Strategia wyjścia

Immanuel Wallerstein
20.10.2005

W Stanach Zjednoczonych sedno debaty przesunęło się. Nie chodzi już teraz o zasługi amerykańskiej inwazji na Irak. Chodzi teraz o to, kiedy i w jaki sposób USA mogą wycofać z Iraku swoje wojska, co nazywane jest „strategią wyjścia”. George Bush w dalszym ciągu daje przemowy przed ultraprzyjazną publiką, mówiąc, że wycofanie się w tym momencie rozzuchwaliłoby terrorystów. Myślę jednak, że należy dostrzec owo „w tym momencie” obecne w jego retoryce. W każdym razie retoryka Busha nie zyskuje dużego poparcia. Nawet wśród jego najbardziej gorliwych zwolenników, wielu mówi, że retoryka ta jest pusta, i że nie dostarcza on żadnego konkretnego dowodu na militarny czy polityczny postęp odnośnie pozycji Stanów Zjednoczonych w Iraku. W istocie, każdego dnia sytuacja wydaje się gorsza, prowadząc nawet do aresztowania przez wspieranych przez USA funkcjonariuszy rządowych w szyickiej Basrze brytyjskich żołnierzy, których trzeba teraz ratować siłą.

Jest godnym uwagi, że pismo „Foreign Affairs”, będące kwintesencją głosu amerykańskiego establishmentu na temat polityki zagranicznej, publikuje artykuł przekonujący, że „doktryna Busha poniosła klęskę” i że w konsekwencji rząd nie ma innego wyjścia, jak tylko „przyjąć stanowisko realistyczne” i dokonać „pragmatycznego zwrotu”. I pomimo powtarzających się stwierdzeń różnych osób, że amerykańskie wojska mogą zostać w Iraku do 2009 roku lub dłużej, major generał Douglas Lute, kierujący operacjami Głównego Dowództwa sił USA (które nadzoruje okupację Iraku), stwierdził na piśmie, że Stany Zjednoczone wycofają „znaczące ilości wojsk z Iraku w ciągu najbliższych 12 miesięcy, pomimo trwającej przemocy”.

Uważam, że najwyraźniejszym znakiem zmiany nastrojów w USA jest to, że jeden z kandydatów Partii Republikańskej do nominacji prezydenckiej w 2008 roku, Chuck Hagel z Nebraski, mówi, że Stany Zjednoczone „coraz bardziej grzęzną w bagnie w Iraku”, że prezydent powinien spotkać się z Cindy Sheehan i że Biały Dom „nie ma poczucia rzeczywistości i przegrywa wojnę”. Nie ma znaczenia, czy Hagel ma rację. Istotne jest to, że ubiega się o nominację Republikanów i musi sądzić, że istnieją republikańscy wyborcy, którzy uznają ważność jego analizy. Hagel w rzeczywistości idzie dalej niż wiodący Demokraci, z wyjątkiem senatora Russella Feingolda z Wisconsin, również kandydata na nominację prezydencką, który oficjalnie wezwał do wycofania się z Iraku do końca 2006 roku.

Nieco dalej na lewo istnieje pewna ilość grup wzywających do natychmiastowego wycofania. Ich marsz na Waszyngton był wyraźnym sukcesem, przyciągając od 100 do 200 tysięcy uczestników – jeszcze nie dorównując demonstracjom przeciw wojnie w Wietnamie, lecz z kolei w tej wojnie nie walczą zaciągnięci do wojska z klasy średniej. Większość żołnierzy pochodzi z mniejszości z klasy niższej lub spośród ubogich białych. Ostatnie sondaże pokazują trójkierunkowy podział amerykańskiej opinii publicznej: jedna trzecia jest za całkowitym i natychmiastowym wycofaniem; jedna trzecia chce zredukowania liczby żołnierzy, ale nie jest gotowa na całkowite wycofanie; jedna trzecia opowiada się za „kontynuacją obranego kursu”, jak wyraził to prezydent Bush, lub za pozostaniem w Iraku tak długo, „aż robota zostanie wykonana”, jak ujmuje to wiceprezydent Cheney. Wydaje się, że oznacza to bardzo długi czas. Ci bliżej politycznego centrum pragną wycofania przed upływem ustalonej daty. „Observer” podał ostatnio, że rząd brytyjski planuje wycofać znaczne ilości wojsk następnej wiosny. Natychmiast zaprzeczył temu Tony Blair, jednak „Observer” nie słynie z wymyślania historii.

Ludzie z obozu Cheneya są na prawdę niereformowalni i zwyczajnie będą w dalszym ciągu forsować swoje wizje. Ciekawsza jest debata między tymi, którzy nawołują do redukcji liczby żołnierzy i/lub wycofania ich przed upływem jakiejś ustalonej daty, a tymi, którzy wzywają do natychmiastowego i całkowitego wycofania. W ciągu ostatnich tygodni praktycznie każda większa gazeta w USA publikowała komentarze redakcyjne, których treść była taka: Stany Zjednoczone prawdopodobnie popełniły błąd atakując Irak. Ale teraz spoczywa na nich odpowiedzialność, by nie opuszczać go nierozważnie, gdyż skutkiem tego byłaby wojna domowa. Tak zwani „umiarkowani” (wzywający do wycofania w ustalonym terminie) przekonują, że, nawet jeśli początkowa inwazja była nieusprawiedliwiona, odpowiedzialność USA wobec Irakijczyków wymaga, by pomóc wspieranemu przez USA rządowi utrzymywać wewnętrzny porządek do czasu, aż ten pokaże, że może sobie z tym radzić samodzielnie. Grupa ta straszy groźbą totalnego załamania porządku narodowego w Iraku, wojny domowej i, niewykluczone, innych zewnętrznych inwazji (przez Iran, Turcję i Arabię Saudyjską).

Odpowiedź dawana przez tych, którzy opowiadają się za natychmiastowym wycofaniem, jest dosyć prosta. Argumentują, że w Iraku porządek już się załamał, że utrzymująca się amerykańska obecność jest jednym z zasadniczych powodów tego załamania, że każdy kolejny dzień tam spędzony raczej pogarsza sytuację niż ją poprawia. Ostatecznie przekonują, że ustalona przyszła data nie będzie mieć działania magicznego, gdyż prawdopodobieństwo, że sytuacja będzie do tego czasu znacząco inna niż dziś, jest minimalne.

Rząd Busha nie tylko przegrał wojnę w Iraku w terenie. W coraz większym stopniu traci także poparcie amerykańskiego społeczeństwa, w sposób, który może się dla Busha okazać nie do naprawienia.

Przełożył Jakub Maciejczyk

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 1 października 2005, http://fbc.binghamton.edu/170en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e­‑mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach internetowych. W celu tłumaczenia i opublikowania tekstu lub jego fragmentów w wersji drukowanej i/lub innej, w tym na komercyjnych stronach internetowych, kontakt z autorem na adres: immanuel.wallerstein (at) yale.edu; fax: 1­‑203­‑432­‑6976.

Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).