Zamieszki we Francji: bunt podklasy

Immanuel Wallerstein
15.12.2005

W listopadzie 2005 roku Francja doświadczyła rewolty ze strony swojej podklasy1. Trwała ona około dwóch tygodni. W tym czasie w całym kraju młodzi ludzie, głównie z rodzin pochodzących z Afryki Północnej i z Czarnej Afryki, podpalali samochody i ciskali kamienie w stronę policji. W pewnym sensie wydarzenia te przypominały inne bunty, do których od kilku dziesięcioleci dochodzi na całym świecie. Jednak można je również wytłumaczyć, odwołując się do konkretnego, francuskiego doświadczenia. Powstały, jak Feniks z popiołów. Zdławiono je na drodze przemocy ze strony państwa. Z pewnością jednak nie oznacza to ich końca.

Początek był bardzo prosty. Trzech młodych mężczyzna zauważyło policjantów, którzy zatrzymali i poprosili o okazanie dowodów tożsamości innych młodzieńców. We Francji nie należy to do wyjątkowych sytuacji, szczególnie w przypadku „kolorowych”, mieszkańców wydzielonych, chylących się ku ruinie blokowisk z les banlieue (na przedmieściach, tam, gdzie znajdują się francuskie getta). Te kompleksy mieszkalne są domami dla, głównie bezrobotnych i niewykształconych, młodych ludzi, bez szans na znalezienie pracy, awans społeczny, a nawet organizację wolnego czasu (dzięki klubom sportowym czy świetlicom kulturalnym). Młodzież ucieka przed patrolami policyjnymi, ponieważ kontrole dokumentów tożsamości kończą się zwykle osadzeniem w aresztach, gdzie są oni maltretowani i przetrzymywani przez wiele godzin w oczekiwaniu na rodziców.

W tym przypadku młodzi chłopcy przeskoczyli mur i znaleźli się na terenie stacji transformatorowej. Dwóch z nich zostało śmiertelnie porażonych prądem. Wydarzenie to stało się iskrą, która wywołała prawdziwą burzę. Rewolta skierowana została przeciwko biedzie, bezrobociu, rasistowskiemu nastawieniu policji francuskiej, a przede wszystkim przeciwko brakowi uznania obywatelstwa i statusu mniejszości kulturowej w przypadku osób, które w większości mają do tego prawo. Rząd francuski przede wszystkim postanowił zdusić rewoltę, co właściwie mu się udało. Premier i minister spraw wewnętrznych ostro rywalizują ze sobą o pozycję kandydata na prezydenta z ramienia partii rządzącej w najbliższych wyborach, w związku z czym ani jeden, ani drugi nie mógł sobie pozwolić na łagodność w stosunku do sprawców zamieszek, gdyż mogłoby to odbić się na ich notowaniach w przyszłym pojedynku.

Zawsze zdumiewa mnie zaskoczenie, z z jakim opinia publiczna odbiera bunty najniższych klas społeczeństwa. Zaskakujące jest raczej to, że dochodzi do nich tak rzadko. Kombinacja ucisku w postaci nędzy i rasizmu z brakiem nadziei na poprawę sytuacji w krótszej czy dalszej perspektywie to recepta na murowaną rewoltę. Niepokoje społeczne są trzymane w ryzach dzięki groźbie represji – to właśnie dlatego środki przymusu aplikowane są natychmiastowo. Jednak zwykle nie wystarczają one do całkowitego zduszenia oporu. Premier Dominiue de Villepin stwierdził, że rozruchy we Francji były znacznie spokojniejsze od tych w Los Angeles z 1994 roku, gdzie zginęły 54 osoby, a 200 zostało rannych. Może to prawda, jednak nie powinno to stanowić powodu do dumy.

Na całym świecie tereny wielkich miast są dzisiaj wypełnione osobami idealnie odpowiadającymi profilem buntownikom z Francji – biedakami, bezrobotnymi, zmarginalizowanymi społecznie, napiętnowanymi mianem „innych”, i – pełnymi gniewu. Gdy są to nastolatki, wówczas ich energia prowadzi do wzniecenia rozruchów, dodatkowo nie mają oni oporów przed tego typu działaniami, związanych z obowiązkami rodzinnymi. Gniew ponadto łatwo się rozprzestrzenia. Przedstawiciele większości żyjącej we względnym dobrobycie boją się wzburzonej młodzieży, ponieważ ma ona taką, a nie inną reputację. Zdaniem bogatszych biedniejsza młodzież to „odmieńcy”, z natury żyjący na bakier prawem. W związku z tym wiele (choć prawdopodobnie nie wszystkie) bardziej uprzywilejowanych grup społecznych będzie popierało siłowe uporanie się groźbą rebelii, w tym całkowite wykluczenie „rebeliantów” ze społeczeństwa, a nawet wydalenie ich z kraju.

We Francji znajdziemy skrajną wersję problemów, które występują również w innych częściach świata – nie tylko w Ameryce Północnej czy w całej Europie, ale i na Południu, w państwach takich jak Brazylia, Meksyk, Indie czy Afryka Południowa. Tak naprawdę niewiele jest krajów, które byłyby od nich wolne. Specyfika francuska związana jest ze zbyt długim przeświadczeniem żywionym przez znaczną część społeczeństwa, że jego kwestie te nie dotyczą.

Francja określa się krajem uniwersalnych wartości, w którym dyskryminacja nie może występować, ponieważ wszyscy mają prawo do stania się Francuzami, jeśli tylko gotowi są w pełni zintegrować się z resztą społeczeństwa. Prawda jest jednak taka, że Francja od zawsze (tak, od zawsze) była krajem imigrantów. W czasach Ancien Regime, a nawet jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku ludność niefrancuskojęzyczna (przed Rewolucją stanowiąca 50 procent społeczeństwa) emigrowała do Paryża i innych miast na północy. Później byli to Włosi, Belgowie oraz Korsykanie. Następnie przybywali Polacy, Portugalczycy, Hiszpanie. Z kolei w ostatnich czterech dziesięcioleciach doszło do masowej migracji z Afryki Północnej i Czarnej Afryki, a także napływu ludności chińskiej z obszaru, który wcześniej nosił nazwę Francuskich Indochin.

Francja to kraj wielokulturowy z samej definicji, wciąż jednak łudzący się jakobińskim snem o jedności. Liczba praktykujących katolików topnieje, podczas gdy ilość wyznawców islamu rośnie z dnia na dzień. Główną konsekwencją tego procesu było doprowadzenie do delirycznej debaty publicznej, która trwała ponad dziesięć lat, na temat rozwiązania dylematu związanego z tym, że młode muzułmanki chcą przychodzić do szkoły z zasłoniętymi włosami. Zdaniem rasistowskiej prawicy noszenie chust na głowie stanowi obrazę francuskości i, mówiąc ściślej, chrześcijańskości. Tradycyjna lewica (a przynajmniej znaczna jej część) postrzegała je jako zagrożenie dla „świętej laickości”. Obydwa nurty zjednoczyły się w wygranej walce o prohibicję fularów (a także, dla równowagi, zbyt „dużych” symboli chrześcijańskich i żydowskich). W rezultacie doszło do kilku wypadków wydalenia ze szkół muzułmańskich uczennic. Jednak generalnie całą sprawę uznano za załatwioną.

Wyjątkowość obecnej fali buntów, do której doszło we Francji polega na tym, że kwestie religijne nie były tam w ogóle podnoszone. Nie doszło na przykład do incydentów antysemickich. We Francji żyje wielu biednych Żydów, zamieszkujących te same kompleksy blokowisk, stąd przez ostatnie dwie dekady dochodziło tam głównie do starć muzułmańsko­‑żydowskich, a raczej palestyńsko­‑izraelskich. Jednak nie tym razem. Rebelia francuska była konsekwencją spontanicznego buntu kasowego. I tak jak inne spontaniczne zawirowania trwała dość krótko. Jednak rebelie mają to do siebie, że możliwość ich ponownego wystąpienia jest realna tak długo, jak długo utrzymują się ogólne nierówności, które do nich prowadzą. Nie wydaje się niestety, żeby rząd francuski (czy rządy innych państw na świecie) zamierzał poświęcić większą ilość środków czy wysiłków na likwidację tych nierówności. Żyjemy w czasach nasilania się, a nie znoszenia nierówności. Ilość buntów również będzie wzrastała, a nie malała.

Tekst ukazał się na stronie Fernand Braudel Center, Binghamton University 1 grudnia 2005, http://fbc.binghamton.edu/174en.htm.

Copyright by Immanuel Wallerstein. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dozwolone jest pobieranie, przekazywanie za pomocą elektroniczną lub poczty e­‑mail niniejszego tekstu innym osobom, a także publikacja w niekomercyjnych serwisach internetowych. W celu tłumaczenia i opublikowania tekstu lub jego fragmentów w wersji drukowanej i/lub innej, w tym na komercyjnych stronach internetowych, kontakt z autorem na adres: immanuel.wallerstein (at) yale.edu; fax: 1­‑203­‑432­‑6976.

Celem cyklicznych komentarzy Immanuela Wallersteina (http://fbc.binghamton.edu/cmpg.htm), publikowanych dwa razy w miesiącu, jest refleksja nad sytuacją współczesnego świata, widzianą nie z perspektywy bieżących „tematów dnia”, lecz w kontekście długofalowym.

Przypisy:

1. Pojęcie „podklasy” (ang. underclass) ma już swoja dość długą tradycję w badaniach socjologicznych. Sam termin odnosi się do opisu grupy społecznej, która w znajduje się w pewien sposób poza głównym nurtem społeczeństwa. W socjologii amerykańskiej przywoływane jest ono często w sytuacji, kiedy opisuje się wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi oraz wzrost liczby gospodarstw domowych opartych na tylko jednym z rodziców. W Stanach Zjednoczonych z początku obie kwestie w sporej mierze podnoszone były w odniesieniu do populacji czarnoskórych Amerykanów, żyjących w gettach. Strukturaliści, jak Wiliam Julius Wilson kładą większy nacisk na wskazywanie strukturalnych nierówności, które działają na niekorzyść poszczególnych grup społecznych. Do sporów wokół „podklasy” należy między innymi kwestia określenia przyczyn nierówności strukturalnych. W odniesieniu do badań czarnoskórej populacji Stanów Zjednoczonych, wskazuje się na kolor skóry (i związane z tym kwestie dyskryminacji rasowej) oraz położenie klasowe tejże grupy jako istotny czynnik stratyfikujący. W swoich wczesnych pracach Wilson wyróżnił „podklasę czarnoskórych proletariuszy”, znajdujących się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, słabo wykształconych i pracujących w niskopłatnych, niestabilnych zawodach (The Declining Significance of Race, 1978). W późniejszych pracach Wilson zwrócił uwagę, iż to pojęcie nie dotyczy jedynie czarnoskórych Amerykanów, lecz osób, które charakteryzuje brak umiejętności pozwalających na znalezienie pracy i związane z tym wystarczająco długie doświadczenie jej braku, skazujące na coraz silniejsze pozostawanie poza rynkiem pracy.

W innej pracy, dotyczącej deprywacji ludności czarnoskórej w miastach brytyjskich, autorstwa Johna Rexa i Sally Tomlinson (Colonial Immigrants in a British City, 1979), zwraca się uwagę na to, że długotrwałe nierówności społeczne, powodujące bezrobocie oraz bezdomność przyczyniają się do wzrostu aktywności grupowej, którą autorzy nazywają kolektywną świadomością klasową. Również Charles Murray mocno podkreśla, że długotrwałe bezrobocie oraz pozostawanie poza rynkiem pracy, powoduje systematyczne wykluczanie poza obręb możliwości pełnej partycypacji społecznej. Z kolei Ralf Dahrendorf, który w swej pracy (The Modern Social Conflict, 1988. Pol. wyd. Nowoczesny konflikt społeczny, 1993) również odwołuje się do prac Wiliama Juliusa Wilsona, wyłanianie się podklasy tłumaczy tym, że dzięki ruchowi praw obywatelskich, a po części korzystnym warunkom ekonomicznym część członków grup mniejszościowych wyniosło się z gett. Czyniąc to zerwali węzłowe ogniwo pomiędzy przynależnością do wspólnoty a wyjściem poza nią. Wraz z nimi znikły wzorce zachowań dla mniej wykwalifikowanych i słabiej motywowanych. Ci, którzy zostali, znaleźli się w stanie społecznej izolacji. Wkrótce wystąpił „efekt koncentracji”, który podkreślił i usztywnił granice pomiędzy gettem a resztą. W ten sposób podklasa uległa odłączeniu i znalazła się w samowzmacniającym się cyklu degradacji (por. 1993:238) (przyp. red.).

Immanuel Wallerstein – (ur. 1930) socjolog, historyk, ekonomista. Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Stanu Nowy Jork (SUNY) w Binghamton, gdzie w 1976 roku współtworzył Centrum Badania Gospodarek, Systemów Historicznych i Cywilizacji im. Fernanda Braudela. W latach 1994­‑1998 był przewodniczącym Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Jest twórcą koncepcji „analizy systemów­‑światów”, łączącej perspektywy socjologii historycznej, historii gospodarczej i nauk politycznych. Zajmuje się między innymi badaniem kryzysu współczesnego kapitalizmu, rolą ruchów antysystemowych oraz przeobrażeniami nauk społecznych. Autor czterotomowego dzieła The Modern World­‑System publikowanego w latach 1974­‑2011. Po polsku ukazały się jego książki Koniec świata jaki znamy (2004), Analiza systemów­‑światów. Wprowadzenie (2007), Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy (2007) oraz Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku (2008).