Nigdy nie byłem ortodoksem

Z Ireneuszem Wereńskim rozmawia Michalina Golinczak
24.12.2003
Michalina Golinczak: Parę miesięcy temu reaktywowała swoją działalność Brygada Kryzys. Jak oceniasz ten pomysł?

Ireneusz Wereński: Cieszę się, że Tomek (Lipiński – przyp. MG) z Robertem (Brylewskim – przyp. MG) w końcu się spotkali znowu i pomyśleli, że mogą dalej razem pracować. Niestety, nie widziałem ich jeszcze na żywo w tym nowym wydaniu. Będę miał okazję za tydzień, w Warszawie. No cóż, z opinii innych ludzi wynika, że bardzo fajnie to brzmi. Widziałem się z Robertem – wyglądało na to, że jest w dobrej formie, więc myślę, że i cały zespół sprawuje się nieźle.

MG: A jak wspominasz czasy, kiedy sam grałeś w Brygadzie? Czy było to dla Ciebie ważne doświadczenie?

IW: Oczywiście. To były takie dwie fale. Pierwsza Brygada od roku 1981. To były młode lata, więc siłą rzeczy były fajne. Później była przerwa i wreszcie płyta „Cosmopolis”. Bardzo lubię ich słuchać, chociaż teraz rzadko to robię, ale mimo wszystko lubię. Coś fajnego mają w sobie. A to, że nawet wznowienia wydają się interesujące, to też dobrze rokuje obecnemu projektowi. Brygada Kryzys to fajny kawałek mojego młodego życia.

MG: A jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z punk­‑rockiem?

IW: O, kurczę! To faktycznie zamierzchłe dzieje… (śmiech) Swego czasu miałem długie włosy i słuchałem smutnej muzyki rockowej, która w latach siedemdziesiątych panowała. Nie załapałem się na najlepsze czasy rocka, czyli na czasy hippisowskie. To już były raczej czasy takich zespołów nadmuchanych typu Yes czy Genesis, czyli jakichś dużych form muzycznych. I gdy w roku 1978 zobaczyłem w Warszawie koncert zespołu Raincoats, poczułem powiew czegoś nowego, no i bez wahania obciąłem włosy. Dużo zrobiły też oczywiście płyty. Bardzo trudno było je wtedy zdobyć, ale czasem się udawało, głównie dzięki giełdzie płytowej w Warszawie. Tam można było się wymienić czy też kupić od kogoś jakąś płytę, kto miał dojście, czyli ciocię w Londynie, czy też sam wyjeżdżał albo jego rodzice gdzieś na Zachód wyjeżdżali do pracy. I takie zespoły jak The Clash czy Patti Smith do tej pory są dla mnie do słuchania. Postanowiłem też wówczas, że może sam spróbuję pograć. A miałem jakąś gitarę basową w domu, więc gdzieś tam mnie Maciek Góralski zaprosił do próbowania. Później zespół Kryzys potrzebował basisty na zastępstwo, i tak jakoś to się potoczyło, właściwie bez jakichś większych moich starań. Kryzys zmienił się po latach w Brygadę Kryzys. W międzyczasie poznałem Kazika i wstąpiłem w szeregi grupy Poland, co później pozwoliło mi też grać za Piotrkę Wieteskę w Kulcie. No, ale to już czasy raczej nie punkrockowe…

MG: Czy masz świadomość, że współtworzyłeś historię polskiego rocka, że w pewnym sensie stanowisz żywą legendę?

IW: Tak naprawdę to chyba tego nie czuję. Wiem, że byłem świadkiem wielu zdarzeń ważnych, na szczęście nie biernym świadkiem, ale żebym to ja coś zmienił, przewrócił, zbudował, to raczej nie. Nie czuję tego. Po prostu byłem akurat we właściwym miejscu i czasie.

MG: Czy Ty teraz i 20 lat temu to wciąż ta sama osoba? Jak bardzo się zmieniłeś od tamtego czasu?

IW: Myślę, że zmiany są nieuniknione. Na pewno jestem tą samą osobą, lecz przez te 20 lat żyłem, zdobywałem nowe doświadczenia, dostawałem po nosie, byłem nagradzany, przeżywałem szczęśliwe lata i gorsze lata, zarówno pod względem osobistym, jak i muzycznym. Na pewno jestem więc zmieniony trochę i to jest nieuniknione. Moje poglądy na świat też troszeczkę się stonowały i to zdaje się również przychodzi z wiekiem. Mam nadzieję zresztą, że nigdy nie byłem ortodoksem i człowiekiem fanatycznie zaangażowanym w coś. Można to uznać za plus, można za minus, ale myślę, że w tej chwili jeszcze bardziej złagodniałem. Nie wiem, czy to jest po prostu wygodne, czy może doświadczenie powoduje, że się jest bardziej wyrozumiałym dla świata. Zresztą, myślę, że wyrozumiałość była moją cechą nawet w tamtych latach.

MG: Masz dorastającego syna. Jakie różnice widzisz między nim a sobą w jego wieku?

IW: Myślę, że mój syn jest jeszcze bardziej zagubiony w tym, co się dzieje naokoło. Gdy ja byłem młody, mimo tego że ogólnie czasy były cięższe, to wybory były prostsze. A teraz jest tak dużo możliwości i tyle niebezpieczeństw czyha na młodych ludzi, że wydaje mi się, że on jest w tej chwili bardziej zagubiony niż ja w wieku 18 lat. Mam nadzieję jednak, że gdzieś to mu się wszystko wyprostuje po drodze.

MG: A czy Wasze upodobania muzyczne są podobne?

IW: Mamy podobne upodobania, aczkolwiek ostatnio zaczęły się one rozchodzić. Wpłynęli na to rówieśnicy Kuby, którzy słuchają tego, co aktualnie modne. Ja generalnie jestem mało nowoczesny, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, a pewnie oni słuchają czegoś nowszego. Tak wiec mój syn słucha teraz nie tylko punk­‑rocka i ska, ale również wielu innych gatunków. Czasami takich, które mi się nie za bardzo podobają, czyli jakichś takich bardziej klubowo­‑tanecznych. Nie jest to muza, która mnie kręci, a zauważyłem, że on tego teraz słucha.

MG: A czy fakt, że jesteś sławnym muzykiem wpływa jakoś na Kubę?

IW: Niestety, myślę, że jakoś wpływa. Mówię „niestety”, aczkolwiek nie widziałem nigdy, żeby się tym przechwalał… Ponieważ jednak jego koledzy mimo wszystko wiedzą o tym, to myślę, że jakoś to wpływa na niego. Z drugiej strony nie jestem jakąś bardzo słynną osobą, więc skala tego też nie jest taka straszna i przerażająca, jakby to było, gdybym był na przykład Krzysztofem Krawczykiem czy Michałem Wiśniewskim…

MG: Dla niektórych Kult to Kazik. Czy Ty i pozostali członkowie zespołu nie czujecie się trochę odstawieni na boczny tor, przyćmieni jego sławą?

IW: Lider to lider i zawsze to głównie on będzie utożsamiany z zespołem. Po prostu trzeba znać swoje miejsce w drużynie i tyle. Ja nie jestem ani solistą, ani gitarzystą grającym solówki. Gdzieś sobie tam po prostu plumkam z tyłu i takie jest moje miejsce w tym zespole, w tym układzie. A z drugiej strony, czasami myślę sobie, że byłoby przyjemnie mieć jakąś znaną twarz. Ale patrzę na Kazika i wiem, że jest to czasem bardzo niewygodne. Bo wątpię, czy Kazik mógłby tutaj przyjść z nami i posiedzieć tak spokojnie, jak my teraz.

MG: Czy Kazik jest apodyktycznym liderem? Jaki wpływ na kształt zespołu ma reszta grupy?

IW: Kazik ma dwie twarze. Albo jest bardzo władczy i chce decydować o prawie wszystkim lub też pozostawia nam tak dużą swobodę, że czasami się trochę gubimy w tym i nie wiemy, czy pracować nad czymś, czy nie. Bo może będziemy pracować na coś, co po kilku miesiącach będzie przez Kazika zanegowane. Myślę, że jest to spowodowane też tym, że prowadzi on naraz kilka projektów, czyli KNŻ, solowe jakieś produkcje, gościnnie z innymi zespołami też występuje. To powoduje, że nie zawsze ma czas na liderowanie w Kulcie.

MG: Przygotowujecie nowy materiał. Jaka będzie nowa płyta Kultu?

IW: Jaka będzie nowa płyta… Na razie jeszcze nie wiadomo. Te kilka piosenek, do których Kazik znalazł sobie jakąś melodię, ale niekoniecznie tekst jest jeszcze gotowy, to tylko część przyszłej płyty. I to są głównie kompozycje Banana. Wiem, że Jasio Zdunek już też ma jakieś pomysły – i są one inne. Na pewno Morawiec też coś przyniesie, i zobaczymy jak to wtedy, kiedy będzie więcej niż prawie pół płyty, będzie się przedstawiać. To też będzie się zamieniać i pomysłów na pewno będzie więcej niż ostatecznie piosenek na płycie. A myślę, że nie powtórzymy błędu z „Salonu Recreativo”, gdzie poszliśmy w ilość, a nie w jakość. I znajdą się tam tylko najfajniejsze piosenki. W trasie promujemy nowy singiel z utworem tytułowym „Kazelot” oraz piosenką. „Kto nie rozumie – ten nie pofrunie”. O dacie premiery całego albumu trudno jeszcze mówić, jest ona na razie nie do określenia.

MG: Niektórzy twierdzą, że Kult się wypala. Co o tym sądzisz?

IW: Myślę, że jak wszyscy i wszystko mamy też czasem prawo poczuć pustkę i to, że trudniej nam coś stworzyć nowego, równie fajnego jak to, co przed laty, jest naturalne. To jest też kwestia presji, która nas czasem blokuje. Ale ja wiem, czy to trzeba nazwać wypalaniem? Wypalać się… Dziwne słowo. Jak coś się wypali, to już się potem nie pali. To może jest takie troszeczkę przygasanie, a nie wypalanie. Bo myślę, że coś tam jeszcze do powiedzenia mamy.

MG: A nie obawiasz się, że z czasem staniecie się tzw. „dinozaurami” polskiej sceny? Czy może, parafrazując tekst Perfectu, będziecie wiedzieć, „kiedy ze sceny zejść niepokonanym”?

IW: A to my jeszcze nie jesteśmy dinozaurami! (śmiech) To jest bardzo trudny moment. I naprawdę nie wiem, czy go znajdziemy, czy będziemy wiedzieć. Myślę, że to też nie będzie tak, że decyzja będzie jednogłośna i wszyscy podejmiemy ją jednocześnie. Jesteśmy zbiorem ludzi różnych, w różnym stanie psychicznym, w różnym wieku i o różnym potencjale twórczym. Więc to nie będzie tak, że powiemy „do widzenia”. Ja myślę, że zrobi to Kazik w pewnym momencie, to będzie jego decyzja. A co zrobią inni wtedy – czy pójdą do domu i zamknął się w czterech ścianach, czy dostaną nowego kopa, żeby zrobić coś nowego, tego nie wiadomo.

MG: Kult to przykład zespołu, który początkowy status gwiazdy alternatywnej, właściwie bez szkody dla swej wiarygodności, zmienił z czasem na status gwiazdy nurtu oficjalnego. Nie wszystkim kapelom się to udało. Jaka była Wasza recepta?

IW: Bardzo długo staraliśmy się nie grać pewnego rodzaju imprez, czyli festynów, imprez politycznych i tak dalej. W tej chwili, zdaje się, zdarzyło się nam grywać na imprezach dla kogoś, na przykład dla mediów. Ale media są już dziś inne, więc granie dla jakiejkolwiek gazety nie jest taką zdradą. Kiedyś grało się dla „Trybuny Ludu” i gazet pokrewnych, a tego właśnie chcieliśmy uniknąć. Druga sprawa to fakt, że nigdy nie wpadliśmy w tryby maszyny tak zwanego showbiznesu polskiego, czyli duże firmy, nadmuchane promocje, wielkie budżety na teledyski. Wszystko się odbywało, i odbywa w przypadku Kultu, co czasami jest naprawdę niewygodne, jakimś tanim kosztem i prawie domowymi środkami. Oprócz tego Kazio dalej śpiewa to, o czym śpiewał od zawsze. I to, że jesteśmy szczerzy w tym, co robimy, jest chyba po prostu przez te wszystkie lata dostrzegane.

MG: Co sądzisz o całym przemyśle muzycznym, o ludziach zajmujących się muzyką od strony finansowej i mieszaniu się różnych rzeczy, na przykład polityki do muzyki.

IW: Mieszanie się polityki i muzyki – to jest właśnie to, czego mimo politycznych tekstów Kazika, zawsze staraliśmy się unikać. Czyli właśnie zaangażowania finansowego polityki w naszą muzykę. A to, że Kazik ma tekst przeciwko czy ku chwale czegoś, to robi to wyłącznie na własny rachunek, a nie za pieniądze, które ktoś mu podarował. To, że nagrywamy płyty u kolegi, Sławka Pietrzaka, to też jest zbieg okoliczności, przypadek, fart, szczęście. Gdy zakładał SP Records, rynek był jeszcze zupełnie nieprzewidywalny. Ale odważył się i na szczęście udało mu się.

MG: A czy identyfikujesz się z tekstami Kazika?

IW: Tak. Myślę, że znamy się tyle lat, że gdzieś tam się z nimi identyfikuję. Może nie na „stówę” tak, że to, co Kazik śpiewa to wszystko jest moje, ale bardzo rozumiem i bardzo podoba mi się jego sposób widzenia świata.

MG: Jesteś ulubieńcem użytkowników internetowego forum Kultu. Nie ma w Tobie żadnego gwiazdorstwa, spotykasz się z fanami… Czy te kontakty sprawiają Ci autentyczną przyjemność, czy może jest to już swego rodzaju obowiązek?

IW: Che, che… Koledzy śmieją się, że tak, że ja to traktuję jak obowiązek. Mówią: dzisiaj, jak to w biurze poselskim – dyżur ma Ireneusz Wereński od 18.00 do 20.00, proszę bardzo! śmiech A dla mnie to naprawdę jest przyjemność, bo mogę poznać tę drugą stronę koncertu, czyli być troszeczkę po stronie publiczności. Dzięki temu, że znam wasze opinie, znam was też trochę, to czuję się tak jakby z drugiej strony. To jest fajne, bardzo to lubię.

MG: Ale jak Ty to robisz, że zawsze jesteś taki serdeczny, ciepły, miły?

IW: Nie wiem, jak to robię, nie wiem, jak to mi się udaje… (śmiech) Nie, nie zawsze jestem taki. Czasami jestem zmęczony i mam dość. Ale wtedy staram się nie pokazywać ludziom, bo po co? Po co komuś psuć humor swoim złym humorem. Wtedy idę spać albo posiedzieć w samotności. Nie można być 24 godziny na dobę i 365 dni w roku miłym dla wszystkich, bo to by było właśnie nieszczere. Bo każdy ma swoje lepsze i gorsze dni, chwile…

MG: Podobno jesteś nie tylko artystą, ale znasz się też bardzo dobrze na interesach, między innymi na giełdzie. Skąd to zainteresowanie?

IW: Granie w zespole Kult nie zajmowało mi tyle czasu, żeby być non stop zajętym. A pojawiły się jakieś pieniążki, które trzeba było zagospodarować i trochę się tym – nie wiem właściwie z jakiego powodu – zainteresowałem. Być może ze zwykłej ludzkiej chciwości… Ale wcale nie przeceniam swoich umiejętności. Niestety, moje ostatnie posunięcia nie były najlepsze… Zamiast inwestować, kupiłem mieszkanie, a w tym momencie tak giełda uderzyła do góry, że aż smutno, że aż mi się nie chce o tym mówić… No, ale coś za coś – mam za to mieszkanko, z którego jestem zadowolony i w którym bardzo dobrze mi się mieszka.

MG: A co uważasz za swój największy sukces zawodowy?

IW: Myślę, że to, iż w wieku 43 lat jeszcze występuje na scenach młodzieżowych. To na pewno jest jakiś sukces. A także to, że tyle płyt udało mi się nagrać. Ja jestem amatorem muzycznym – nie jestem z wykształcenia muzykiem i myślę, że niewiele osób niezawodowo grających muzykę miało taką szansę.

MG: A czego byś nigdy, za żadne pieniądze nie zrobił?

IW: O, Boże drogi! Nie wiem. Wielu pewnie rzeczy, ale nic konkretnego nie przychodzi mi teraz do głowy…

MG: A udział w reklamie?

IW: Nie, dlaczego nie? Uważam to za niezłą zabawę. Ale jednocześnie zwracałbym oczywiście uwagę na to, co reklamuję. Właściwie to już brałem udział w reklamie, zresztą cały zespół Kult w Brazylii będąc, reklamował pewien bank. Byliśmy przebrani za Charli Chaplinów i tańczyliśmy tzw. taniec synchroniczny. Tak więc mamy już to za sobą. A była to naprawdę fajna zabawa i myślę, że chciałbym to nawet powtórzyć, zrobić coś podobnego i dlaczego nie w Polsce? Nie jest to dla mnie na pewno coś strasznego. Poza tym nie jestem osobą aż tak publiczną, żeby moją twarzą ktoś chciał podpierać jakiś produkt. Musiałbym być w tej reklamie po prostu sobą albo zagrać aktorsko.

MG: A o czym marzysz, jakie masz plany na przyszłość?

IW: Chciałbym, ale tak po cichu zupełnie, mieć swój program w radiu. Chciałbym puszczać muzykę w radiu, bo to bardzo fajne zajęcie i to jest takie moje marzenie od zawsze. Jednak nigdy się nawet za to nie brałem. Wiem, że radio jest coraz mniej popularne, a audycje są w coraz mniejszym stopniu autorskie. Coraz częściej są to przeplatanki słowno­‑muzyczne emitowane na przemian z reklamami. Ale chciałbym mieć właśnie gdzieś w nocy taki spokojny program z muzyką, którą lubię. Ale to jest właśnie takie marzenie z typu niekoniecznie do zrealizowania. A z takich marzeń do zrealizowania – jeżeli nie będę już potrzebny w miastach, nie będę musiał jeździć, nie będę grał po prostu, to chciałbym mieszkać gdzieś poza miastem, tak spokojnie. Zresztą, jak widać przenoszę się do coraz mniejszych miast, więc kierunek jest ten. A w ogóle to nigdy w życiu niczego nie planowałem, nawet tego, że będę grał. I dzięki temu nie musiałem z niczego rezygnować…

MG: Dobrze gra Ci się we Wrocławiu?

IW: We Wrocławiu gra mi się dobrze, aczkolwiek Wyspa Słodowa bywa często okrutna ze swoją temperaturą. Bywało tak zimno, że instrumenty były nie do grania. Wyspa jest też nienajlepszym miejscem ze względu na godzinę 22.00, o której trzeba zakończyć granie. Już wolę grać w za ciasnym i za dusznym „W­‑Z”. Generalnie chyba wolę grać w klubach niż w plenerze. A najbardziej nie lubię grać w halach sportowych. To jest coś strasznego. A niestety w naszym przypadku zdarza się to dość często, szczególnie w trasie. Bardzo ucieszyłem się więc z Krakowa, że w trasie październikowej grać będziemy w klubie „38” a nie w hali „Wisły”. No i cieszę się, że we Wrocławiu gramy w małym klubie, a nie w jakiejś sali sportowej…

MG: Dzięki za rozmowę!