Ekonomia partycypacyjna a samowyzwolenie klasy robotniczej

Tom Wetzel
31.08.2006

Popularnymi wśród paru syndykalistów, anarchistów i marksistów były słowa Flory Tristan z 1843 roku: „Wyzwolenie klasy robotniczej musi być dziełem samych robotników”.

To hasło opiera się na przekonaniu, że klasa robotnicza, poprzez kolektywne działanie, może stworzyć system gospodarczy, w którym robotnicy nie będą już podporządkowaną i wyzyskiwaną klasą. Przez klasy powinno się tutaj rozumieć podział powodowany przez istnienie stosunków władzy nad systemem produkcji społecznej. Przez produkcję społeczną rozumiem system, w którym ludzie wytwarzają dobra i dostarczaj usług sobie wzajemnie. „Samowyzwolenie klasy robotniczej” zakłada więc, że bezklasowe społeczeństwo jest możliwe.

W jaki sposób? Moje podejście do ekonomii uczestniczącej jest takie, że jest ona próbą określenia, w postaci programu ekonomicznego, jakie są warunki konieczne dla osiągnięcia trwałego systemu gospodarczego, w którym robotnicy nie będą już wyzyskiwaną, podporządkowaną klasą, to znaczy ekonomia uczestnicząca jest próbą określenia struktury bezklasowego systemu ekonomicznego, a zatem programu ekonomicznego dla „samowyzwolenia klasy robotniczej”.

Czym jest klasa?

Z punktu widzenia radykalnej ekonomii politycznej rozsądna ocena funkcjonowania kapitalizmu wymaga tego, żebyśmy przyjrzeli się różnym sposobom, na jakie różne grupy sprawują władzę nad produkcją i alokacją w gospodarce. Podstawowa hipoteza wyjaśniająca mówi więc, że w społeczeństwie istnieje podział na klasy, oparty na podstawowych różnicach we władzy sprawowanej nad produkcją społeczną. Larry Ellison nie ma takiej samej władzy w Oracle jak portier czy administrator systemu.

Jaki rodzaj władzy jest jednak podstawą podziału klasowego? Tutaj właśnie ekonomia uczestnicząca różni się od Marksa. Marks twierdził, że antagonizm klasowy w kapitalizmie opiera się na własności środków produkcji. To doprowadziło Marksa do uznania, że w rozwiniętym kapitalizmie są tylko dwie główne klasy. Ludzie, którzy posiadaj środki produkcji to klasa kapitalistów czy inwestorów. Proletariat lub klasa robotnicza to ci, którzy są zmuszeni sprzedawać swoją siłę roboczą kapitalistom, ponieważ nie posiadają środków produkcji, żeby zdobyć na rynku środki do życia.

Robotnik, który sprzedaje pracodawcy prawo do korzystania z jego zdolności do pracy przez jaki okres czasu, nie jest w stanie oddzielić się od tych zdolności, które sprzedaje. Nie może wysłać ich do pracy do biura czy sklepu, a sam zostać w domu. Musi znaleźć się tam sam. Czy jednak będzie on motywowany do tego, żeby używać swoich zdolności do pracy w sposób, który będzie zyskowny dla właścicieli, którzy go zatrudniają? Nie jest to z góry wiadome. Marks uważał, że rozdźwięk pomiędzy zdolnością robotnika do pracy, a pracą, jaką wykonuje dla kapitalisty, jest podstawą walki, walki klasowej.

Klasa techniczno­‑menedżerska

Jednak ekonomia uczestnicząca wskazuje, że w pełni rozwiniętym kapitalizmie, oprócz klasy kapitalistycznej i klasy robotniczej istnieje jeszcze trzecia klasa, inna grupa zatrudnionych, której rolą jest kontrolowanie procesu pracy, kontrolowanie klasy robotniczej. Nazwałem tę grupę klasą techniczno­‑menedżerską; Michael Albert i Robin Hahnel nazwali ją klasą „koordynatorów”, ale określenia te znaczą to samo.

Właściciele­‑menedżerowie, tacy jak Larry Ellison czy Bill Gates, są oczywiście kapitalistami, jednak wielu menedżerów nie posiada większościowych udziałów w przedsiębiorstwach, którymi kierują; należą oni do klasy techniczno­‑menedżerskiej. W tej klasie są także różni urzędnicy finansowi oraz doradcy i konsultanci, którzy pomagają kierować korporacjami i kontrolować siłę roboczą – prawnicy, inżynierowie na wysokich stanowiskach, architekci i tak dalej. Jest ona grupą, która skupia w swoich rękach kontrolę nad procesem decyzyjnym, nad tym, jak przebiega produkcja i co się produkuje, a także nadzorem i kontrolą siły roboczej.

Władza tej klasy opiera się na zdolnościach, edukacji, doświadczeniu, układach, wiedzy związanej z władzą i produkcją. Osoba, która przeprowadza analizę finansową i podejmuje decyzje w sprawie produkcji miesiąc po miesiącu, zdobywa coraz większą wiedzę o kierowaniu produkcją. Osoba, która obsługuje tokarkę czy sprząta biuro, nawet jeśli poszła na studia, nie zdobędzie raczej tego rodzaju wiedzy, krytycznej dla władzy w systemie ekonomicznym.

Klasa techniczno­‑menedżerska skłania się do merytokratycznego czy profesjonalistycznego światopoglądu, odzwierciedlającego podstawy jej władzy. Klasa ta różni się od klasy robotniczej władzą, którą nad nią sprawuje, jest natomiast oddzielna od kapitalistycznej dlatego, że tak samo, jak w przypadku klasy robotniczej, jej władza i perspektywy ekonomiczne opierają się nie na własności, ale zdolnościach do pracy, wiedzy i na doświadczeniu. Ta klasa czasem jest w konflikcie z klasą kapitalistyczną, znajdującą się ponad nią, oraz walczy z klasą robotniczą, znajdując się poniżej.

Kraje komunistyczne jako techniczno­‑menedżerskie

Jeśli chodzi o projekt samowyzwolenia klasy robotniczej, to z powyższego wynika, że musimy mieć program, który nie tylko wyeliminuje podporządkowanie klasy robotniczej wobec klasy kapitalistycznej, ale również taki, który usunie panowanie klasy techniczno­‑menedżerskiej, koordynacyjnej.

Dwudziesty wiek nauczył nas, jak sądzimy, że klasa techniczno­‑menedżerska może stać się klasą panującą. Dokładnie to wydarzyło się w krajach rządzonych przez partie marksistowsko­‑leninowskie – ZSRR, Chinach, na Kubie i tak dalej.

Niektórzy marksiści i anarchiści lubią określać były Związek Radziecki i Kubę jako kraje „państwowego kapitalizmu”. Jednak to błąd, opierający się na dwubiegunowym podziale marksistowskim: klasami, na których może oprzeć się gospodarka, są tylko praca i kapitał, dlatego jeśli praca jest podporządkowana, to mamy do czynienia z systemem kapitalistycznym.

Ten błąd, polegający na pomijaniu klasy techniczno­‑menedżerskiej i jej zdolności do zostania klasą panującą jest główną luką w myśleniu marksistów i niektórych anarchistów również. Utrudnia także wyjaśnienie różnic między gospodarką sowiecką i kapitalizmem, takich jak nieistnienie w tej pierwszej procesu prywatnej akumulacji, napędzanej przez konkurencję rynkową. Kluczowym czynnikiem w kryzysie, który doprowadził do rozpadu systemu sowieckiego, była tendencja menedżerów do gromadzenia pracy i innych zasobów, żeby sprostać wymaganiom techniczno­‑menedżerskiej hierarchii planowej. Różni się to od kapitalistycznej tendencji do generowania „rezerwowej armii bezrobotnych”, mającej obniżać cenę siły roboczej na rynku pracy.

Głównym historycznym znaczeniem doświadczenia „komunizmu” jest to, że klasa robotnicza pozostała klasą podporządkowaną i wyzyskiwaną pomimo faktu, że kapitalistyczna klasa panująca nie istniała; mogło tak być dokładnie dlatego, że klasa techniczno­‑menedżerska była w stanie zostać klasą panującą. Powinno nas to nauczyć, że potrzebujemy programu ekonomicznego, który pokazałby, w jaki sposób można w post­‑kapitalistycznej gospodarce wyeliminować podział między klasą robotniczą i klasą techniczno­‑menedżerską.

Strukturalizm nie musi być deterministyczny

Ekonomia uczestnicząca ma początki w tradycji radykalnej ekonomii politycznej. Tradycja ta przyjmuje, że społeczeństwo ma strukturę, że istnieją stosunki władzy, stosunki, które organizują nierówności dotyczące władzy w społeczeństwie.

Klasa jest podstawą struktury ekonomicznej, jednak ekonomia uczestnicząca nie sądzi, że jest to jedyna struktura społeczna, nie uważa, że klasa jest jedyną formą ucisku. Obecne społeczeństwo jest raczej kompleksowym systemem ucisku, jest rozdarte różnymi strukturami nierówności – dotyczącymi płci i patriarchatem, strukturalnym rasizmem lub uciskiem etnicznym oraz strukturami politycznego autorytaryzmu, takimi jak państwo. Te inne struktury ucisku również powodują dynamiczne konflikty i walkę, które mają swój własny wymiar i które przenikają się w systemie klasowym.

Jeśli przyjrzymy się strukturze klasowej lub ekonomicznej, możemy wyabstrahować stąd bardziej kompleksową całość. Można oczywiście zapytać, jakie są relacje między strukturą ekonomiczną, a sprawami takimi, jak rasizm, seksizm i państwo.

Marks wyłożył pogląd, że struktura ekonomiczna jest bardziej podstawowa niż struktury płciowe, rasowe lub narodowościowe, konflikt polityczny czy działalność państwowa. Stwierdzenie, że struktura ekonomiczna jest bardziej podstawowa niż, na przykład, rasizm, oznacza, że dla Marksa pojawienie się i rozwój rasizmu trzeba tłumaczyć w terminach struktury ekonomicznej – że, na przykład, pomaga on szefom sprawować władzę, ponieważ dzieli klasę robotniczą. „Materializm historyczny” Marksa opiera się na hipotezie, że struktura ekonomiczna jest „bardziej podstawowa” niż struktury patriarchatu, rasizmu i państwa.

Ekonomia uczestnicząca ani nie przyjmuje, ani nie odrzuca z góry „materializmu historycznego” Marksa. Michael Albert i Robin Hahnel twierdzą w istocie, że struktura ekonomiczna czy klasowa, strukturalny rasizm czy ucisk narodowościowy oraz polityczny autorytaryzm czy państwo są równie podstawowymi siłami w obecnym społeczeństwie.

Niemniej nawet wtedy, gdy odrzuca się „materializm historyczny” oraz ideę, że struktura ekonomiczna i konflikt klasowy są bardziej podstawowe niż inne formy ucisku społecznego, nie oznacza to wcale, że walka klasowa nie jest głównym czynnikiem w procesie zmian społecznych oraz eliminacji kapitalizmu. Żeby przekonać się o wadze walki klasowej dla procesu zmian, wystarczy dostrzec, że ucisk klasowy jest w istocie podstawowy dla istniejącego społeczeństwa kapitalistycznego, nawet jeśli inne formy ucisku nie redukują się do podziału klasowego.

Siła pochodząca z liczebności i waga działalności masowego ruchu robotniczego, takiej jak przejmowanie urządzeń gospodarczych, są oczywiste w przypadku rewolucji i poważnych konfliktów z władzą kapitalistyczną w poprzednim stuleciu. Klasa robotnicza jest większą częścią populacji i jej podporządkowanie w procesie produkcji jest główną cechą obecnego systemu ucisku. Wyzwolenie klasy robotniczej nie jest możliwe bez jej aktywnego zaangażowania w proces zmian społecznych.

Jednocześnie istnienie różnorodnych form ucisku społecznego oraz to, w jaki sposób rasizm i seksizm łączą się z samą produkcją społeczną oznacza, że w każdy społeczny proces zmian musi zaangażować się sojusz ruchów społecznych, nie może on ograniczać się do spraw i organizacji opartych na klasie, takich jak związki zawodowe. Niemniej samorządne organizacje masowe, oparte na walce w zakładzie pracy, jakie historycznie rozwija anarcho­‑syndykalizm, byłyby głównym komponentem sojuszu tych sił walczących o zmiany z celem wprowadzenia samorządu społecznego.

Strukturalizm kontra ekonomia neoklasyczna

Tradycja radykalnej czy krytycznej ekonomii politycznej jest teorią strukturalistyczną, ponieważ postrzega odwoływanie się do struktury klasowej lub struktur władzy nad produkcją i alokacją jako niezbędne dla właściwego wyjaśnienia i zrozumienia, dlaczego ludzie mają takie preferencje i przekonania, jakie mają, oraz dlaczego działają tak, jak działają. Różni się to od dominującej teorii ekonomicznej głównego nurtu – ekonomii „neoklasycznej”, która jest skłonna sprowadzać wszystkie wyjaśnienia do tego, jak wśród ludzi rozkładają się preferencje.

Redukcja wyjaśnienia działania gospodarki do „preferencji” jest konieczna dla osiągnięcia propagandowego celu teorii neoklasycznej; jej celem jest próba legitymizacji kapitalizmu jako systemu, który w najlepszy sposób zaspokaja pragnienia ludzi. W ten sposób ukrywa ona struktury ucisku, na jakich opiera się kapitalizm.

Nie znaczy to, że radykalna ekonomia polityczna nie chce uznać, że istnieje coś takiego jak preferencje. „Preferencje” to lepszy termin niż marksowski termin „wartość użytkowa”, ponieważ ujawnia on, że wartość użytkowa jest właściwością względną. Nóż ma wartość użytkową jako temperówka do ołówków. Używałem go do tego, jednak preferuję używanie temperówki, ponieważ jest lepsza; ołówek nie zużywa się tak szybko. Zatem użyteczność, jaką rzeczy mają dla ludzi jest względna wobec alternatyw, jakie są dla nich dostępne.

Jednak w jaki sposób preferencje są kształtowane lub wywoływane? Dlaczego ludzie mają takie preferencje, jakie mają? Neoklasyczna teoria ekonomiczna bierze preferencje jako dane, nie wyjaśnia, w jaki sposób mogą być powodowane przez ekonomiczne struktury czy działania. Przyjmuje raczej, że preferencje formują się w całości poza systemem ekonomicznym. To bardzo nieprzekonująca teoria preferencji ludzi. Teoria ta pochodzi od liberalno­‑indywidualistycznej albo egoistycznej teorii człowieka jako uformowanego w pełni niezależnie od uczestnictwa w formacjach lub strukturach społecznych.

Z kolei strukturalistyczny pogląd będzie zmierzał do przyjrzenia się temu, w jaki sposób preferencje ludzi są kształtowane przez rzeczy, takie jak ich pozycja w strukturze ekonomicznej lub dynamika systemu kapitalistycznego. Jeśli ktoś jest zmuszony do pracy zawsze pod kontrolą szefów, jeśli jego szanse zależą od podporządkowywania się temu, kto ma nad nim władzę, to jaki będzie wywierać to wpływ na osobowość robotnika? Jeśli ludzie są poddawani bez przerwy manipulacyjnym i wszechobecnym kampaniom reklamowym i jeśli tylko niektóre dobra konsumpcyjne są dla nich łatwo dostępne czy osiągalne czy wpływa to na „preferencje”?

Sądzę, że oczywiście wpływa. Dozorca jeżdżący autobusem do pracy i mieszkający w wynajętym mieszkaniu razem z czwórką innych ludzi będzie skłonny patrzeć na życie i politykę trochę inaczej niż korporacyjny prawnik, który posiada budynek z apartamentami.

Niemniej nie sugeruję tutaj, że czyjaś pozycja klasowa, rasowa czy społeczna całkowicie determinuje przekonania lub preferencje ludzi. Strukturalizm nie musi być deterministyczny. Mówi tylko, że struktury mają swój wpływ, mają swoje konsekwencje.

Struktury są podstawą dla wydarzeń kształtując ich rezultat.

Weźmy taką analogię. Powiedzmy, że wyciągnę zapałkę z pudełka, potrę nią o podeszwę buta i zapałka zapali się. Końcowy rezultat to paląca się zapałka. Wydarzeniem, które to zainicjowało, było potarcie przeze mnie zapałką o podeszwę buta. Jednak samo to inicjujące wydarzenie nie jest wystarczające, żeby wyjaśnić, co się zdarzyło. A jeśli zapałka byłaby mokra? A gdyby to była plastikowa imitacja zapałki? A jeśli główka zapałki byłaby tak miękka, że nie byłbym nią w stanie potrzeć o podeszwę? Zatem żeby wyjaśnić, dlaczego zapałka zapaliła się, musimy przyjrzeć się tym bardziej podstawowym czynnikom, które bierzemy za dane – chemicznemu składowi główki zapałki, jej suchości, twardości materiału i tak dalej.

Są to właśnie strukturalne czynniki. Są one częścią mniej lub bardziej stabilnej podstawy, na której zachodzi proces zapalania zapałki. Strukturalistyczna teoria społeczna mówi, że podział klasowy i inne formy strukturalnego ucisku, takie jak patriarchat, są właśnie podstawową strukturą; trzeba im się przyjrzeć, jeśli chce się uzyskać kompletny i dokładny obraz tego, dlaczego rzeczy mają się tak, a nie inaczej w społeczeństwie.

Jednak struktury jako takie nie są w stanie wywołać wydarzeń czy zachowań. Są tłem, na którym zachodzą wydarzenia i mają swój wpływ na końcowy rezultat.

Dlaczego ekonomia partycypacyjna?

Ekonomia partycypacyjna jest próbą udzielenia odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, na które odpowiedzieć musi każdy możliwy do zrealizowania program gospodarczy, a także próbą stworzenia takiego programu gospodarczego, który zagwarantuje, że klasa robotnicza nie będzie podporządkowana klasie techniczno­‑menedżerskiej w post­‑kapitalistycznym społeczeństwie.

Niektórzy ludzie wyobrażają sobie, że ekonomia partycypacyjna jest czymś w rodzaju podręcznika, który mówiłby dokładnie, w jaki sposób ludzie mają żyć, jak próbowali to zrobić Edward Bellamy, Charles Fourier i inni dziewiętnastowieczni „utopijni socjaliści”. Myślę, że to nieporozumienie. Interpretuję ekonomię partycypacyjną w taki sposób, że jest to próba określenia prostej struktury ekonomicznej, ram, które pozwolą ludziom kontrolować własne życie i prowadzić je tak, jak zechcą, bez klasowego ucisku.

Ekonomia partycypacyjna składa się tylko z czterech elementów:

1. Samorząd robotniczy i konsumencki

Każdy program ekonomiczny musi przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: W jaki sposób działa ta gospodarka? Jaka jest struktura kierownicza tej gospodarki? Odpowiedź proponowana przez ekonomię partycypacyjną brzmi, że podstawą procesu decyzyjnego w gospodarce byłyby demokratyczne rady robotnicze oraz ich federacje, jako środki wprowadzenia samorządu w produkcji, a także rady sąsiedzkie opierające się na demokracji bezpośredniej oraz ich federacje, mające wprowadzi samorząd w konsumpcji.

Jeśli istnieje hierarchia lub klasa kontrolująca twoją pracą produkcyjną, jeśli podporządkowuje cię swoim celom, oznacza to pogwałcenie ludzkiej potrzeby samorządności, potrzeby domagającej się tego, żeby czyjaś działalność produkcyjna odzwierciedlała plany i cele tego kogoś. Ekonomia partycypacyjna definiuje samorząd, opierając się na następującej zasadzie:

Każda osoba ma coś do powiedzenia w sprawie dotyczących jej decyzji, a to, ile ma powiedzenia, zależy od stopnia, w jakim te decyzje na nią wpływają.

Jest wiele decyzji dotyczących pracy, które wpływają przede wszystkim na samych zatrudnionych w tej pracy, ludzi ją wykonujących i właśnie dlatego niezbędne są środki, które umożliwiłyby samorząd. Są nimi rady robotnicze, oparte na bezpośrednich zgromadzeniach w miejscu pracy.

Jednak są również decyzje, które wpływają przede wszystkim na ludzi zamieszkujących jakieś obszary konsumpcji – na przykład, w jakich domach chcielibyśmy mieszkać. Potrzebujemy więc środków samorządu w sferze konsumpcji. Podstawą samorządu w sferze konsumpcji są rady sąsiedzkie – ciała terytorialne, oparte na bezpośrednich zgromadzeniach mieszkańców.

Ekonomia partycypacyjna nie twierdzi jednak, że wszystkie decyzje muszą być podejmowane kolektywnie. Decyzja dotycząca umeblowania mojego mieszkania albo tego, jaką koszulę lubię nosić, to moja własna sprawa i nikogo innego. Muszę mieć kontrolę nad tymi decyzjami.

2. Partycypacyjne planowanie alokacji

Drugim pytaniem, na które musi odpowiedzieć każdy możliwy do zastosowania program gospodarczy, jest:

W jaki sposób nasze niewystarczające zasoby, a szczególnie nasz cenny i ograniczony ludzki czas, mają być rozdysponowane na produkcję dóbr i usług? Jaka jest metoda alokacji?

Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę, że niedobór jest w istocie koniecznym elementem kondycji ludzkiej. Dzień ma tylko 24 godziny, a prawa fizyki sprawiają, że nie możemy być w dwóch miejscach jednocześnie. Jeśli poświęcamy czas budowaniu budynków lub produkcji butów, to nie możemy jednocześnie robić czegoś innego.

Żaden system ekonomiczny nie będzie możliwy do zastosowania, jeśli będzie bezmyślnie marnotrawić niewystarczające zasoby, jeśli będzie działał niczym ludzie kopiący dziury tylko po to, żeby zasypać je z powrotem. Jedną z rzeczy, jakie chcielibyśmy mieć z wyzwolenia klasy robotniczej spod ucisku jest redukcja czasu spędzanego w pracy polegającej na wytwarzaniu rzeczy dla innych. Nie osiągniemy tego, jeśli będziemy mieli system marnujący nasz czas pracy.

Nie mam tutaj wcale na myśli, że dla ekonomii partycypacyjnej skuteczność czy unikanie marnotrawstwa jest naczelną wartością. Przeciwnie, dla ekonomii partycypacyjnej naczelne wartości to położenie kresu uciskowi klasowemu i innym formom ucisku, zagwarantowanie, że klasa robotnicza nie znajdzie się pod kontrolą nowej klasy techniczno­‑menedżerskiej, jak stało się we wszystkich „komunistycznych” rewolucjach, oraz stworzenie struktury ekonomicznej wspierającej raczej międzyludzką solidarność niż konkurencyjną walkę o uzyskanie przewagi nad innymi, a także szanującej różnorodność kultur i jednostek.

Jednakże twierdzimy, że zapobieżenie marnotrawstwu jest dodatkowym warunkiem koniecznym, który musi spełnić system ekonomiczny, trzymający się naszych głównych wartości, jeśli ma przetrwać. Właśnie dlatego konieczna jest odpowiedź na pytanie dotyczące alokacji zasobów. Dwie konwencjonalne odpowiedzi to rynek i centralne planowanie.

Dlaczego mówimy: „Znieść system rynkowy”?

Ekonomia neoklasyczna twierdzi, że rynek, przynajmniej w pewnej teoretycznie możliwej, ale nigdy nie realizowanej sytuacji, rozdysponowuje niewystarczające zasoby w taki sposób, że optymalnie zaspokaja pragnienia ludzi. Moim zdaniem, to zwykła propaganda; rynek jest w istocie systemem alokacji zasobów przy pomocy nagiej przemocy ekonomicznej. Tak jak strukturaliści, wskazujemy, że w rzeczywistości w kapitalizmie jest wiele strukturalnych czynników mających wpływ na alokację – najważniejszym jest własność środków produkcji, ale także względna monopolizacja wiedzy i władzy nad procesem decyzyjnym, koncentracja siły rynkowej oraz rzeczy takie, jak jedność klasy robotniczej w walce przeciwko szefom, która wzmacnia ich pozycję przetargową w systemie.

Zatem rynek jest zasadniczo systemem alokacji przy pomocy siły przetargowej.

Z drugiej strony, ekonomia partycypacyjna jest za zniesieniem rynku; zgadzamy się w radykalizmie z tą częścią „komunistycznej” tradycji. Wspomnę tutaj o dwóch powodach, dla których jesteśmy przeciwni rynkowi.

Po pierwsze, rynki są pogwałceniem zasady samorządu. Powiedzmy, że jedziesz swoim samochodem na miejscową stację Shella i kupujesz paliwo. Cóż, jedyne osoby, które mają co do powiedzenia w sprawie tej transakcji to ty i właściciel stacji – w taki sposób działają rynki. Tylko sprzedający i kupujący mają coś do powiedzenia. Jednak chodziło to, że dotyka to równie innych ludzi. Jeżdżąc swoim samochodem produkujesz spaliny, które inni ludzie muszą wdychać. Nie mają nic do powiedzenia. W chwili obecnej system kapitalistyczny niszczy planetarny system klimatyczny poprzez nadprodukcją dwutlenku węgla. Dotyka to ludzi na całym świecie, ale obecny system sprawia, że nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia. System rynkowy jest w istocie dyktaturą, ponieważ pozwala ludziom kupującym i sprzedającym benzyn dyktować, czym ludzie mają oddychać, pozbawiając ich głosu w tej sprawie. Tak samo jest z wieloma innymi efektami zewnętrznymi w stosunku do kupującego i sprzedającego w transakcji rynkowej.

Te „negatywne skutki zewnętrzne” są wszechobecnym problemem rynków.

Po drugie, sądzimy również, że gdyby połączyć rynek z kolektywną, publiczną lub państwową własności środków produkcji, rynki nieuchronnie doprowadziłyby do ukonstytuowania się techniczno­‑menedżerskiej klasy rządzącej. Klasa robotnicza byłaby nadal podporządkowaną i wyzyskiwaną klasą. Byłoby tak nawet wtedy, gdyby robotnicy z początku kontrolowali różne miejsca pracy poprzez rady robotnicze lub kolektywy.

Rynek pracy oddawałby rządy tym, którzy zgromadzili więcej „kapitału ludzkiego”, więcej informacji na temat technologii lub wiedzy o tym, jak odnieść sukces na rynku, skłaniając firmy do oferowania im premii i przywilejów, żeby dla nich pracowali.

Konkurencja na rynku zatomizuje robotników i zmusi ich do porzucenia solidarności i zaprzestania samoobrony oraz zaakceptowania pewnych warunków. Ryzyko strat na rynku skłoni robotników do zdania się na kogoś innego, do pozostawienia decyzji szefom.

Robotnicy, stając się coraz bardziej zależni od ludzi ekspertów i wiedzy menedżerów, będą przez nich coraz bardziej kontrolowani. Jeśli jedni spędzają miesiące, dzień po dniu, na prowadzeniu analiz finansowych i planowaniu, a inni tylko obsługują maszyny albo zamiataj podłogę, to w jaki sposób mogą kwestionować decyzje zarządu? W jaki sposób robotnicy mogą zdobyć informacje i wiedzę, żeby brać rzeczywisty udział w poważnych decyzjach?

Centralne planowanie jest techniczno­‑menedżerskie

OK, jesteśmy przeciwko rynkowi. Jednak jesteśmy także przeciwko centralnemu planowaniu. A przez centralne planowanie rozumiem nie tylko okrutną, autorytarną formę centralnego planowania, jaka istniała w Związku Radzieckim za stalinizmu.

Proponowano również programy gospodarcze, które będziemy nazywać „demokratycznym centralnym planowaniem”, takie jak propozycje Castoriadisa w Workers Councils and the Economics of a Self­‑managed Society [Rady robotnicze i gospodarka samorządowego społeczeństwa] oraz inne, dotyczące przekazania władzy nad planowaniem w ręce wybranych przedstawicieli, pracujących z pomocą specjalistów. Problem polega na tym, że sądzimy, iż taki system również prowadziłby do ustanowienia techniczno­‑menedżerskiej klasy rządzącej.

Z tego powodu, że póki istnieje odrębna grupa planistów sporządzająca plan, niezależna od siły roboczej i populacji, stosunek tej grupy planującej do siły roboczej staje się stosunkiem rozkazodawcy do rządzonych. Uważamy ten stosunek za implicite autorytarny oraz zmierzający do odtworzenia wewnętrznej hierarchii w samych grupach produkcyjnych, ponieważ tacy planiści będą uważać za efektywniejsze kontaktowanie się z tylko jedną osobą kierującą produkcją, która zagwarantuje wprowadzanie planu w życie.

Co więcej, pozycja tej grupy planistów sprawi, że będzie gromadzić wiedzę i doświadczenie niedostępne dla innych, co doprowadzi do tego, że będą od niej zależni. Względny monopol nad „kapitałem ludzkim”, doświadczeniem i wiedzą jest podstawą dla klasy techniczno­‑menedżerskiej.

Czym jest planowanie partycypacyjne?

OK, więc jaka jest alternatywa? Mówimy, że alternatywa polega na tym, żeby cała ludność bezpośrednio tworzyła plan. Mówimy, że każdy powinien być zdolny do planowania oraz powinien uczestniczyć bezpośrednio w tworzeniu planu. Mówimy, że system edukacyjny oraz dostarczanie informacji powinny to ułatwiać.

Prowadzi nas to do czegoś, co nazywamy partycypacyjnym planowaniem. Ekonomia partycypacyjna sugeruje, jak mogłoby to działać. Nie znaczy to, że wszystkie decyzje muszą być podejmowane na wielkich zgromadzeniach. Właściwie, wiele elementów planu, w propozycji ekonomii partycypacyjnej, pochodzi bezpośrednio od jednostek, nie wymagając zgromadzeń. Szczególnie dokonujemy rozróżnienia między konsumpcją kolektywną i prywatną.

Kapitalizm zmierza do podprodukcji kolektywnych dóbr i usług oraz nadprodukcji kolektywnych „negatywów”, takich jak zanieczyszczenie środowiska. Naszym rozwiązaniem tego problemu są rady sąsiedzkie oraz ich federacje, które zajmą się projektami kolektywnej konsumpcji. Jednak jednostki również mają swój wkład, dotyczący ich osobistej konsumpcji.

Robotnicy proponują również kierunek produkcji, do jakiej są przygotowani, a także zmiany, jakich chcieliby dokonać w środowisku pracy.

Poprzez proces społecznej komunikacji i interakcji, umożliwiający ludziom uzyskanie świadomości konsekwencji społecznych i ekologicznych swoich projektów konsumpcyjnych i produkcyjnych, zachodzi także proces ogólnospołecznych negocjacji. To naprzemienny proces, kończący się po prostu zebraniem propozycji bazy, konsumentów i producentów, kiedy porozumienie zostaje osiągnięte.

Planu nie tworzy odrębna grupa planistów czy hierarchia, chociaż oczywiście istnieją grupy badawcze i rozwojowe, które są po prostu grupami zakładowymi, wysuwającymi propozycje oraz oceniającymi rozwiązania. Potrzeba równie grup zbierających propozycje wszystkich i publikujących rezultaty.

Partycypacyjne planowanie jest sposobem na zagwarantowanie, że produkcja jest wrażliwa na koszty społeczne i ekologiczne, jest także sposobem zapobiegania marnotrawstwu, gwarantują, że system odpowiada na preferencje ludzi dotyczące konsumpcji i pracy.

3. Zrównoważona praca

Jest jeszcze jeden komponent ekonomii partycypacyjnej, będący częścią naszego projektu uniemożliwienia dominacji klasy techniczno­‑menedżerskiej w systemie post­‑kapitalistycznym. Ten projekt to zrównoważona praca.

Ten program miałyby zastosować robotnicze federacje w przemyśle, a jego podstawowym punktem byłoby zagwarantowanie wyzwolenia robotników.

Pomysł polega na systematycznym przekształcaniu miejsc pracy na obszarze całej gospodarki. Chcielibyśmy zająć się takimi rzeczami, jak praca angażująca kreatywność, myślenie, podejmowanie decyzji czy osobista swoboda w gospodarce z jednej strony oraz praca fizyczna, „powtarzalna” oraz niespecjalnie przyjemne aspekty produkcji z drugiej.

Przekształcamy pracę, tak by istniała równowaga pomiędzy pracą wykwalifikowaną, projektowaniem, z jednej strony, oraz pracą fizyczną, mniej pożądaną lub pozwalającą na mniejszą swobodę z drugiej. Systematycznie zmieniamy również system edukacyjny, żeby zdemokratyzować dostęp do wiedzy, informacji i szkolenia, integrując go z samą produkcją. Pomysł polega na ułatwieniu wszystkim rozwijania swoich umiejętności i zdolności, a jednocześnie na tym, żeby każdy brał udział w ciężkiej pracy, fizycznej pracy produkcyjnej.

Weźmy przykład – obecnie ludzie pracują w hierarchii systemu transportowego, zajmując się planowaniem tylko wówczas, jeśli mają stopnie naukowe. A jednocześnie istnieje duża grupa ludzi, od których oczekuje się stresującej pracy prowadzenia autobusu dzień w dzień. Jednak wielu kierowców autobusów jest zainteresowanych planowaniem transportu. W planowaniu usług używa się raczej prostych technik, takich jak rules of thumb i korzysta się z prostych technik matematycznych. Tych rzeczy można się nauczyć. Zatem w systemie zrównoważonej pracy ludzie mogliby spędzać część czasu pracy na planowaniu usług lub projektowaniu pracy, a część czasu na czyszczeniu autobusów lub ich prowadzeniu.

Taka jest w podstawowym sensie idea zrównoważonej pracy.

4. Udział w konsumpcji oparty na staraniach lub poświęceniu

Jest jeszcze jedno zagadnienie, którym musi się zająć każda wiarygodna ekonomia:

W jaki sposób każda osoba uzyskuje dostęp do swojego udziału w konsumpcji? Jaka zasada rządzi dystrybucją? W jaki sposób dopuszcza się kogoś do konsumpcji na danym poziomie?

Odpowiedź na te pytania to najbardziej kontrowersyjna część ekonomii partycypacyjnej.

Tradycyjna zasada dotycząca konsumpcji, stosowana przez niektórych marksistów i anarchistów, to zasada komunistyczna – „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb”.

Część mówiąc o zdolnościach anarchiści, tacy jak Machno lub Issaac Puente i hiszpańscy anarchiści z lat 30., interpretowali w ten sposób, że od wszystkich zdolnych do pracy dorosłych wymaga się, żeby pracowali. Idea zasadza się na tym, że nie będzie się nam pozwala na bycie pasożytami społecznymi.

Jeśli chodzi o część dotyczącą potrzeb, sądzę, że ma sens w większości przypadków. Jeśli kto zostaje ranny w wypadku, to prosta ludzka solidarności wymaga, żeby powiedzieć, że trzeba mu udzielić pomocy, bez względu na jego wkład w produkcję społeczną.

Ekonomia partycypacyjna akceptuje tę ideę i mówi, że szeroko jej stosowania zależy tak naprawdę od poszczególnych społeczności i może się różnić w różnych obszarach świata, zależnie od miejscowej historii politycznej i kultury.

Niemniej, powiedzielibyśmy również, że kierowanie całą skomplikowaną gospodarką przemysłową, w której pracują miliony ludzi, wytwarzając dziesiątki tysięcy produktów, na podstawie zasady „każdemu według jego potrzeb” nie jest proste, jeśli interpretuje się ją w ten sposób, że każdy ma swobodny dostęp do całej produkcji przemysłowej, mogąc korzystać z niej do woli.

Z jednej strony, czy nie byłaby to zachęta dla najbardziej chciwych i agresywnych, żeby konsumowali jak najwięcej, a dla tych, którzy byliby mniej pewni siebie, jeśli chodzi o konsumpcję, zostałoby w ten sposób mniej? Czy do tego chcielibyśmy zachęcać? I czy nie chcemy zredukować czasu, jaki spędzamy w pracy? A jak można to zrobić, jeśli konsumpcja jest nielimitowana?

Żeby zapobiec marnotrawstwu, musimy być w stanie zmierzyć to, co ekonomiści nazywają społecznymi kosztami alternatywnymi procesu produkcji. Jeśli czas pracy przeznaczam na produkcję butów, to nie mogę w tym samym czasie stawia budynków, pisać książek itp. Takie są prawa fizyki – nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie. Zatem, jeśli przeznaczam swój czas pracy na produkcję butów, jest mnóstwo innych rzeczy, które mógłbym zrobić, ale których nie mogę robić w tym samym czasie. Wszystkie te rzeczy, których nie mogę zrobić, to społeczne koszty alternatywne tego, że przeznaczam swój czas pracy na produkcję butów.

Tak samo jeśli przeznaczymy jakiś teren na uprawę fasoli, nie możemy uprawiać na niej arbuzów, stawiać budynków, ani wybudować stadionu. Zatem jeśli przeznaczamy, jaki teren na uprawę fasoli, to wszystko, czego nie możemy zrobić z tym terenem, to społeczne koszty alternatywne używania tej ziemi do uprawy fasoli.

Żeby zagwarantować, że nasza działalność gospodarcza nie jest marnotrawstwem, musimy oszacować warto nakładów i rezultatów produkcji. Tak właśnie rolę grają ceny w ekonomii partycypacyjnej; ceny nie wymagają istnienia waluty w postaci monet i banknotów czy kapitału.

Jednak żeby oszacować wartość, jaką mają dla nas nakłady na produkcję i jej rezultaty, potrzebny jest proces komunikacji społecznej, w którym ludzie określą, jakie są ich preferencje dotyczące rzeczy, jakie możemy wyprodukować wykorzystując różne dostępne zasoby. Jednak jeśli ludzie nie mają żadnych limitów, dotyczących tego, czego mogą dać dla konsumpcji, to nie istnieje sposób, w jaki moglibyśmy oszacować ich preferencje dotyczące produkowanych dóbr.

Niektórzy odpowiedzieliby na to wskazując, że można to robić poprzez zgromadzenia w miejscu zamieszkania i miejscu pracy. Jednakże gdyby decyzje dotyczące alokacji i konsumpcji podejmowały w czysto kolektywistycznym stylu zgromadzenia sąsiedzkie czy zakładowe, nie byłoby już miejsca na indywidualną lub subkulturową różnorodność w preferencjach dotyczących produkcji.

Decyzje dotyczące stylu produkowanych koszul podejmowane kolektywnie na zgromadzeniach sprawiają, że osobisty samorząd dotyczący własnej konsumpcji w sprawie koszul nie istnieje. Pogwałca to zasadę samorządu.

Ekonomia partycypacyjna proponuje więc alternatywną zasadę konsumpcji, dotyczącą tych, którzy są zdolni do pracy:

Każdemu według jego starań lub poświęcenia.

Pomysł polega tutaj na tym, że twoje starania czy poświęcenie są tak naprawdę jedyną rzeczą, która pozostaje pod dobrowolną kontrolą każdego, jest więc jedynym sprawiedliwym sposobem określenia udziału w konsumpcji.

Kiedy praca jest „zrównoważona”, jak proponuje ekonomia partycypacyjna, poziom poświęcenia lub starań będzie zmierzać do tego samego, zatem udział w konsumpcji, oparty na pracy, będzie egalitarny, a różnice w konsumpcji opierać się będą na tym, jak dana osoba będzie chciała pracować. Być może poszczególne społeczności wprowadzą tutaj dodatkowe modyfikacje oparte na rozważaniach dotyczących potrzeb.

Implikacje dotyczące strategii

Na koniec chciałbym zauważyć, że ekonomia partycypacyjna pociąga za sobą pewne implikacje dotyczące strategii tego, co robimy obecnie i jak się organizujemy.

Natura każdej nowej formacji społecznej, wyrastającej z podstawowych konfliktów społecznych lub przewrotu, jaki przybiera rewolucyjny wymiar, jest określana przez charakter głównych sił społecznych biorących udział w tym procesie.

Oznacza to, że ruch kierowany przez robotników i dla robotników, to znaczy charakteryzujący się wewnętrzną samorządnością wspieraną przez ekonomię partycypacyjną, będzie kluczowy w procesie rewolucyjnym, a wyłonienie się takiego ruchu poprzedzi taką zmian i będzie jej sygnałem.

Jedynym sposobem, w jaki możemy zagwarantować, że społeczeństwo, jakie się wyłoni, będzie samorządne, jest prowadzenie działań na rzecz tej zmiany, które same byłyby samorządne w charakterze i praktyce. W ten sposób ludzie rozwijają egalitarną i demokratyczną praktykę, której wymaga społeczeństwo, które samo ma być samorządne.

Sposób, w jaki ludzie organizują się na rzecz zmiany, jest ważny, jeśli chodzi o kształtowanie rezultatu, do jakiego się dąży.

W jaki sposób możemy sprawić, żeby siły społeczne działające w procesie rewolucyjnym nie niosły w sobie zarodków nowej klasy techniczno­‑menedżerskiej, jak stało się w przypadku różnych „komunistycznych” rewolucji?

Potrzeba do tego organizacji masowych, zapobiegających formowaniu się hierarchii w stylu korporacyjnym albo hierarchii koncentrujących doświadczenie, wiedzę oraz podejmowanie decyzji w rękach garstki ludzi.

W jaki sposób klasa robotnicza staje się rewolucyjna?

Klasa robotnicza nie jest w tej chwili rewolucyjna. Jeśli ktoś sądzi, że jest teraz gotowa do spontanicznej rewolucji, musi nam wyjaśnić, dlaczego w takim razie taka rewolucja jeszcze nie wybuchła. Systemy ucisku społecznego reprodukują się w czasie poprzez struktury społeczne, takie jak pozycja klasowa lub strukturalny rasizm, wywierając wpływ na psyche, zwyczaje, oczekiwania i zachowanie wszystkich. Właśnie dlatego rewolucja, która przezwyciężyłaby ucisk, a nie tylko zastąpiła go inną jego formę, wymaga mniej lub bardziej długotrwałego procesu zmian w samej klasie robotniczej, zmiany ludzi.

Jeśli klasa robotnicza ma wyzwolić się spod ucisku klasowego, musi uzyskać pewność siebie, zdolności przywódcze, samoorganizację oraz jedność, które umożliwi jej kierowanie produkcją. Musi więc się zmienić. I robi to poprzez proces walki, mobilizacji i samoorganizacji. Jest tak dlatego, że ludzie zdobywają wiedzę o strukturze władzy walcząc z nią oraz zyskują motywację do zdobywania wiedzy i umiejętności organizowania się, angażując się w walkę.

Rozwój większego ruchu również daje zaangażowanym ludziom większą siłę, zmienia percepcję zwykłych ludzi, ponieważ widzą oni teraz, że istnieje siła, która może dokonać zmian. A zakres zmian, jakie ludzie zaczynają uważać za możliwe, zależy od tego, czy widzą chęć innych do walki i wspierania się wzajemnie.

Jednak jeśli rewolucja ma być samorządna i wyzwoleńcza, ruchy na rzecz zmian społecznych, będące główną siłą społeczną, muszą same być samorządne, żeby rozwijać właściwe sposoby myślenia, oczekiwania i zdolności w swoich uczestnikach.

Wobblies mówili, że „Wszyscy jesteśmy przywódcami”. Jeśli chodzi o nasz ideał, o nasz cel, to sądzę, że mieli rację. Jednak chodzi o to, w jaki sposób praktyka ma odzwierciedlić ten ideał.

Istniejące społeczeństwo jest dzielone przez różne rodzaje nierówności, nierówności w dostępie do edukacji, wiedzy i sposobności rozwijania swoich uzdolnień. Odzwierciedla to podział na klasy, płci i rasy.

Niektórzy ludzie mają większą wiedzę na temat biegu rzeczy, większą wiedzę teoretyczną, niektórzy mają lepsze wykształcenie niż inni, niektórzy są bardziej pewni siebie niż inni, niektórzy mieli sposobność rozwinięcia umiejętności, takich jak publiczne przemawianie czy formułowanie idei. Inni mogą mieć podobne zdolności do rozwijania takich umiejętności, a jednak nie mieć okazji do rozwinięcia ich w praktyce.

Ktoś, kto przez lata wykonywa tylko polecenia szefa, kogo o lepszym wykształceniu, mógł rozwinąć w sobie nawyk podporządkowywania się ludziom o większym autorytecie lub lepszym wykształceniu.

To, że istnieją te różnice pomiędzy obecnymi rzeczywistymi zdolnościami ludzi jest konsekwencją tego, co nazywam „strukturalistyczną” teorią społeczeństwa, mówiąc, że twoja pozycja w strukturze klasowej lub innej strukturze nierówności, takiej jak patriarchat lub rasizm wywiera wpływ na zdolności, preferencje i zwyczaje masz, a jakie nie, oraz w jaki sposób postrzegasz swoją przyszłość.

Stąd wiemy, że każdy ruch, który organizuje się w czysto spontaniczny sposób, będzie spontanicznie zmierzał do reprodukowania w sobie tych nierówności, ukształtowanych przez społeczeństwo kapitalistyczne. Dlatego jeśli nie mamy programu przezwyciężenia skutków, jakie wywierają struktury nierówności, zostaną one odtworzone wewnątrz masowych organizacji lub ruchów.

Znaczy to, że naprawdę egalitarny ruch nie może zostać stworzony w czysto spontaniczny sposób. Musimy być świadomi różnic w rozwoju umiejętności i świadomie działać na rzecz obudzenia w ludziach ich prawdziwych zdolności. Istnieją różne sposoby działania w tym kierunku, takie jak ośmielanie ludzi do przemawiania, do uczestniczenia w debatach, grupach kształceniowych lub szkoleniach aktywistów, żeby rozwijać wiedzę oraz zdolności teoretycznego ujmowania doświadczeń, zdolności oratorskie i pisarskie, krytyczne myślenie.

Poprzez świadomą i kolektywną praktykę rozwijania w ludziach zdolności gwarantujemy, że ludzie będą lepiej przygotowani do odgrywania aktywnej roli w ruchu.

Jeśli organizacje nie mają być kierowane przez zawodową kadrę lub zredukowane do wąskiej grupy świadomych aktywistów, potrzebujemy sposobów, które ułatwią zwykłym robotnikom angażowanie się w ruchy.

Musimy także rozwijać w organizacjach odpowiednik idei zrównoważonej pracy ekonomii partycypacyjnej. Nie chcemy wytwarza nowej techniczno­‑menedżerskiej hierarchii. Chcemy świadomie działać na rzecz dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, rozwijania zdolności przywódczych i wiedzy w szeregowych uczestnikach.