Czy NATO jest w stanie przetrwać kryzys w Gruzji?

Immanuel Wallerstein
20.09.2008

W dziennikarskim zamieszaniu wokół nowej zimnej wojny większości komentatorów umyka prawdziwy kryzys, który skrystalizował się w wyniku nierozważnego napadu Saakaszwiliego na Południową Osetię. Sens istnienia NATO został poddany w wątpliwość.

Aby zrozumieć sedno problemu, trzeba cofnąć się do początków NATO jako instytucji oraz jako idei. Wszystko zaczęło się w 1947 roku, kiedy podpisując Traktat w Dunkierce Wielka Brytania i Francja zadeklarowały wzajemną pomoc na wypadek odrodzenia się militarnej agresji ze strony Niemiec. W wyniku podpisania Traktatu Brukselskiego w 1948 roku – wciąż z zamiarem obrony przed Niemcami – ugrupowanie rozszerzono o Holandię, Belgię oraz Luksemburg. Niewiele później, jeszcze w tym samym roku, te pięć krajów wraz z połączonym komitetem szefów sztabów utworzyło Organizację Obrony Unii Zachodniej. Dwie sprawy należy podkreślić w odniesieniu do tych traktatów. Po pierwsze, Stany Zjednoczone nie były w nich stroną, po drugie zaś celem tych traktatów były początkowo Niemcy, a nie w Związek Radziecki.

Stworzenie NATO w roku 1949 nastąpiło tuż po blokadzie Berlina1 w 1948. W praktyce oznaczało to unieważnienie postanowień traktatów obronnych Unii Zachodniej. NATO koncentrowało się bowiem nie na zagrożeniach odnowionego militaryzmu niemieckiego, ale na zimnej wojnie między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim.

Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych NATO miało służyć kilku różnym celom. Stanowiło informację dla Związku Radzieckiego, że kraj ten zobowiązuje się do utrzymania, dotychczasowego podziału stref wpływów w Europie, jak się wydawało, zagrożonego przez blokadę Berlina. Ponadto było sposobem na zjednoczenie Francuzów i Brytyjczyków w procesie remilitaryzacji Niemiec Zachodnich. NATO stanowiło również skuteczną formę sprawowania kontroli nad działaniami wojskowymi sojuszników poprzez rozwiązywanie powstających w tych krajach nowych struktur militarnych, a następnie podporządkowanie ich oddziałów amerykańskiemu dowództwu.

Zarówno przywódcy polityczni, jak i znacząca część obywateli krajów zachodnioeuropejskich byli początkowo przychylni idei NATO. Z punktu widzenia tych krajów gwarantowało ono, że w razie gdyby ZSRR pokusiło się o zerwanie postanowień układu jałtańskiego, Stany Zjednoczone faktycznie staną w ich obronie.

W ramach gestu historycznego pojednania Francja gotowa była, zaakceptować remilitaryzację zachodnich Niemiec. Narzekała jednak na trzeci z celów obranych przez NATO, mianowicie postulat utrzymywania francuskich oddziałów wojskowych pod dowództwem Stanów Zjednoczonych, co było zresztą bezpośrednim powodem wycofania z NATO struktury dowodzenia sił zbrojnych przez generała Charlesa De Gaulle’a i zażądania przeniesienia kwatery głównej NATO z Paryża do Brukseli.

Począwszy od lat siedemdziesiątych zachodnia Europa nie tylko zdążyła pozbyć się obaw dotyczących Niemiec, ale zaczęła wierzyć, że zagrożenie nieuchronną inwazją ze strony Związku Radzieckiego bezpowrotnie minęło.

Nie tylko Francja lecz również różne inne kraje zaczęły zastanawiać się nad tym, jak można by skłonić poststalinowski Związek Radziecki do bardziej intensywnej współpracy z Europą Zachodnią. Było to widoczne zwłaszcza w przypadku zachodnioniemieckiej Ostpolitik, natomiast kiedy w latach osiemdziesiątych pojawiła się idea zbudowania gazociągu biegnącego ze Związku Radzieckiego do Europy Zachodniej, została ona przychylnie przyjęta nawet przez rządzoną wówczas przez Margaret Thatcher Wielką Brytanię.

Stany Zjednoczone były przerażone tą perspektywą. Bezskutecznie sprzeciwiały się budowie gazociągu. Usiłowały ukrócić wszystkie rozmowy dotyczące odradzającej się armii europejskiej, która nie byłaby częścią NATO. Ogólnie rzecz biorąc Stany Zjednoczone stały się znacznie mniej przychylne idei Europy, która byłaby odrębna względem wspólnoty północnoatlantyckiej.

Wraz z upadkiem komunizmu w 1989 roku oraz rozwiązaniem Związku Radzieckiego w roku 1991 napięcie wzrosło. Ponieważ NATO było strukturą stworzoną do obrony Europy Zachodniej przed rządzonym przez partię komunistyczną Związkiem Radzieckim, powstaje pytanie, jaką funkcję powinno ono spełniać obecnie.

Stany Zjednoczone, zdeterminowane, byutrzymać NATO, usiłowały na nowo zdefiniować jego rolę. Były także zdecydowane nie dopuścić do wyłonienia się oddzielonej od nich, autonomicznej struktury europejskiej, co więcej, zainteresowanej przedstawioną przez Michaiła Gorbaczowa ideą „wspólnego europejskiego domu”, obejmującego także Rosję.

Kolejnym bezpośrednim strukturalnym problemem Paktu Północnoatlantyckiego była kwestia ekspansji – zastanawiano się nad tym, czy powinno się przyjąć w poczet jego członków wyzwolone już spod rządów ZSRR/Rosji byłe kraje satelickie. Stany Zjednoczone natychmiast zaczęły ostro forsować propozycję przyjęcia tych państw w poczet członków NATO.

Europa Zachodnia była nastawiona do tej propozycji mniej entuzjastycznie. Byłe państwa satelickie Związku Radzieckiego traktowały swoje przystąpienie do tej organizacji jako akt związania się z Stanami Zjednoczonymi, jako swego rodzaju formę obrony przed Rosją oraz jako szansę na rozwój gospodarczy. Natomiast dla Stanów Zjednoczonych włączenie tych państw do NATO było sposobem na zahamowanie ewentualnego odrodzenia się Rosji; a nawet więcej, gwarancją tego, że – nie chcąc ryzykować sprzeciwu ze strony wspomnianych państw – „Europa” nie będzie w stanie zerwać bliskiego sojuszu z Ameryką. Europa Zachodnia, świadoma prawdziwych intencji Stanów Zjednoczonych, nie podzielała entuzjazmu pozostałych krajów.

Całą sytuację w dużym stopniu zaostrzyła wojna w Iraku. Donald Rumsfeld rozwodził się nad dwiema Europami – słabą, niechętną do współpracy „starą” Europą oraz „nową” Europą, zorientowaną na realizację tych samych globalnych celów, które przyświecają Stanom Zjednoczonym. Faktycznie w momencie bezpośredniej inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak w 2003 roku istniały trzy Europy: Rumsfeldowska „nowa” Europa (czyli byli satelici Związku Radzieckiego); kraje, które odmówiły przystąpienia do tak zwanej „koalicji chętnych” (szczególnie Francja i Niemcy); oraz te kraje europejskie, które w 2003 roku poparły amerykańską inwazję na Irak (zwłaszcza Wielka Brytania, Hiszpania oraz Włochy).

Znajdujące się w opozycji wobec Stanów Zjednoczonych na forum ONZ Francja i Niemcy powoli zbliżały się pod względem politycznym do Putinowskiej Rosji. Napięcie rosło. Kiedy w tym roku Stany zaczęły forsować uruchomienie procedury przyjęcia w poczet członków NATO Ukrainy i Gruzji, napotkały na zdecydowany sprzeciw już nie tylko ze strony Francji czy Niemiec, ale także Wielkiej Brytanii, Hiszpanii oraz Włoch.

W praktyce Stany Zjednoczone mogły liczyć na silne poparcie jedynie ze strony czterech państw wschodnioeuropejskich: Polski oraz trzech państw bałtyckich. Pozostałe wschodnioeuropejskie państwa zachowały daleko idącą powściągliwość.

Kiedy doszło do udaremnionego dzięki sprawnej i dynamicznej reakcji Rosji marszu Saakaszwiliego na południową Osetię, Polska oraz owe trzy państwa bałtyckie natychmiast zaoferowały pełne wsparcie dla Gruzji. Stany Zjednoczone nieco później wzmocniły swoją retorykę i wysyłały okręty wojenne z pomocą humanitarną.

Jak wyglądała reakcja Europy Zachodniej? Natychmiast, nie konsultując się z nikim, francuski prezydent Nicolas Sarkozy podjął rozmowy mające na celu wynegocjowanie zawieszenia broni, by następnie skłonić Unię Europejską do podpisania się pod tym faktem dokonanym. Wkrótce potem niemiecka kanclerz Angela Merkel przystąpiła do dalszych negocjacji z Rosją. Nawet włoski premier Silvio Berlusconi osobiście zatelefonował do prezydenta Putina. Przez cały ten czas Condoleeza Rice znajdowała się z dala od rzeczywistych rozmów dyplomatycznych.

Czy dyplomacja zadziałała? Oczywiście jedynie do pewnego stopnia, ponieważ wciąż toczy się spór o to, gdzie obecnie stacjonują rosyjskie oddziały sił zbrojnych, nie ma także jasności w sprawie ostatecznego uznania przez Rosję autonomii południowej Osetii i Abchazji. Jednak ze strony zachodnioeuropejskich mężów stanu wciąż padają wypowiedzi, z których wynika, że należy zachować daleko idącą ostrożność i nie zrywać kontaktów z Rosją. Wydaje się, że spora część zachodnioeuropejskiej prasy potrafi jedynie karcić Rosję za to, że to ona zrywa przyjacielskie relacje z Europą Zachodnią.

Wiele wnosi raport opublikowany przez „The New York Times”, z którego wynika, że Polska, Czechy oraz państwa bałtyckie nie zwracają się z problemem do Rice, lecz zwracają się do Angelę Merkel, prosząc ją o użycie swoich wpływów w celu rozwiązania sytuacji. Ta wyraziła się jednak jasno, że Niemcy nie będą śpieszyć się z uznaniem gruzińskiego członkostwa w NATO.

Wart uwagi jest także opublikowany na łamach „Financial Times” artykuł z komentarzami Kishore Mahbubani, starszego wykładowcy akademickiego z silnie prozachodniego Singapuru. Mahbubani pisze, że 10 procent świata jednoczy się w potępianiu Rosji, zaś pozostałe 90 procent „jest ogłupione zachodnim moralizowaniem w sprawie Gruzji”. Mówi, że Mao Zedong w jednej sprawie miał rację – mianowicie w rozróżnieniu na sprzeczność główną i sprzeczności drugoplanowe, z którymi zawsze trzeba iść na kompromis. „Daleko jest jednak Rosji do zajęcia pozycji sprzeczności pierwszoplanowej, w obliczu której stoi zachód”. Mahbubani kończy wnioskiem, że to zachodnie „wypaczone myślenie [strategiczne]” sprawia, że świat staje się coraz bardziej niebezpiecznym miejscem.

Stany Zjednoczone nie są jeszcze gotowe na to, aby przejąć się mądrymi radami swoich przyjaciół z niezachodniego świata. Europa Zachodnia zaś boryka się z próbą zrozumienia tego, co stanowi dla niej stawkę w tej grze. NATO nie może przetrwać swojej nieodpowiedniej w obecnych warunkach strategii – w warunkach, które Mahbubani określa mianem „ery postzimnowojennej”.

Przełożyła Greta Wierzbińska

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 1 września 2008, http://www.binghamton.edu/fbc/240en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e­‑mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach internetowych. W celu tłumaczenia i opublikowania tekstu lub jego fragmentów w wersji drukowanej i/lub innej, w tym na komercyjnych stronach internetowych, kontakt z autorem na adres: immanuel.wallerstein (at) yale.edu; fax: 1­‑203­‑432­‑6976.

Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Przypisy:
Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).