie siły obronne są na tyle dobrze zorganizowane i rozmieszczone geograficznie, że żaden atak powietrzny (jakkolwiek zmasowany) nie zniszczyłby ich do końca. W najlepszym wypadku jedynie spowolniłby obronę.

Jest też kwestia irańskiej odpowiedzi. Nawet jeśli Irańczycy nie są jeszcze w stanie zrzucić własnej broni jądrowej gdziekolwiek, mają silne wpływy w Afganistanie, a w szczególności w Iraku. Mogą tam poczynić jeszcze większe spustoszenie, a atak może skłonić umiarkowanie proamerykańskie siły, takie jak część szyitów w Iraku, do zajęcia stanowiska agresywnie opozycyjnego.

Jest również problem negatywnych skutków. Oczywiście atak taki nie zagrozi krajom potencjalnie mogącym rozprzestrzeniać broń jądrową. Sprawi raczej, że wszystkie one bardziej się pospieszą. Iran może się nagle przesunąć politycznie z pozycji państwa trzymanego nieco na dystans przez państwa arabskie na pozycję bohatera świata muzułmańskiego, ze wszystkimi konsekwencjami, jakie będzie to miało w państwach Zatoki Perskiej, Arabii Saudyjskiej, Libanie, Palestynie, a nawet w Egipcie.

Nie zapominajmy też o ropie. Przerwanie irańskich dostaw – znaczącej części światowych zasobów ropy – niemal z pewnością podniosłoby ceny ropy z obecnych około 60 dolarów za baryłkę do 100 dolarów. To zaś będzie miało niesłychane i nieprzewidywalne negatywne konsekwencje dla światowego systemu gospodarczego1, i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu na gospodarkę Stanów Zjednoczonych.

Sprzymierzeni? Nawet najwierniejsza sojuszniczka, Wielka Brytania, dała Stanom Zjednoczonym bardzo silnie do zrozumienia, że nie popiera napaści wojskowej, niezależnie od tego, jak bardzo jest zaangażowana w próby zapobieżenia uzyskaniu broni jądrowej przez Iran.

I wreszcie kwestia ogólnego wpływu na pozycję Stanów Zjednoczonych na świecie. Dokładnie w tym tygodniu francuski think tank zajmujący się sprawami zagranicznymi, IRIS, sporządził bilans dotyczący amerykańskiej inwazji w Iraku. Nazwano ją „quasi­‑katastroficzną” dla Stanów Zjednoczonych, czego skutkiem jest, iż „hiperwładza” stała się „hiper­‑powikłana i hiper­‑niepopularna”. Francuzi lubią używać przedrostka „hiper­‑” na oznaczenie czegoś o jeden stopień wyższego niż to, co określane przez przedrostek „super­‑”. Krótko mówiąc, dlaczego, po trzech latach quasi­‑katastrofy – Stany Zjednoczone miałyby dążyć do pogorszenia swej sytuacji?

A jednak, pomimo tego wszystkiego, wydaje się, że wysocy oficerowie amerykańscy są głęboko zaniepokojeni. Hersh pisze, że Połączony Komitet Szefów Sztabów planuje wystosowanie oficjalnego listu sprzeciwu do prezydenta. W zeszłym miesiącu kilku emerytowanych generałów, którzy służyli w Iraku zaapelowało o rezygnację sekretarza obrony Rumsfelda. Moment nie mógł być przypadkowy.

Dlaczego ci oficerowie mają obawy? Hersh daje nam jedno wyjaśnienie. Otóż myślą oni, że prezydent Bush ma kompleks „mesjanistyczny”. Jak wiemy, ludzie z kompleksem mesjanistycznym są niebezpieczni, szczególnie gdy trzymają rękę na broni jądrowej i kontrolują najsilniejszą machinę wojskową na świecie.

Spytajmy ponownie: czy to wystarczy? Z jakimkolwiek przypadkiem mamy do czynienia u Busha, powinniśmy również poznać motywy kierujące ludźmi z jego otoczenia – militarystami oraz intelektualistami z obozu neokonserwatystów. Cóż takiego mogą powtarzać sami do siebie, co kwestionowałoby oczywiste argumenty przeciwko interwencji wojskowej? Jedną rzeczą jest fakt, iż nie mają nic do stracenia. Jeśli Stany Zjednoczone nie interweniują, Iran będzie faktycznie miał wkrótce broń jądrową. Nie poddają się całkowicie tej perspektywie, gdyż z pewnością zmniejszyłoby to wpływy polityczne Stanów Zjednoczonych w tym regionie. Ale czy zapobieżenie zmniejszeniu wpływów amerykańskich warte jest Armagedonu?

Niektórzy z nich mogą z kolei myśleć w wąskiej perspektywie wyborczej. Jeśli atak byłby dobrze wymierzony w czasie, mógłby chwilowo podnieść poziom poparcia dla Busha, zaniepokoić już zbyt prowojennych Demokratów, wystarczyłby też, aby zapewnić zwycięstwo Republikanom w wyborach do Kongresu w 2006 roku, przekreślając tym samym pomysł postawienia prezydenta w stan oskarżenia.

Jest też Izrael. Rząd izraelski oraz jego przyjaciele w Stanach Zjednoczonych twierdzą otwarcie, że nie mogą zaakceptować wizji Iranu posiadającego broń jądrową i od dawna grożą przeprowadzeniem ataku powietrznego, jeśli będzie to konieczne. To, że mają jeszcze mniejszą możliwość niż Stany Zjednoczone, by zakończyć to pomyślnie, oznacza jedynie, że koncentrują się na wciągnięciu USA w tę robotę. Obrona Izraela jest głównym przedmiotem troski Stanów Zjednoczonych, a w szczególności rządu Busha. A dlaczego Izrael ma takie obawy? Czy naprawdę myślą tam, że Iran zamierza ich zbombardować? Wątpię w to, ale oni uważają, że jeśli Izrael nie będzie najsilniejszą potęgą wojskową na Bliskim Wschodzie to zmniejszy się ich siła polityczna. I oczywiście mają rację.

A zatem, czy Stany Zjednoczone zaatakują czy też nie? Na ogół twierdzę, że racjonalność wygrywa, choć czasem tak się nie dzieje. Albo też niektórzy ludzie mają nie kompleks mesjanistyczny, ale kompleks Samsona.

Przełożył Marcin Starnawski

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 15 października 2005, http://fbc.binghamton.edu/183en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e­‑mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach internetowych. W celu tłumaczenia i opublikowania tekstu lub jego fragmentów w wersji drukowanej i/lub innej, w tym na komercyjnych stronach internetowych, kontakt z autorem na adres: immanuel.wallerstein (at) yale.edu; fax: 1­‑203­‑432­‑6976.

Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Przypisy:
Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).