Źle urodzone, źle urodzeni?

Katarzyna Wiącek
27.05.2013

Osobisty przewodnik Springera po PRL­‑owskiej architekturze powojennego modernizmu przywraca pamięć o dobrej, choć „źle urodzonej” architekturze powstałej w owym okresie, ale przede wszystkim o odważnie i nieszablonowo myślących architektach i architektkach tych szarych czasów. Również „źle urodzonych”. W kraju bylejakości i byle jakich majstrów („Panie kochany, nam się z trudem udaje postawić prostą ścianę, a co dopiero coś takiego”1), zdominowanym przez system, który karał za talent, nieposłuszeństwo i wizję („Nikt wówczas – poza Leykamem nie »przeciwstawiał się« zalewowi socrealizmu, nikt poza nim nie kładł mu tamy, nikt – w tym czasie – nie podejmował uporczywej i wydawałoby się z góry skazanej na niepowodzenie pracy nad budowaniem własnego stylu”.)2 – od 1949 roku jedynie słusznie było projektować w narodowej formie i socjalistycznym duchu.

Dobrze architekturę komunistycznych blokowisk z substandardowymi mieszkaniami z wielkiej płyty oddają słowa Le Corbusiera, który zresztą inspirował co ciekawszych polskich architektów rodzimego modernizmu: „Fałsz przesłaniający lub negujący podstawowe funkcje architektury jest wszędzie tam, gdzie widać degenerację społeczeństwa”3. Byli na szczęście tacy, którzy walczyli z fałszem złej architektury i stworzyli swoiste polskie centrum „corbusieryzmu” – skupieni nie, jak można by się spodziewać, na Politechnice Warszawskiej, lecz w Akademii Sztuk Pięknych, na czele z Jerzym Sołtanem, Lechem Tomaszewskim i Oskarem Hansenem.

Wielki nieobecny w książce Springera, Sołtan4, który przekształcił założone w 1954 r. Zakłady Artystyczno­‑Badawcze w prężny ośrodek nowatorskiej myśli architektonicznej, twierdził:

Ja Le Corbusiera odkryłem sam. […] Le Corbusiera w Polsce nie rozumiano. Był za trudny. Dużo większym uznaniem cieszył się Bauhaus i niemiecka, uproszczona wersja modernizmu. Oprócz Macieja Nowickiego i jego żony, Zygmunta Skibniewskiego, mnie i paru bardziej rozbudzonych studentów, którzy na własną rękę zaczynali węszyć, pies z kulawą nogą nie rozumiał Le Corbusiera. Na Wydziale się o tym nie mówiło. […] Nawet takie osoby jak Bohdan Pniewski, Czesław Przybylski czy Rudolf Świerczyński – czołowi architekci tego okresu, wygrywający konkursy, budujący, będący na ołtarzu polskiej architektury – moim zdaniem bardzo mało wiedzieli o twórczości Le Corbusiera, a w każdym razie nie widzieli różnicy między Le Corbusierem a na przykład Gropiusem5.

Owi nieliczni naśladowcy Le Corbusiera przede wszystkim czerpali z jego koncepcji miasta­‑maszyny i domu­‑maszyny. W twórczości polskich modernistów można dostrzec również echa spuścizny Tony’ego Garniera i jego koncepcji miasta przemysłowego, wykorzystującej nowe możliwości żelbetu oraz odejście od klasowego charakteru dziewiętnastowiecznych kamienic czynszowych. Mieszkańcy miasta przemysłowego mieli odtąd tworzyć społeczeństwo bezklasowe, w którym różnice zostaną zniwelowane, a każdy uzyska równy dostęp do światła, powietrza i zieleni.

Podobną koncepcję, opierającą się na stworzeniu takiego założenia urbanistycznego, w którym centrum Katowic miało być przyjazną przestrzenią dla wszystkich, gdzie mieszkańcy mogliby jednocześnie mieszkać, pracować i wypoczywać, stworzył Mieczysław Król. Reportaż Springera o tak zwanej superjednostce (projektowanej początkowo jako „skomasowana jednostka mieszkaniowa”) doskonale oddaje zmagania architekta z siermiężną władzą, próbującą ukręcić łeb koncepcji, w której najważniejszą rolę odgrywają nieograniczona przestrzeń oraz dostęp do zieleni i czystego powietrza:

Słuchajcie no! [gen. Ziętek – przyp. aut.] Jak macie gołą dupę i ktoś wam daje po dobroci gacie, to bierzecie te gacie i nie narzekacie, prawda? Mam rację czy nie? W gabinecie tężeje cisza. W końcu pada odpowiedź: [Mieczysław Król – przyp. aut.] Dobrze panie generale. Wszystko się zgadza. Ale jak mi ktoś te ofiarowane gacie każe założyć na głowę, a ja zostaję z gołą dupą, to wyglądam jak idiota6.

Ograniczenia technologiczne PRL­‑u robią swoje: zamiast oknami zewnętrznymi, kuchnie są doświetlane pośrednio; z braku w całej Polsce kaloryferów, Król instaluje w bloku ściany grzewcze. Przytoczone przez Springera rozmowy architekta z działem zaopatrzenia przypominają serialowe Alternatywy 4:

Oczywiście możecie pomalować klatki schodowe na taki kolor, jaki będzie wam odpowiadał. Damy wam na to tyle zielonej farby, ile tylko zapragniecie.
Oczywiście przedszkole i świetlica dla mieszkańców na ostatnim piętrze to pomysł doskonały i warty realizacji. Ale zastanówcie się, gdyby tak na przykład zrobić tam mieszkania? Mówicie, że w tym bloku będzie mnóstwo mieszkań! Wspaniale, zatem postanowione, na ostatnim piętrze też będą mieszkania!7

Mało wizjonerskie czasy przerosły wizjonerstwo Króla, którego z czasem zaczęły pochłaniać kwestie dostosowania budynków do warunków środowiskowych, do czego zapewne zainspirował go Śląsk z ogromnym zanieczyszczeniem powietrza i nadmiernym hałasem. Stworzył nigdy niezrealizowaną koncepcję osiedla z systemem tryskaczy, które miały rozpylać wodę wapienną wiążącą wszelkie zanieczyszczenia wokół budynków.

Najlepsza w książce Springera jest strona faktograficzno­‑anegdotyczna. Przykładem jest reportaż o Oskarze Hansenie (twórcy Teorii Formy Otwartej oraz urbanistycznej koncepcji rozwoju miast przyszłości opartej na Linearnym Systemie Ciągłym), który w 1949 r. jako jeden z nielicznych Polaków bierze udział w VII Międzynarodowym Kongresie Architektury Nowoczesnej (CIAM) w Bergamo jako asystent Pierre’a Jeannereta (kuzyna Le Corbusiera). Choć nie dojada, śpi na parkowej ławce i myje się w fontannie, na kongresie zabiera krytyczny głos po Le Corbusierze:

Trudno mi uwierzyć, że twórca nowej architektury, współtwórca puryzmu szuka jej zhumanizowania przy pomocy tkanin – przedmiotów na sprzedaż. Cały tak zwany renesans tkaniny francuskiej uważam za ruch wywołany dla komercji, dla zbicia kapitału, w co wciąga się i wykorzystuje wielkich twórców. […] Architekci CIAM­‑u powinni temu przeciwdziałać i szukać humanizacji nowoczesnej architektury właściwymi jej drogami8.

Kiedy otrzymuje asystenturę w Royal Institute of British Architects w Londynie, Hansen odmawia. Wie, że odbudowującej się Polsce ma więcej do zaoferowania. Dojrzewa do stworzonej razem z żoną architektką, Zofią Garlińską­‑Hansen, koncepcji Formy Otwartej9, której najlepszym przykładem jest wciąż ewoluujący dom w Szuminie (budowany od 1969 roku) czy Osiedle Słowackiego w Lublinie.

Jest też bardzo krótka historia przypominająca sylwetkę Macieja Nowickiego (który zginął w katastrofie lotniczej w 1950 roku), współpracownika Eero Saarinena i Alberta Mayera, jednego z członków zespołu projektującego siedzibę ONZ. Współpracuje z nowojorskim Pratt Institute i School of Design w Raleigh. Wkrótce potem otrzymuje zlecenie na wybudowanie nowego, idealnego miasta Chandigarh, stolicy indyjskiego stanu Pendżab, opartego na planie liścia, w którym ulice miały przebiegać po łuku. Niestety zlecenia nie dokończył. Przejął je, w dużej mierze modyfikując koncepcję Nowickiego i Mayera, sam Le Corbusier.

W tamtych czasach tworzyły również silne kobiety. Choć niestety brak tekstu o Jadwidze Grabowskiej­‑Hawrylak (wrocławskie Osiedle Grunwaldzkie udokumentowane jest wyłącznie na kilku fotografiach), mamy w książce materiał o innej architektce – Halinie Skibniewskiej, związanej z Biurem Odbudowy Stolicy (BOS) i Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową, autorce osiedli: Białołęka Dworska, Sady Żoliborskie I i Osiedle Szwoleżerów w Warszawie, wieloletniej polskiej korespondentce czasopisma architektonicznego „L’Architecture d’Aujourd’hui”.

Podstawowym parametrem w PRL­‑owskim budownictwie mieszkaniowym jest jak największa liczba oraz szybkość wykonania. Władzy nie interesuje jakość architektury, a tym bardziej to, jak się w niej żyje. Skibniewską przeciwnie. Architektka walczy o zachowanie każdego drzewa, nawet jeśli kończy się to zarywaniem nocy, żeby przeprojektować poszczególne elementy osiedla. Zamiast wielkiej płyty, stosuje kameralne rozwiązanie z białej cegły (Sady na Żoliborzu).

„Oszczędności szły wówczas dużo dalej. Ja realizowa­łam jeszcze budynki katalogowe, ale nie tzw. oszczędnościowe. Tych bym nie robiła. Stworzono fikcję tzw. oszczęd­nościowego budownictwa mieszkanio­wego. I nikt nie trudził się wyliczeniem, że nie opłaca się po prostu budować wspólnych urządzeń sanitarnych, bo kto będzie je sprzątał, bo epidemie i tak dalej. Można i należy żądać od architekta naj­lepszych rozwiązań w ramach określo­nych środków (choć projektant powi­nien mieć jednocześnie wpływ na dobór właściwych procesów wykonawczych). Ale przecież nie o to chodziło. Nasuwają się przy tym dwa pytania: czy właśnie ta ilość środków, którą wygospodarowano w budżecie była właściwa i czy właści­wie była postawiona idea prefabrykacji, skoro nie zarabiało się na niej w konsek­wencji ani czasu, ani pieniędzy. To wszystko trąciło towiańszczyzną, mito­logią. […]W założonych ko­sztach wskaźnikowych (wówczas ok 2200 zł za m2) zmieściły się poza tym: okna typu Karpowicza, drewniane ża­luzje do wietrzenia, staranne wyposaże­nie klatek, przemyślane drzwi wejścio­we, daszki i zróżnicowana podłoga osiedla wraz z tzw. małą architekturą (za uzupełniające – powszechne na Sadach wyposażenie kuchni i szafy dopłacali użytkownicy). Prezes Leśniewski po­wiedział: „W tej sumie zgadzam się na wszystko”. Przy budowie Sadów udało się wciągnąć w tę grę wykonawców. Grę o jakość10.

Książka Springera jest zbiorem portretów twórczych osobowości PRL­‑u, grających z systemem o jakość. Lepszą jakość życia, architektury, otoczenia. Mnie pozwoliła inaczej spojrzeć na ten szary i smutny czas, po którym zostało jeszcze trochę dobrej, choć wciąż niedostatecznie docenianej i zaniedbanej, architektury. Źle urodzonej, ale też źle zarządzanej i użytkowanej.

Filip Springer, Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL­‑u, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2011, 272 s.

Przypisy:

1. Cytat z rozmowy prowadzonej z architektem Witoldem Lipińskim, pragnącym zbudować dom w kształcie Igloo na wrocławskim Zalesiu w latach sześćdziesiątych (co zresztą się udało), za: F. Springer, Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL­‑u, Kraków 2011, s. 15.

2. Tamże, s. 42. Chodzi o Marka Leykama (1908­‑1983) – architekta, twórcę między innymi warszawskich żyletkowców oraz Stadionu Dziesięciolecia (razem z J. Hryniewieckim i Cz. Rajewskim, 1955).

3. Le Corbusier, W stronę architektury, Warszawa 2012

4. Jerzy Sołtan – współpracownik Le Corbusiera. Zaprojektował między innymi: kompleks sportowy Warszawianka, wnętrza dworca Warszawa Śródmieście, bar Wenecja w Warszawie, dom towarowy w Olsztynie czy pawilon polski na Wystawie Światowej w Brukseli (1958).

5. Cyt. za: W stronę architektury…, s. 15, przyp. 24.

6. F. Springer, Źle urodzone…, s. 152.

7. Oba cytaty za: tamże, s. 154.

8. Tamże, s. 237.

9. „Przestrzeń architektoniczna powinna wchłonąć najróżnorodniejsze funkcje stałe (praca, jedzenie, wypoczynek), jak i funkcje przypadkowe, żywiołowe, zachodzące we współżyciu mieszkańców w czasie. ma ona charakteryzować objawy życia i dzięki nim rozwijać się. Powinna uwypuklać indywidualność mieszkańców i skalę ich odczuć. Przestrzeń architektoniczna powinna mieć cechy przekształcalności w czasie z formy jednostkowej w formę wielości i odwrotnie”. Tamże, s. 239.

10. Cyt. za: H. Skibniewska, C. Bielecki, Skibniewska. Problemy z witruwiusza [w:] „Architektura”, 1977, nr 3/4, s. 28 [@:] http://teoriaarchitektury.blogspot.com/2011/11/halina-skibniewska-problemy-z.html.

Katarzyna Wiącek – historyczka sztuki z wykształcenia, graficzka, krytyczka architektury, feministka; prowadzi bloga o anarchitekturze: anarchitektura.tumblr.com.