Czy forma miasta ma wpływ na nasze życie?

Jany Waluszko
17.10.2004

Miasto jest dziś naturalnym środowiskiem człowieka, większość z nas żyje tu, a nie na wsi, a mimo to nawet wśród ekologów mało się mówi o potrzebie ochrony środowiska kulturowego. To zresztą problem szerszy, bowiem dotyczy całego kształtu naszej cywilizacji – więzi społecznych, wspólnoty kulturowej etc., tu jednak skupię się na tym elemencie cywilizacji, od którego wzięła ona swą nazwę – mieście. Mówi się o wpływie rewolucji przemysłowej na zniszczenie przyrody, ale dotknęła ona w takim samym stopniu miasto, najpierw zagęszczając je do absurdu, bo miejsce było drogie i każdy metr kwadratowy wart był zabudowy, bez względu na skutki dla ludzi, a potem – w reakcji na to, by uczynić zabudowę zdrowszą (dostęp światła i powietrza) – zaczęto wychodzić z nią poza dotychczasowe granice miast, na pola i w lasy, niszcząc naturę, ale i samą miejskość. Powstały blokowiska pod wieloma względami niczym nie różniące się od slumsów. W Polsce nie widać tego tak, jak na Zachodzie, gdzie do bloków trafiali głównie biedni, a nie klasa średnia, inteligencja itp. Nie ma też u nas z czym ich porównać, bo po wojnie (a szczególnie po 1956 roku) nie budowano na ogół miast, a stare ich części popadały w ruinę z braku remontów i nie wydawały się tak atrakcyjne jak bloki, przynajmniej dla tych, co mieli tu mieszkać, a nie tylko zwiedzać urocze ruiny.

Podstawową wadą osiedli jest fakt, iż nie służą one życiu pełnemu, a jedynie jednej jego funkcji. To sypialnie. Nie ma tu miejsc pracy, często brak szkoły, rozrywki i sklepów na poziomie wyższym niż podstawowy. Po wszystko trzeba jechać do miasta (!). To rodzi problemy z komunikacją – dawniej miasto było małe, ba – nawet w wielkim mieście do pracy czy sklepu można było dojść bez trudu pieszo. Dziś trzeba po wszystko jechać gdzieś dalej. To efekt modernistycznej idei strefowania, czyli oddzielenia różnych funkcji. Osobno budowano zakłady, osobno mieszkania, miejsca nauki czy rozrywki, tworząc całe jednofunkcyjne kwartały zabudowy, od siebie nawzajem oddzielone pasmami zdziczałej zieleni, a połączone tylko drogami, na których robił się coraz większy tłok. Gdy dodać do tego manię samochodu, który nie jest tylko narzędziem komunikacji, ale i elementem szpanu, wiary w podniesienie swej wartości, to mamy korek na drogach i syf w powietrzu. Ci, co mogą, uciekają z brudnych miast na wieś czy do podmiejskich osiedli, co rodzi jeszcze większą ilość dojazdów, a więc tłoku i syfu w mieście – błędne koło kręci się już samo. Uboczny skutek strefowania to dzielnice po­‑przemysłowe, które po załamaniu się przemysłu stoją puste, strasząc swym wyglądem i zajmując miejsce dla innej zabudowy (o nieudolności w ich rewitalizacji wspomnę jeszcze w dalszej części tekstu), a nowe osiedla zajmują coraz to dalsze obszary wydzierane naturze. Byłoby to zbędne w dawnym mieście, gdzie mieszkanie i praca były nie tylko w tej samej dzielnicy, ale często i w jednym domu (dawniej kamienice miały często charakter jednorodzinny, parter był sklepem czy warsztatem, z mieszkaniem na piętrze i składem na poddaszu).

Na osiedlach ruch (a zatem i możliwości spotkań) wewnątrz jest średnio pięć razy mniejsza niż na komunikacyjnych obrzeżach, a co dopiero na starym mieście czy w city. Wynika to z braku atrakcyjności osiedla, nastawienia na czystą funkcję (dojście do domu­‑sypialni), gdy tymczasem droga wiedzie do miasta, a ono jest celem nie tylko w sensie funkcjonalnym, ale i emocjonalnym – można tam się udać dla samego bycia tam. Bezludność osiedli nie sprzyja więziom międzyludzkim, brak ławki na podwórku czy innego miejsca, gdzie można się spotkać z sąsiadami i pogadać o sprawach istotnych, choćby dla zorganizowania się w obronie przed kolejnym marketem czy przerobieniem ostatniego trawnika na postój, ale i o duperelach, które istotne może nie są, lecz tworzą więzi sąsiedzkie i – szerzej – społeczne. Wyobcowanie nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa w sensie socjalnym. Trudno liczyć na bezinteresowną pomoc sąsiadów, przypadkowych współlokatorów bloku. Zaczynając akcję karmienia bezdomnych – Jedzenie zamiast bomb – widzieliśmy ją całkiem inaczej, nie jako jednostronną pomoc charytatywną tam, gdzie państwo i władze miejskie zaniedbały swe obowiązki, ale jako pomysł na samo­‑organizację ludzi do tego, by solidarnie sami radzili sobie z biedą – nie da się jednak tego zrobić w tłumie, gdzie nie ma więzi między ludźmi, a gość z ekranu telewizora jest bardziej realny od sąsiada, nawet wtedy, gdy znów obiecuje gruszki na wierzbie.

Nie sprzyja to też poczuciu bezpieczeństwa w sensie dosłownym – pomijając brak hamulców, w domu obcy nie umknie uwadze sąsiadów, o co w bloku łatwo, bo często nie zna się nawet połowy współlokatorów, podczas gdy dawniej wszyscy wyrastali razem na podwórku, znali się od dziecka, starsze dzieci opiekowały się maluchami, a życie toczyło się wokół nas, a nie w telewizorze. Poczuciu bezpieczeństwa nie sprzyja też brak jasnej granicy pomiędzy tym, co prywatne i publiczne, a to rodzi agresję. W tradycyjnym mieście ową granicą była pierzeja zabudowy, w domu czy na podwórku było się u siebie, na ulicy w świecie dzielonym z innymi. Na osiedlu tego brak, bloki stoją luzem, nie sięgając do ulicy, jeden nie dotyka drugiego, nie wiadomo, co jest ulicą, co podwórkiem, ba, nawet trawnik zmienia się w parking. Prowadzi to często do konfliktów. Sytuacja klasyczna to zaczepianie przechodniów przez blokersów, gości, co nie mają nic do roboty i wystają pod klatkami, biorąc mijających ich ludzi za intruzów.

Pierzeja była też szeregiem fasad domów. Modernizm z tym zerwał, uznając fasadę (twarz domu, maskę) za oszustwo. Wedle modernistów powinna ona nie zdobić, ale mówić o funkcji czy o konstrukcji i materiałach, z których dom powstaje, a przód i tył nie powinny się różnić. Niestety, wybrano tył, równając w dół (nb., zróżnicowanie dawnej i monotonia współczesnej zabudowy w dużym stopniu wynika ze struktury własności – dom rodzinny miał własną twarz, inaczej niż całe kwartały zabudowy wspieranych przez władze dawniej spółdzielni a dziś korporacji, szczególnie zaś osiedla bloków stawianych przez państwo, w pół drogi stoją tutaj czynszowe kamienice, lepsze własne, gorsze dla mas). W efekcie wszystkie budynki we wszystkich miastach są takie same, brzydkie i nijakie. To powoduje, że człowiek się z nimi nie utożsamia, nie dba o nie tak, jak o swój dom – czy to w ogóle możliwe w anonimowym bloku? Nie obchodzi go też jego dzielnica czy miasto (o przyciągnięciu turystów, a choćby spacerowiczów nie ma co marzyć, wszyscy jadą do zatłoczonego centrum czy paru starych miast). Niby dziś coś się zmienia, czasem ktoś coś pomaluje, doda jakiś detal, ale wszystko to ma formę kiczu i jest elementem krzykliwej i wszędzie takiej samej reklamy, która coraz częściej zasłania budynki, towarzyszy nam na drodze, z pomocą mediów czy ulotek wdziera się do mieszkań – reklama zastępuje dziś sztukę, informację, wymianę myśli i system wartości. Nie służy jednak budowaniu poczucia więzi z miejscem. Jest jednym z elementów dewastowania miasta przez biznes.

To samo z drogami do marketów, które rozrywają tradycyjną tkankę miasta i niszczą resztki trawników parkingami. (Ubocznym skutkiem budowy osiedli i marketów na wzgórzach wokół Gdańska było zmienienie ich w jeden wielki ściek, który – inaczej niż las – nie trzymał wody deszczowej, a przeciwnie, zamienił ją w rwący szerokimi ulicami dojazdowymi potok, powodując parę lat temu powódź, zalanie dwu dzielnic miasta i podmycie kilkuset domów. Na mniejszą skalę powtórzyło się to i w tym roku, choć teraz sprawiedliwie podmyło też Urząd Miasta i nowy market, Manhattan.) Ale podobnie dzieje się, gdy biznes przystępuje do rewitalizacji starych dzielnic czy obszarów po­‑przemysłowych. Władze miejskie stawiają na dużych inwestorów (duży szpan, często i duże łapówki), ci zaś nie dbają o rozwój miasta, a jedynie o swój własny interes. Postawienie marketu w centrum godzi nie tylko w lokalny drobny handel, co sprawia, że zmniejsza się ilość miejsc pracy, a zyski są wywożone za granicę. Taki market niszczy też układ komunikacyjny (dojazdy, parkingi) i obciąża budżet miasta, bo to gmina często tworzy całą towarzyszącą inwestycji infrastrukturę, dając przy tym ulgi i preferencje, na które drobni przedsiębiorcy nie mogą liczyć. Inny sposób rewitalizacji starych dzielnic to usuwanie ich biedniejszych mieszkańców i zastępowanie ich luksusowymi apartamentami, czy bankami, biurami itp., co powoduje zamieranie miasta – wraz z zakończeniem czasu pracy dzielnica pustoszeje. Wiele nowych i odremontowanych budynków skutkiem wzrostu czynszu nie znajduje zresztą nabywców i latami stoją puste. Z drugiej strony, nie brak dzielnic, których nikt odnawiać nie chce, pozwalając im popaść w ruinę i pustoszeć, co dodatkowo rozbija tkankę miasta.

Tak samo działa zwalczanie niewygodnego dla elity elementu, młodzieży, meneli, a na Zachodzie i kolorowych. Nie lepiej jest w strzeżonych dzielnicach mieszkaniowych czy willowiskach, które są pustynią społeczną w stopniu często dużo większym niż osiedla bloków – tu nawet nikt nie wystaje pod klatką ani nie spotka cię na chodniku, bo wszyscy wjeżdżają na posesję autem. U nas nie osiągnęło to jeszcze poziomu zachodniego (zwłaszcza USA, gdzie w bezludnym centrum są często tylko biura i parkingi, a część domów stoi opuszczona), ale nie da się i tego wykluczyć, zwłaszcza, gdyby interes się rozkręcił, co będzie pogłębiać podziały. Pojawią się dzielnice bogate i biedne, niedostępność części miasta dla pewnych grup ludzi, pewnych form aktywności – może się na przykład okazać, że tunel przy dworcu, co dzień mijany w drodze do pracy czy szkoły, jest ci niedostępny, gdy zechcesz w nim rozdać ulotki, że już nie wspomnę o demonstracji, piciu piwa czy… siedzeniu sobie, bo ktoś go kupił, bo władze miasta kochają porządek, zaś na rynku ławki, poza ogródkiem drogiej knajpy, nie istnieją. Działa to zresztą i w drugą stronę, ludzie z elity poważnie ryzykują zapuszczając się w stare, nieodnowione (w stylu podboju) kwartały miasta, a to przecież tylko początek, bo co będzie, jak ich mieszkańcy postanowią odwiedzić elitę (w swoim stylu, czyli kupą) i wpadną do niej z rewizytą!

Tak więc forma miasta (dom duży lub mały, luzem czy w ciągu przy ulicy, obok miejsca pracy i szkoły czy z dala od nich, z podwórkiem wewnątrz zabudowy lub nieokreśloną przestrzenią wokół, plac publiczny i teren prywatny) może wpływać nie tylko na nasze odczucia estetyczne, ale i na sposób naszego funkcjonowania w mieście od święta i na co dzień, na nasze więzi z innymi ludźmi. Na ogół się tego nie docenia, nie dostrzegając związków między ową sceną a społecznym spektaklem, który się na niej rozgrywa, ale to i tak działa, kształtując społeczną nadbudowę niczym jej materialna baza, o czym druga strona (władza) wie już od dawna, by wspomnieć tu szerokie bulwary Haussmanna powstałe w połowie XIX w., dzięki czemu wojska rządowe poradziły sobie z komuną paryską znacznie łatwiej niż w ciasnych uliczkach pełnych barykad Wiosny Ludów. Lecz takie rzeczy się dzieją też na co dzień i bez rozgłosu, nie darmo stopień korupcji samorządów jest tak wielki, co pewnie każdy zna ze swojego podwórka, więc w tym miejscu mógłbym swój szkic zakończyć. Dodam jednak parę drobiazgów luzem.

Przede wszystkim chcę zauważyć, iż sprawy miejskie (samorząd, urbanistyka, ekologia, ekonomia) wymagają znacznie więcej wysiłku niż wielka polityka, którą do tej pory z reguły zajmował się ruch anarchistyczny. W polityce starczy być przeciw władzy, to nic nie kosztuje. W mieście trzeba się na nim znać, by móc proponować alternatywy, umieć dostrzec różne grupy interesów i nie dostać po łbie, narażając się niechcący lokalnej mafii (chcący można – wtedy wiemy, co jest grane i możemy się bronić). Akcje ogólne są na tyle ogólne właśnie, że nikogo z tamtej strony specjalnie nie dotykają – władza przyzwyczaiła się już, że nikt jej specjalnie nie lubi, więc godzi się na demonstracje sprzeciwu wobec organizacji świata w ogóle. W mieście jest inaczej – tu od razu następujesz komuś na odcisk. Dobrze więc jest mieć swoje wtyczki w radzie miasta i magistracie, znajomych prawników, architektów, ekologów, drobnych biznesmenów etc. Samorząd i organizacja lokalnej społeczności to jednak temat na osobny wykład, nie będę go tu rozwijał, skupiając się na materialnej bazie miasta (ma ono dwa wymiary, ludzki i fizyczny – o ile ten pierwszy szybko ulega zmianie, czy to przez kolejne pokolenia, czy to przez całkowitą wymianę ludności, jak to się stało w wielu polskich miastach po wojnie skutkiem migracji zrazu politycznych, potem ekonomicznych – o tyle materia potrafi trwać całe wieki i jeśli umie się miasto czytać, można odnaleźć w tym, co jest dziś, ślady tego, co działo się tu przez całą jego historię, czy nawet tego, co było przed jego powstaniem – i ta materia także wpływa na dzień dzisiejszy i społeczne aspekty życia w mieście, z wzajemnością zresztą).

Warto też postudiować teorię – wydawać by się mogło, że dla obecnego rozwoju nie ma alternatywy, tymczasem jest ich wiele, na przykład ciekawe pomysły Jacka Dominiczaka i Leona Kriera. Pierwszy z nich próbuje tworzyć to, co nazywa etyką architektury. O ile wnętrze domu to nasza prywatna sprawa, o tyle jego fasada jest sprawą publiczną – wkraczając w przestrzeń publiczną stajemy się za nią współodpowiedzialni, podejmując z nią dialog. Pomysł polega na głębokości fasady sięgającej 2­‑3 metrów w głąb budynku, co pozwala na łagodne przejście między strefą wewnętrznej swobody, a tym, co publiczne i podlega uzgodnieniu. Podstawą dialogu może być poznanie kodu miasta – jakby jego genotypu, który może przyjmować różne wcielenia formalne, dowolnie łącząc nowoczesność z konserwatorstwem a jednocześnie nie narusza istoty miejskości i nie niszczy lokalnego klimatu (elementem kodu jest na przykład ulica z pierzeją fasad domów, która oddzielając ją od klatki schodowej, mieszkań i podwórek, pozwala na wyraźne oddzielenie przestrzeni publicznej i prywatnej bez konieczności otaczania się drutem kolczastym, kamerą czy uzbrojonym gorylem). Wymiaru o wiele szerszego dotyczy koncepcja Kriera dotycząca miasta policentrycznego, gdzie każda dzielnica jest niemal samodzielna (mniej niż pół na pół kilometra, maksymalna odległość mniej niż kilometr – możliwa do pokonania pieszo, około 10 tysięcy mieszkańców – skala małego miasteczka a więc i możliwość budowania wspólnoty). Wymaga to nie tylko położenia kresu strefowaniu (większość potrzebnych nam rzeczy znajdowałaby się na miejscu), ale i tworzenia lokalnych centrów – rynków, na których mogłaby się gromadzić wspólnota, i podwórek, gdzie mogliby się spotykać sąsiedzi. Na miejscu (w zasięgu kwadransa pieszo) byłaby szkoła, praca, klub czy kawiarnia, a nawet lokalne urzędy samorządowe, do wielkiego centrum jechałoby się tylko w większych sprawach, na przykład na studia, demonstrację przeciw polityce władz, do lekarza­‑specjalisty czy do filharmonii, najlepiej korzystając przy tym z komunikacji miejskiej.

Takie miasto, gdzie jest wszystko dla ducha i ciała na poziomie codziennego życia, do tego stopnia, że widzimy sąsiednie miasto czy dzielnicę bez wchodzenia na wieżę, ale mimo to nie czujemy potrzeby by odwiedzić je kiedykolwiek, przypomina mi wizję taoistycznego mędrca Laozi, to zaś otwiera o wiele szerszą perspektywę – miasto (czy kraj) o wielu centrach może rodzić, czy też rodzić się z podobnej wspólnoty ludzkiej, gdzie każda grupa swój mały świat ma w pełni dla siebie, może go po swojemu urządzić i sama ponosi tego konsekwencje – to zwrócenie się do wnętrza jednostki, grupy czy narodu, bez zawracania duszy innym. Chcąc wolności można żyć skromnie w zakresie swych możliwości, chcąc więcej trzeba jednak wejść w grę o panowanie, rywalizację o dominację w związku, wyścig szczurów czy zbrojeń. Panowanie tworzy hierarchiczną piramidę i z góry przekreśla szanse ogółu uczestników gry, bo górą będą nieliczni, za sukces można będzie uznać załapanie się na średniaka (a to można było osiągnąć pewnie i bez tej walki, znacznie tańszym kosztem), ogół zaś musi spaść niżej. Dla tych, co chcą być wolni, alternatywą jest odmowa udziału w grze, skupienie się na sobie, nie rywalizacja (czy posłuszeństwo) wobec innych (nawet, gdyby miała to być próba ich wyzwalania). Budowa swej wizji/domu/miasta może być elementem wyłączenia się ze świata molocha i tworzenia własnego (co jest też pomysłem na stworzenie wspólnoty realnej, a nie formalnej, jak państwo, czy towarzyskiej, jak zabawa w rewolucję – budując coś razem można się na serio poznać i zintegrować na poziomie życia, nie tylko samej idei).

PS. Inspiracją tematem było moje miasto, Gdańsk. Przez wiele lat do miast miałem awersję – wielu spraw do dziś nie trawię: aut (ostatnio i rowerów na chodniku), tytoniu, tłoku w centrum – by ich unikać uciekałem w wakacje i w teorii na wieś, a na co dzień i realnie w góro­‑las, omijając ulice centrum podwórkami czy łażąc po przedmieściach (u nas da się to robić, miasto w każdą stronę kończy się po chwili, a tuż obok są już parki, górki albo kanały płynące poniżej poziomu morza czy ponad ulicą – ciekawe, morze gra mniejszą rolę). Z okazji 1000­‑lecia (może wcześniej – w czasie zadym z zarządem miasta o targi, hale i wodociągi) zacząłem jednak znów wchodzić w miejskość, aż po studia o Gdańsku i architekturze czy wydanie tomu Moje Miasto. Odkryłem ponownie starówkę, nie atrapę zabytków, a pomysł na miasto, żywe osiedle robotnicze, gdzie bloki kryją się pod maskę kamienic i zwiastują postmodernizm. Brak centrum, czy też ich wielość. Organiczność dawnej architektury, która niczym słoje drzewa zapisuje historię. I tą historię – zastanawiam się na ile duch miejsca sprawił, że to tu narodził się teatr studencki, polski jazz, rock, wolne związki zawodowe czy anarchizm? Ale i, TFU!, prywatny biznes na dużą skalę (od 30 lat trwa na przykład Jarmark Dominikański), kongres liberałów (ich biznes – Gazeta Gdańska – szybko zbankrutował, więc zajęli się polityką w Warszawce) i pierwszy prezydent miasta, co swą karierę skończył (między innymi dzięki nam) z 6 wyrokami w kryminale.