Druga rewolucja arabska: wygrani i przegrani

Immanuel Wallerstein
27.02.2011

Na czele rewolucji arabskiej 1916 roku przeciwko Imperium Osmańskiemu stał Sharif Hussein bin Ali. Osmanie zostali wyparci. Jednakże Brytyjczykom i Francuzom udało się wykorzystać zdobycze tej wielkiej rewolucji do własnych celów. Po 1945 roku kolejne państwa arabskie stawały się niezależnymi członkami ONZ. W większości wypadków był to jednak rezultat dążeń Stanów Zjednoczonych, które przejęły rolę Wielkiej Brytanii jako dominującej siły na arenie międzynarodowej, podczas gdy Francji udało się utrzymać jedynie niewielkie wpływy w Maghrebie i Libanie.

Druga rewolucja arabska wisiała w powietrzu już od kilku lat. Zwycięskie powstanie młodzieży tunezyjskiej w zeszłym miesiącu dostarczyło jej solidnego zastrzyku nowej energii. Kiedy odważni młodzi ludzie ryzykują życiem, aby powstać przeciwko wysoce skorumpowanemu, despotycznemu reżimowi, i udaje im się obalić prezydenta, należą im się brawa. Cokolwiek nastąpi teraz, była to wielka chwila dla ludzkości. Pozostaje pytanie, co teraz?

Właściwie to pytania są dwa. Jak to się stało, że powstanie to zakończyło się powodzeniem, podczas gdy tak liczne próby podjęte w innych krajach odniosły porażkę? A następnie, kim będą wygrani, a kim przegrani w Tunezji, w świecie arabskim, w całym systemie­‑świecie?

Niełatwo jest buntować się przeciwko autorytarnej władzy. Ma ona do swojej dyspozycji broń i środki finansowe, i na ogół jest w stanie zdławić próby sprzeciwiania się jej. Akty symboliczne, takie jak samospalenie młodego handlarza ulicznego Mohammeda Bouazizi w odległym tunezyjskim miasteczku w proteście przeciwko swawoli przedstawicieli władzy, mogą wywołać falę protestów – jak miało to miejsce w Tunezji. Jednak, żeby taki akt stał się przyczynkiem do obalenia władzy, w jej strukturze muszą pojawić się pęknięcia.

W tym wypadku pęknięcia te były wyraźnie widoczne. Zarówno armia, jak i żandarmeria odmówiły strzelania do protestujących, pozostawiając wykonanie tego zadania elitarnej straży prezydenckiej. Nie przyniosło to pożądanego skutku i prezydent Zine El­‑Abidine Ben Ali musiał uciekać wraz z rodziną, a schronienie udało mu się znaleźć jedynie w Arabii Saudyjskiej. Pęknięcia w strukturze władzy zostały jasno uwidocznione, kiedy czołowe postaci partii Ben Alego, próbując tę burzę przetrwać, dopilnowały, żeby Abdelwahab Abdullah, odgrywający przewodnią rolę w tunezyjskim aparacie przymusu, trafił za kratki, zanim to on aresztuje ich. Proszę sobie przypomnieć, jak po śmierci Stalina jego następcy, z tego samego powodu, bezzwłocznie aresztowali Ławrientija Berię.

Naturalnie po ucieczce Ben Alego cały świat przyklasnął, jedynie z wyjątkiem Kaddafiego w Libii i Berlusconiego we Włoszech, którzy w dalszym ciągu gotowi byli bronić jego zalet. Francja, udzielająca dotąd Ben Alemu szerokiego wsparcia, była wystarczająco zażenowana, aby przyznać się do błędu w ocenie sytuacji. Stany Zjednoczone, pozostawiwszy Tunezję w ponoć bezpiecznych rękach Francji, nie czuły, że również i one winne są jej przeprosiny.

Jak wszyscy zgodnie zauważyli, przykład Tunezji był inspiracją do podobnych protestów w innych krajach arabskich – obecnie głównie w Egipcie, Jemenie i Jordanii. W momencie pisania tego artykułu nie jest pewne, czy prezydent Egiptu, Hosni Mubarak, utrzyma się przy władzy.

Wreszcie, kim są zwycięzcy, a kim przegrani? Przez co najmniej sześć miesięcy, być może dłużej, nie dowiemy się, kto przejmie władzę w Tunezji, w Egipcie, wręcz w całym świecie arabskim. Spontaniczne powstania stwarzają sytuację taką jak ta w Rosji w 1917 roku, kiedy to, mówiąc słowami Lenina, „władza leżała na ulicy”, dając dobrą okazję zorganizowanej, zdeterminowanej sile do objęcia steru, co uczynili bolszewicy.

Faktyczna sytuacja polityczna w każdym z krajów arabskich jest inna. Nie istnieje dziś kraj arabski z silną, zorganizowaną, świecką, radykalną organizacją polityczną, taką jak bolszewicy, gotową sięgnąć po władzę. Istnieją różnorodne mieszczańskie ruchy liberalne, które chciałyby odgrywać znaczącą rolę, ale niewiele z nich zdaje się posiadać silne podstawy organizacyjne. Najbardziej zorganizowane są ruchy islamistyczne. Ale nie są one jednorakie. Proponują różnorodne wizje państwa islamistycznego, poczynając od stosunkowo tolerancyjnego wobec innych grup, jakie istnieje obecnie w Turcji, poprzez wersje pośrednie, jak Bracia Muzułmanie w Egipcie, po surową odmianę Szariatu (narzuconą przez Taliban w Afganistanie). Wynik walk o władzę wewnątrz krajów arabskich jest niepewny i niestały. Toteż jest niemożliwe do przewidzenia, kto okaże się tu zwycięzcą.

Co jednak z siłami spoza świata arabskiego, które usilnie próbują kontrolować sytuację? Jeśli o nich mowa, głównym graczem są tu Stany Zjednoczone. Drugim jest Iran. Wszystkie inne – Turcja, Francja, Wielka Brytania, Rosja, Chiny – są mniej ważne, choć mimo to istotne.

Wielkim przegranym drugiej rewolucji arabskiej są oczywiście Stany Zjednoczone. Widać to w niewiarygodnym niezdecydowaniu rządu amerykańskiego. Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych (jak każdej innej potęgi na świecie) władza danego kraju musi przede wszystkim spełniać jedno kryterium – być im przyjazna. Waszyngton chce być po stronie zwycięzcy, o ile ten stoi po jego stronie. Co zatem robić w sytuacji takiej jak ta w Egipcie, który jest dziś państwem satelickim Stanów Zjednoczonych? Stany Zjednoczone są zmuszone publicznie apelować o „demokrację”, niestosowanie przemocy oraz negocjacje. Wygląda na to, że za kulisami nakazały armii egipskiej nie skompromitować ich zastrzeleniem zbyt wielu osób. Ale czy bez zastrzelenia wielu osób Mubarak może przetrwać?

Druga rewolucja arabska odgrywa się na tle chaotycznej sytuacji na świecie, w której dominują trzy czynniki – spadek poziomu życia przynajmniej dwóch trzecich ludności świata; skandaliczny wzrost przychodu bieżącego stosunkowo niewielkiej górnej warstwy społecznej; znaczna utrata znaczenia tak zwanego supermocarstwa, Stanów Zjednoczonych. Rewolucja ta, jakiekolwiek odniesie skutki, jeszcze bardziej ograniczy wpływy Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w świecie arabskim, a to dlatego, że sprzeciw wobec ich ingerencji w sprawy tych krajów jest tam dziś jedynym pewnym źródłem popularności politycznej. Nawet dla tych, którzy zwykle tej ingerencji chcą oraz są od niej zależni, dalsze wspierania Stanów Zjednoczonych jest obecnie politycznie szkodliwe.

Największym wygranym spoza świata arabskiego jest Iran. Na reżim irański bez wątpienia patrzy się ze znaczną podejrzliwością, po części dlatego, że nie jest to kraj arabski, po części, bo praktykuje szyicką odmianę islamu. Jednakże to właśnie polityka Stanów Zjednoczonych podarowała Iranowi największy prezent – odsunięcie od władzy Saddama Husseina. Saddam był najzacieklejszym i najskuteczniejszym wrogiem Iranu. Przywódcy irańscy prawdopodobnie błogosławią codziennie Georga W. Busha za ten hojny podarunek. Zyskali na tym korzystnym obrocie spraw dzięki mądrej polityce, pokazując, że są gotowi wspierać ruchy nieszyickie, takie jak Hamas, o ile ostro sprzeciwiają się one wtrącaniu się Izraela i Stanów Zjednoczonych w interesy państw tego regionu.

Mniejszym wygranym jest Turcja. Przez długi czas była ona obiektem wrogości ze strony sił ludowych w świecie arabskim z dwóch powodów – bo była spadkobiercą Imperium Osmańskiego, oraz dlatego, że była bliskim sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Wybrany w powszechnych wyborach obecny rząd, reprezentujący ruch islamistyczny, który nie próbuje narzucić szariatu całemu społeczeństwu, lecz jedynie zapewnia możliwość praktyk religijnych muzułmanom, postanowił udzielić wsparcia drugiej rewolucji arabskiej, nawet za cenę narażenia na szwank uprzednio dobrych stosunków z Izraelem i USA.

Bez wątpienia z czasem największym wygranym drugiej rewolucji arabskiej będą narody arabskie.

Przełożyła Anna Zajko

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 1 lutego 2011, http://fbc.binghamton.edu/298en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Kontakt z autorem: immanuel [dot] wallerstein [na serwerze] yale [dot] edu. Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).