Osuwisko

Immanuel Wallerstein
24.11.2005

Rząd Busha znalazł się w samym środku politycznego osuwiska, zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Dwa niemal równoległe geologiczne przypadki osuwania się ziemi, które miały miejsce w tym miesiącu – jeden w Gwatemali, drugi w Kaszmirze – przypomniały nam, jak są straszliwe. Gdy się pojawią, nie można zrobić niemal nic, aby je zatrzymać. Można jedynie już po wszystkim zbierać ciała zmarłych i ocalałych ze zniszczeń.

Sygnały ostrzegawcze dla Busha pojawiały się już od jakiegoś czasu. Okupacja Iraku stale się pogarsza – coraz więcej zabitych każdego miesiąca i impas polityczny w związku z konstytucją, niezależnie od tego, jaki będzie wynik referendum. Powszechne poparcie w Stanach Zjednoczonych spada. Rosnące ceny benzyny zauważyły wszystkie gospodarstwa domowe; wzrastający poziom wydatków rządowych dostrzegli przede wszystkim republikańscy konserwatyści podatkowi. Gdy uderzyły huragany, impotencję rządu Busha mogli zobaczyć wszyscy. Gdyby wszystko inne szło dobrze, polityczne szkody mogłyby być marginalne. Ale wszystko inne nie szło dobrze.

Następnie miała miejsce nominacja Harriet Miers do Sądu Najwyższego. Osobiście nie mam wątpliwości, że jest ona tym, kim Bush twierdzi, że jest; kimś, kto dzieli z nim poglądy polityczne i tym samym stanowi dla niego logiczny wybór. Ale nominując ją, Bush wsadził kij w mrowisko wśród swojej tak zwanej bazy: chrześcijańskiej prawicy w Stanach Zjednoczonych. Zobaczmy, dlaczego stronnicy Busha zareagowali na tę nominację w tak negatywny sposób i co mogło stać za decyzją Busha.

Chrześcijańska prawica zawsze uważała na Busha, nigdy nie do końca pewna, na ile jest on jednym z nich. Ale przełykano wszystkie wątpliwości (ostatnio w związku z fiaskiem w Iraku, wysokim poziomem wydatków rządowych i reakcją na huragany) ze względu na jedno, czego od niego chciano: mianowania sędziego Sądu Najwyższego, który unieważniłby historyczną decyzję w kwestii aborcji (chodzi o sprawę Roe kontra Wade). Mieli złe wspomnienia zarówno Reagana, jak i Busha­‑ojca, którzy mianowali sędziów (Kennediego i Soutera) niezdolnych do unieważnienia sprawy Roe kontra Wade. Tym razem chcieli pewnego kandydata. I bez wątpienia jest dostępnych wielu wybitnych prawników, którzy spełniliby to żądanie.

Bush nie wybrał żadnego z nich, wybrał natomiast na ten urząd swoją wieloletnią wspólniczkę, a obecnie oficjalną prawniczkę. Dlaczego? Prawdopodobnie z wielu powodów. Bush wiedział, że mianowanie któregokolwiek prawnika z listy chrześcijańskiej prawicy doprowadziłoby do obstrukcji parlamentarnej w Senacie, a nie był pewny, czy, biorąc pod uwagę swój spadek notowań w badaniach opinii publicznej, wygrałby bitwę. Porażka w Senacie musiała mu się wydać czymś więcej, niż mógł zaryzykować. Nigdy się nie dowiemy, czy jego kalkulacje w związku z tym były słuszne.

Drugi powód mógł być taki, że Bush obawia się o liczbę spraw, które zostaną w ciągu następnych trzech lat skierowane do Sądu Najwyższego nie w związku z aborcją, ale w związku z jego własnymi decyzjami jako prezydenta. Prawdopodobnie więc chciał mieć zagwarantowany pewny głos w tych kwestiach, co Miers wydaje się mu oferować (być może z większym prawdopodobieństwem niż którykolwiek z przeciwnych aborcji sędziów, których nominacji chciała od niego chrześcijańska prawica). W dodatku inna część jego bazy – społeczność biznesowa – w istocie lubi Miers, która od dawna utrzymywała z nią kontakt i która jest przez nią postrzegana jako wiarygodna w kwestiach, które jej dotyczą.

Ostatni powód z pewnością musiał być taki, że myślał, że upiecze mu się przed chrześcijańską prawicą, ponieważ sądził, że mu „zaufają”. Ale oni mu nie ufają. Mogli mu ufać nawet rok temu, ale to już się skończyło. Ziemia się osuwa. I oczywiście fakt, że rozpoczynają właśnie szeroko zakrojoną kampanię przeciwko Miers, mając nadzieję na to, że zmuszą Busha do wycofania nominacji, tylko przyspiesza powstawanie osuwiska. Zbliżają się wybory w roku 2006. I znaki są jasne. W stanach, w których Republikanie mieli nadzieję na usunięcie senatorów z Partii Demokratycznej, wycofują się ich „najsilniejsi” kandydaci, wyraźnie obawiając się przegranej. Niepokój ten przenika też teraz republikańskich członków Kongresu i powoduje, że tym trudniej jest Bushowi osiągnąć to, co chce. Fakt, że Senator McCain mógł zdobyć w Senacie Stanów Zjednoczonych poparcie 90 do 9 dla projektu ustawy przeciwko torturom, która pośrednio jest ostrą krytyką administracji Busha i której on się aktywnie przeciwstawiał, stanowi miarę tego, jak osłabła pozycja Busha w samej jego partii.

Polityczne osuwiska to sytuacje w których przegrywa się niezależnie od tego, co się zrobi. Bush przegrałby, gdyby nominował jednego z prawników, których chciała chrześcijańska prawica. Ale unikając tego niebezpieczeństwa i nominując Harriet Miers, także przegrał. Wkrótce zobaczymy, jak duże zniszczenia w polityce Stanów Zjednoczonych spowoduje to osuwisko. Ale, oczywiście, będzie miał również wpływ na pozycję Stanów Zjednoczonych na światowej arenie politycznej. Referendum konstytucyjne w Iraku to kolejna przegrana sytuacja, w której znalazł się Bush, a na wycofanie się jest już zbyt późno. Więcej na ten temat później, gdy już poznamy dokładne skutki.

Przełożyła Katarzyna Gawlicz

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 15 października 2005, http://fbc.binghamton.edu/171en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e­‑mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach internetowych. W celu tłumaczenia i opublikowania tekstu lub jego fragmentów w wersji drukowanej i/lub innej, w tym na komercyjnych stronach internetowych, kontakt z autorem na adres: immanuel.wallerstein (at) yale.edu; fax: 1­‑203­‑432­‑6976.

Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).