Widmo alterglobalizmu

18.05.2005
Recykling Idei: Pierwszy problem jaki chcielibyśmy poruszyć, to czy można mówić o jednym ruchu „alterglobalistycznym”? Czy jest to realne zjawisko zwiastujące mobilizację ludzi na rzecz zmiany społecznej czy też wytwór medialny: demoniczny w teleobiektywie mediów głównego nurtu, a idealistyczny w perspektywie twórców tzw. mediów niezależnych?

Marcin Starnawski: Myślę, że można mówić o ruchu, choćby dlatego, że istnieje wspólny dla wielu tworzących go grup i tendencji obiekt sprzeciwu – niesprawiedliwości współczesnego kapitalizmu. Ponadto istnieją zręby organizacyjnej infrastruktury ruchu; myślę tu o forach społecznych ze Światowym Forum na czele jako przestrzeni dyskusji, wymiany doświadczeń oraz szukania wspólnych obszarów działania.

Maciek Bachryj: To, co pozwala mówić o ruchu pomimo jego ogromnego zróżnicowania to fakt, iż kwestie, które stawiane były od dawna przez różne organizacje obywatelskie postrzegane są teraz i dyskutowane w ich aspekcie globalnym; dostrzega się ich zakorzenienie w procesach globalnych.

Mariusz Doluk: Nie jestem do końca przekonany, czy faktycznie istnieje jeden ruch alterglobalistyczny. Wydaje mi się raczej, że w ramach tego, co media oraz część działaczy określają mianem alterglobalizmu istnieje wiele różnych, często wzajemnie wykluczających się, ruchów. Niektórzy określają to jako „ruch ruchów”, co jest chyba bardziej adekwatne.

Ewa Groszewska: Nie można mówić o jednym ruchu, a raczej o wspólnej świadomości wielu środowisk lewicowych tworzących ten ruch na Zachodzie na zasadach pluralistycznych. Świadczą o tym chociażby inicjatywy w stylu EFS. Co prawda kontestacja status quo ma miejsce również z pozycji konserwatywnych, ale tu raczej należałoby mówić nie o alter­‑ ale antyglobalizmie i raczej nie o antykapitalizmie.

Aldona Kopkiewicz: Pojęcie ruchu alterglobalistycznego to z pewnością wygodna etykietka na użytek mediów. Z drugiej strony trudno zaprzeczyć rzeczywistemu istnieniu grupy ludzi, którzy mają świadomość, że ktoś spartaczył ustrój świata. Czy naprawdę tak wiele różnych środowisk wyznaje podobne wartości tworzące ich podstawy światopoglądowe, czy też sami kreujemy jakiś obraz wspólnoty ideowej na użytek mediów – własnych, niezależnych i tych korporacyjnych? Jeden wróg spaja nas w jeden ruch, ale gdyby go nie było, uwidoczniłyby się wewnętrzne rozdźwięki. Czy jednak brak jedności to powód, by martwić się o nasze istnienie?

MS: Rola mediów „oficjalnych” jest chyba nieco bardziej niejednoznaczna niż może się wydawać, gdyż prezentując antyneoliberalne protesty jako dzieło jednolitego ruchu, poprzez nadanie protestującym nazwy „antyglobaliści”, korporacyjne media uczyniły sobie wprawdzie z przeciwników neoliberalizmu łatwy cel ataków, ale i stworzyły, paradoksalnie, symboliczny impuls do „zwarcia szeregów” przeciwko „globalizacji”, a przez zaistnienie w świadomości przeciętnych odbiorców mediów, stworzyły społeczny grunt dla dyskusji wokół idei alterglobalistycznych. To całkiem korzystna przysługa.

Adam Moryc: Mam wrażenie, że sam termin „alterglobalizm” został wymyślony przez media, aby odseparować „zadymiarzy­‑antyglobalistów” od „konstruktywnej opozycji”. I tak demonizuje się tych pierwszych, a „alterglobalistów” klepie się po plecach, jak to miało miejsce po „antyszczycie” w Warszawie.

Zadziałał mechanizm analogiczny do tego, który uniemożliwił uczestnictwo „oszołomom”, czyli radykalnej części opozycji, w obradach Okrągłego Stołu. Efekty dogadania się z komunistami tzw. „konstruktywnej opozycji” owocują w Polsce do dziś. Jak jest – każdy widzi. Oficjalna opozycja dogadała się ze starą nomenklaturą, instalując kapitalizm, a Postulaty Gdańskie znalazły się (dosłownie i w przenośni) w muzeum.

RI: Każdy ruch społeczny rodzi się z niezgody na istniejącą rzeczywistość bądź jej fragmenty. Przeciwko czemu protestują alterglobaliści?

MB: Można tu wyliczyć całą gamę mniej lub bardziej konkretnych kwestii. Myślę, że wszystkich łączy jednak dążenie do tego, żeby mieć większy wpływ na decydowanie o losie swoim i otoczenia, w którym się żyje. Alterglobalisci protestują więc przeciwko wykluczaniu nas – obywateli – z decyzji, które mają istotny wpływ na nasze życie, przeciwko przenoszeniu procesu decyzyjnego poza sferę demokratycznej kontroli.

MS: Można mówić o sprzeciwie wobec nowych form ludzkiej alienacji w świecie, wynikającej z globalnej hegemonii kapitału oraz wspierających go sił politycznych. Alienacja polega tu na utracie przez ludzi historycznego rozumienia procesów kształtujących rzeczywistość (na przykład kapitalizm postrzega się jako najlepszy sposób organizacji społeczeństwa, właściwy „ludzkiej naturze”, a nie jako system ukształtowany w wyniku złożonych zależności społecznych i polityczno­‑gospodarczych), a także rezygnacji z dążenia do podmiotowego przekształcania świata. Protesty przeciwko prywatyzacji usług publicznych, cięciom socjalnym, neokolonialnemu wyzyskowi siły roboczej czy wojnie to właśnie uderzanie w struktury i działania wytwarzające alienację i cierpienie. Alterglobaliści mówią: „Inny świat jest możliwy i możemy go zbudować”.

Katarzyna Gawlicz: Przewrotnie można by powiedzieć, przywołując Davida Graebera, że alterglobaliści protestują przeciwko ograniczaniu globalizacji: uniemożliwianiu rozprzestrzeniania się praw człowieka czy wolnego przepływu idei, zamykaniu granic. Nie bez kozery organizacje takie jak AWID (Association for Women’s Rights in Development) nawołują do upowszechniania w skali światowej praw socjalnych, pokoju, sprawiedliwości – przedstawiając to jako alternatywę dla globalizacji opartej na ponadnarodowych instytucjach finansowych i handlowych, zorientowanych na pomnażanie zysku niezależnie od kosztów społecznych, możliwą do zrealizowania przy użyciu tych samych środków.

EG: Osobiście protestuję przeciwko kapitalizmowi, którego obecny stan – kapitalizm globalny oparty na skoncentrowanej własności – jest konsekwencją konkurencji, czyli mechanizmu immanentnego kapitalizmowi. Protestujemy przeciwko rzeczywistości rywalizacyjnej prowadzącej do powstawania nierówności społecznych.

MD: Ja natomiast jako antyautorytarysta sprzeciwiam się wszelkim przejawom hierarchii, dominacji i opresji. Sam kapitalizm jest tylko jednym z przejawów wspomnianych przeze mnie elementów. Jak doskonale wiemy, likwidacja kapitalizmu nie prowadzi automatycznie do wolności. Bez mechanizmów zapobiegających dążeniom autorytarnym może się zdarzyć, że będziemy mieli jeszcze mniej wolności. W związku z tym staram się wyjść poza klasyczny dylemat: więcej państwa albo więcej rynku. Bo cóż za różnica, czy jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę biurokraty czy kapitalisty?

EG: Rzecz w tym, ze kapitalizm to nie tylko stosunki władzy politycznej, ale i ekonomicznej, powodujące w efekcie pauperyzację i wykluczenie socjalne. Nie da się zaprzeczyć, że tzw. państwo dobrobytu (welfare state) w znaczny sposób zredukowało wyzysk ekonomiczny i ubożenie i zapewniało bezpieczeństwo socjalne. Jednak za Marksem twierdzimy, że możliwa jest budowa świata socjalistycznego bez państwa.

MS: Ale trudno poza państwem stworzyć przeciwwagę dla neoliberalnego fundamentalizmu rynkowego. Finansowe i prawne wsparcie ze strony państwa mogłoby być pomocne w rozwijaniu działalności gospodarczej alternatywnej wobec korporacji (na przykład spółdzielni). Ważne jest też powstrzymanie prywatyzacji usług publicznych, a to, podobnie jak istnienie solidnych instytucji pomocy socjalnej (a nie zwykłej charytatywy bazującej na widzimisię biznesmenów­‑filantropów lub kościołów), wymaga wzmocnienia w pewnym zakresie instytucji państwa i samorządu. Jednak celem nie są instytucje same w sobie, tylko więcej obywatelskiej demokracji i większe pole ludzkiej samorealizacji.

MD: Biurokracja państwowa zawsze, niejako z urzędu, zagarnia to, co do niej nie należy. Czas odzyskać władzę bezpośrednią nad usługami publicznymi i wypracować nowe modele zarządzania nimi…

RI:…właśnie, alterglobalistów często krytykuje się za to, iż dużo łatwiej przychodzi im krytyka zastanej rzeczywistości niż sformułowanie rozwiązań pozytywnych. Czy elementy takiego „programu” są dostrzegalne w działaniach grup i organizacji sprzeciwiających się neoliberalnej globalizacji? Które z nich rokują największe nadzieje na realizację w praktyce?

MB: Oczywiście, że są projekty pozytywne. Jako członek ATTAC mogę wspomnieć choćby o podatku Tobina (wprowadzony został w Belgii), projektach reformy MFW i BŚ czy zmianach w ramach WTO dotyczących sposobu podejmowania decyzji, innych zasad handlu międzynarodowego, które dałyby szanse na rozwój krajom Trzeciego Świata, a nie sprowadzałby ich do roli kolonii.

KG: Nie jestem przekonana co do słuszności rozróżniania pomiędzy programem negatywnym i pozytywnym. Czym są krytyka układów międzynarodowych i działania mające na celu doprowadzenie do ich odrzucenia, jak prowadzona we Francji kampania na rzecz tworzenia obszarów wolnych od GATS? A krytyka projektu neoliberalnej, militarystycznej konstytucji UE? W sytuacji zawłaszczenia dyskursu przez ideologię prymatu kapitału nad społeczeństwem, krytyka rzeczywistości jest pierwszym elementem programu pozytywnego, gdyż oznacza budowanie przestrzeni, w której możliwe będzie urzeczywistnianie idei innego świata. Warto zauważyć istotną cechę owej krytyki: nie odbywa się ona w jakiejś bliżej nieokreślonej próżni, ale jest zorientowana na rozpowszechnianie informacji, edukowanie społeczeństwa. Negocjacje dotyczące podpisywanych przez rządy państw układów międzynarodowych, których skutki mają podstawowy wpływ na nasze życie, toczą się w zaciszu gabinetów, do których dostęp mają raczej przedstawiciele korporacji ponadnarodowych niż organizacji społecznych, a ich wyniki często pozostają „ściśle tajne”. Kto zna treść raportów Banku Światowego czy WTO, wyznaczających rządowi Polski kierunek działania? Kto wie, czego dotyczy GATS i do czego może doprowadzić jego realizacja? Działalność alterglobalistów to w dużej mierze zapełnianie tej luki w świadomości społeczeństw; swoiste bicie w dzwony, aby zmobilizować ludzi, którzy nie wiedzą nawet, co im grozi i dlaczego.

MS: Pomysłów nie brakuje, ale brak dziś środków politycznych (i politycznej woli, głównie rządów państw zachodnich) dla ich realizacji. Kwestie, o których wspomniał Maciek, to zadanie na wiele lat. Nawet pomysł oddłużenia państw Trzeciego Świata nie ma większego wzięcia. Na dziś szansą na stworzenie „alteglobalistycznych przyczółków” są projekty bezpośredniej demokracji w społecznościach lokalnych oraz walka o udział samorządów pracowniczych w zarządzaniu przedsiębiorstwami.

EG: Ja także opowiadam się za społeczeństwem, w którym gospodarka opiera się na zasadach współpracy, solidaryzmu społecznego i obywatelskiego planowania, co oznacza demokratyzację, uczestnictwo bezpośrednich producentów w kreowaniu rzeczywistości społecznej – decydowanie o tym, co się wytwarza, jak się to dzieli.

AM: Według mnie jednak największe nadzieje rokują organizacje, które nazywam pragmatycznymi, czyli takie, które zajmują się kosmetyką systemu i mają już jakieś sukcesy na swoim koncie. Mam tu na myśli przede wszystkim ATTAC. Choć nie jestem jego zwolennikiem, doceniam konsekwencję w realizacji celów i liczenie się z realiami, czego brak radykalnym grupom antysystemowym.

EG: Zgadzam się, że w najbliższym czasie niemożliwe jest praktyczne zrealizowanie całościowych projektów, chyba że doszłoby do przewrotów społecznych. Najbardziej realistyczne są projekty reformistyczne, na przykład uniwersalizacja praw pracowniczych w skali globu. Z drugiej jednak strony istnieje podejrzenie, że uratują one kapitalizm, konserwując stosunki produkcji oparte na własności prywatnej.

AM: Co do projektów reformistycznych to, moim zdaniem, jest to jednak akceptacja warunków, jakie stawia nam państwo, prawo i kapitalizm, gdyż na przykład pojęcie praw pracowniczych może być rozpatrywane tylko w takim kontekście. Co ciekawe, taką działalnością zajmują się niektórzy anarchiści. Osobiście jednak przede wszystkim cenię sobie inicjatywy i kampanie o charakterze lokalnym, bo po pierwsze dotyczą nas bezpośrednio, a po drugie jedynie w tym zakresie jesteśmy w stanie coś realnie zmienić. Globalnych rozwiązań sobie nie życzę, bo zalatuje to totalitaryzmem.

KG: Jeśli mamy się wycofać z myślenia o globalnych rozwiązaniach, to równie dobrze możemy sobie pójść na piwo albo na lody i dać sobie spokój z zabawą w alterglobalizm. Sensowną odpowiedzią na globalizację w obecnym kształcie są tylko rozwiązania o charakterze globalnym. Bez zagwarantowania przestrzegania praw pracowniczych i równego wynagrodzenia na poziomie globalnym zawsze będą kraje, do których ponadnarodowe korporacje będą przerzucać fabryki, bo będzie tam taniej; bez globalnej kontroli operacji finansowych nie uniknie się „rajów” (piekieł?) podatkowych, do których odpływają pieniądze, których potem nie ma na opiekę medyczną i edukację. Przykłady można mnożyć.

RI: Poruszacie kwestię kapitalizmu, praw pracowniczych… W jaki sposób alterglobalizm sytuuje się wobec innych ruchów społecznych – zarówno ruchów „starego typu”, związanych właśnie z walką ekonomiczną, związkami zawodowymi, jak i tych „nowych”, jak feminizm, pacyfizm czy ruch ekologiczny?

MS: Alterglobalizm to synteza ruchów starych i nowych. Z jednej strony wychodzi poza ekonomiczny redukcjonizm starego ruchu robotniczego (w którym nie było miejsca na ekologizm, krytykę patriarchatu czy walkę z homofobią). Z drugiej strony, obecna postać kapitalizmu skłania ruch antysystemowy do wypracowania „zintegrowanej” pozycji politycznej, a to osiąga się poprzez krytykę kapitalistycznych źródeł bardzo różnorodnych problemów społecznych. Dziś możliwe jest na przykład połączenie działań ruchu związkowego i organizacji kobiecych czy ekologicznych. W Seattle w 1999 r. przeciwko WTO protestowali ramię w ramię ekolodzy i związki zawodowe kierowców ciężarówek.

EG: Marksista Habsbawm twierdzi, że alterglobaliści mają zbyt mało wspólnego z tzw. starą lewicą. Nie wydaje się to jednak prawdziwe, ponieważ tzw. Nowe Ruchy Społeczne będące częścią ruchu alterglobalistycznego podkreślają wątki ekonomiczne. Dewastację środowiska naturalnego czy upośledzoną pozycję kobiet wyprowadzają w dużej mierze ze stosunków ekonomicznych i opartej na nich konstrukcji mieszczańskiego społeczeństwa konserwatywnego kierującego się racjonalnością jedynie rynkową. Sądzę, że w sensie merytorycznym nie powinno być rozdźwięku między starymi i nowymi ruchami społecznymi, jeśli dążą one do zmiany faktycznie całościowej.

KG: Obawiam się, że to zbyt daleko posunięty optymizm. Tak być powinno; praktyka jest jednak inna, co widać wyraźnie na przykładzie tego, w jaki sposób w obrębie ruchu alterglobalistycznego sytuowany jest ruch feministyczny. Wciąż powtarza się stwierdzenie, że najpierw trzeba pokonać globalny kapitalizm, a potem przyjdzie czas na sprawy kobiet – choć właściwie te w międzyczasie same się rozwiążą, co oczywiście jest jedynie pobożnym życzeniem. Niestety w obrębie ruchu stawiającego sobie na celu walkę z opresją, kobiety i kwestie ich dotyczące są zdecydowanie marginalizowane, choć to właśnie kobiety w największym stopniu dotknięte są skutkami globalizacji. Na tegorocznym, trzecim już, EFS wśród mówców wciąż dominowali mężczyźni, spotkań dotyczących kobiet była garstka, pomysł zorganizowania odrębnego dnia poświęconego kwestiom kobiecym został storpedowany, a uczestnicy sesji poświęconych tzw. uniwersalnym zagadnieniom pozostawali ślepi na płeć do tego stopnia, że mówiąc o sweatshopach zapomnieli wspomnieć o tym, że pracują w nich głównie kobiety. Podobnie – lub jeszcze gorzej – traktowany jest ruch LGBT (działający na rzecz praw lesbijek, gejów oraz osób bi­‑ i transseksualnych). Niestety wciąż jeszcze okazuje się, że wśród ruchów składających się na ten „ruch ruchów” są ważniejsze i mniej ważne.

RI: Skoro już jesteśmy przy tarciach wewnątrz ruchu… Przy okazji Europejskiego Forum Społecznego w Paryżu i Londynie, a także warszawskiego „antyszczytu”, uwidocznił się podział między środowiskami „anarchistycznymi” czy „wolnościowymi” a „lewicowymi”. Co oznacza dla ruchu i czego on dotyczy? Spieraliście się przed chwilą o rolę państwa…

AM: Podział ten spowodowany jest dogmatyzmem dwóch sekt, które odgrodziły się od siebie, aby do znudzenia powtarzać swoje mantry, nie liczące się zbytnio z realiami.

MS: Podziały te wynikają ze źle pojętego przywiązania do własnej tożsamości polityczno­‑ideowej (co Adam dobitnie nazwał sekciarskim dogmatyzmem), a przede wszystkim z deficytu obiektywnej analizy okoliczności, w jakich przyszło nam działać. Aby zbudować oddolny ruch obywatelski, należy przełamać alienację szerokich warstw społeczeństwa, a do tego potrzebne jest oddalenie ekonomicznych zagrożeń ludzkiej egzystencji. Dziś można to uczynić opierając się na filantropii lub walcząc o odzyskanie kontroli nad socjalnymi funkcjami państwa. Tylko ta druga strategia zapewni trwałe zmiany, a osiągnie się ją najszybciej w ramach struktur przedstawicielskich: parlamentarnych i samorządowych. Tę kwestię muszą zrozumieć zwłaszcza anarchiści. Z kolei zwolennikom polityki partyjnej należy uświadomić ograniczoność strategii zorientowanej na przejęcie władzy w państwie – to zgubiło praktycznie wszystkie ruchy starej lewicy. Myślę jednak, że określenie nowej formuły radykalnego ruchu antysystemowego jest ciągle przed nami.

MD: Ten cały krzyk o powrót „państwa socjalnego” to zawracanie kijem rzeki. To już było i tylko na trochę oddaliło agonię. Coś mi się zdaje, że ta krowa mleka już nie da. Państwo to bardzo nieefektywna, ociężała, zbiurokratyzowana i co najgorsze opresywna machina, nawet w rękach największych idealistów. Wydaje mi się, że ten kierunek to ślepy zaułek w który wpadają niecierpliwcy, którzy chcieliby wykorzystać broń przeciwnika do własnych celów. Wynika to z pozornej łatwości, jaką daje państwo, jeśli chodzi o zmianę społeczną. Wystarczy je przejąć lub „zostać wybranym” i można wdrażać każdy pomysł, jaki wyda nam się słuszny. To jest droga na skróty. Ja wybieram trudniejszą i dłuższą, ale koniec końców rokującą głębsze zmiany – drogę od dołu do góry. Per aspera ad astra.

KG: To, co mówi Mariusz brzmi sensownie, szkoda tylko, że nie wynika z tego, w jaki sposób odrzucając państwo można przełożyć idee na praktykę społeczną. Zmiana od dołu do góry – znakomicie, ale na poziomie rozwijania świadomości, zaangażowania społecznego. Ale w jaki sposób omijając państwo można zagwarantować realizację podstawowych praw socjalnych, opieki zdrowotnej czy bezpłatnej edukacji? Kto po zlikwidowaniu tej „nieefektywnej, ociężałej machiny” będzie wypłacać emerytury czy zasiłki dla osób samotnie wychowujących dzieci? Funkcjonowanie bez mechanizmów państwowych być może byłoby możliwe, gdybyśmy żyli ciągle w małych wspólnotach o silnych więziach i dużej solidarności, gdzie ludzie troszczyliby się o siebie nawzajem; teraz jest to utopijną mrzonką.

AM: Bardzo przepraszam, ale jeśli czyjeś doświadczenie nie obejmuje „małych wspólnot o silnych więziach i dużej solidarności”, to nie znaczy, że nie istnieją one w sferze poznania (i życia) kogoś innego. Tak więc nie wyrzucaj ich z obszaru rzeczywistości, bo one istnieją. Jeśli miałoby ich nie być, to warto by je zacząć budować, bo taka wspólnota funkcjonuje dla mnie bardziej realnie niż „społeczeństwo”, „ludzkość” czy inne abstrakcje. I z nią mogę realizować swoje idee w praktyce tu i teraz, bez jeżdżenia do Warszawy, Paryża czy Londynu.

AK: Być może czas porzucić tradycyjne zamiłowanie do jedności i programów politycznych. Cieszmy się tym, że mimo tych różnic potrafimy zrobić coś razem, że to fajne być dziwnym chaosem, który łączy przede wszystkim nie sam program na przyszłość, ale wola bycia przyszłością.

EG: Podczas EFS w Paryżu, Partia Socjalistyczna oberwała nie za to że jest partia socjalistyczną – na ile dobrze zrozumiałam ten konflikt – ale ze względu na ich romans z neoliberalizmem. Środowiska wolnościowe wierzą, ze uda się doprowadzić do mobilizacji ludzi i zmiany społecznej w sposób oddolny z pominięciem mechanizmu parlamentarnego, lewicowe partie polityczne w to nie wierzą. To chyba główna różnica…

MD: Chodzi tu jeszcze o coś innego. Decyzja o zorganizowaniu EFS w Londynie zapadła w wąskim i przez nikogo nie wybranym gronie kilku brytyjskich trockistów, którzy zebrali się w Paryżu podczas poprzedniego Europejskiego Forum – i to z pominięciem lokalnych brytyjskich Forów Społecznych, na przykład London Social Forum (sic!). Niemal cała organizacja Forum została zmonopolizowana przez kanapową Socialist Workers Party oraz lewicowego przedstawiciela establishmentu – burmistrza Londynu Kena Livingstone’a. Już poprzedniemu Forum paryskiemu zarzucano hierarchiczne i wykluczające metody działania. Jeśli domaganie się na przykład przejrzystości finansów i dostępu do informacji jest „anarchistycznym sekciarstwem”, to tak – jestem sekciarzem. Dlatego część anarchistów, antyautorytarnych marksistów oraz wiele organizacji społecznych, a także brytyjskie Indymedia (choć te ostatnie będą też relacjonować oficjalne Forum) ogłosiło organizację Strefy Autonomicznej podczas forum z osobnymi finansami i zasadami organizacyjnymi. Myślę, że ten proces będzie postępował i to nie z winy „sekciarstwa” anarchistów, ale z ambicji niektórych partii socjalistycznych i jednostek o skrzywieniu autorytarnym.

MB: Cóż, anarchistów zawsze cechowała nieufność do działań zakładających dialog ze strukturami kontestowanego porządku. Ma to tę zaletę, że anarchiści swoją bezkompromisową opozycyjnością będą zawsze głosem zmuszającym resztę ruchu do autorefleksji, punktującym bezlitośnie ewentualne „zgniłe” kompromisy i układy. Nie uważam, żeby różnice były jakimś szczególnym problemem – tym bardziej, że wiele zasadniczych kwestii pozostaje wspólnych: tolerancja, poszanowanie i przywiązanie do prawa decydowania o sobie, postulaty samorządności, decentralizacji. Różnice wewnątrz ruchu świadczą o jego witalności i są jej gwarantem.

RI: W takim razie zastanówmy się na koniec, jaką rolę mogą odegrać alterglobaliści w sferze szeroko rozumianej polityki w perspektywie najbliższych kilku lat? Czy stoją przed nimi jakieś szczególne wyzwania?

MB: Mogą odegrać rolę różnorodną. W szczególności zwróciłbym tu uwagę na możliwość (i konieczność) poszerzenia pola publicznej debaty, wyzwania intelektualnego rzuconego elitom wierzącym w kolejną jedynie słuszną drogę rozwoju. Myślę również, że to, co robimy może służyć jako lekcja obywatelskiego zaangażowania, początki społeczeństwa obywatelskiego, bez którego nie ma mowy o demokracji.

AM: Myślę, że w skali lokalnej alterglobaliści mogą być nośnikiem idei samorządności, wartości prawdziwie demokratycznych i pełnić funkcję inspirującą dla szarych Kowalskich, którzy zamiast narzekać, że ich władza roluje, sami wezmą sprawy w swoje ręce. Tego na pewno bym alterglobalistom życzył. Jeśli chodzi o skalę globalną, to pozostaje im jedynie protest w wielkich sprawach, jak ostatnia wojna w Iraku.

MS: Powiem o wyzwaniach i pozwolę sobie raz jeszcze przywołać Wallersteina. Socjolog ten dwa lata temu pisał w New Left Review o czterech komponentach strategii ruchu alterglobalistycznego. Po pierwsze, ciągła i otwarta debata na temat zmiany społecznej i oczekiwanego jej rezultatu. Po drugie, strategia krótkookresowa, czyli bieżąca walka wyborcza (dla realizacji postulatów współobywateli i pozyskiwania społecznej bazy ruchu). Po trzecie, średniookresowe cele, na przykład „odtowarowienie” stosunków społecznych, nie tylko w dziedzinach takich jak zdrowie czy edukacja, ale również poprzez działalność gospodarczą w ramach rynku, lecz nie w celu akumulacji zysków, tylko zaspokajania określonych potrzeb ludzi. Po czwarte, cel długofalowy: zbliżenie się do modelu świata względnie demokratycznego i egalitarnego. Jego realizacji nie można jednak odkładać „na później”, lecz stale poddawać ją dyskusji oraz testowaniu w ramach alternatywnych struktur społecznych, wśród których lokalna samorządność bezpośrednia należy do kluczowych pomysłów.

AK: Nie chciałabym, byśmy stali się siłą polityczną w tradycyjnym sensie tego słowa, za to podoba mi się ruch, który, otwarty na osobliwości, tworzy ludziom przestrzeń, w której mogą głośno mówić, co sądzą o tym świecie. Jeśli dobrze poczujemy się w tej inności, jeśli nie damy zauroczyć się uczestnictwu w oficjalnych mediach i polityce, to zrobimy coś pozytywnego chociaż dla siebie. To może moje idealistyczne życzenie co do tego ruchu, bo ścierają się tu różne interesy, są i ludzie, którzy bez żenady robią swoje kariery polityczne.

Zwróćmy jednak uwagę, że wszystkie moje wątpliwości opieram na doświadczeniach z manifestacji, a przecież same antyszczyty powinny być co najwyżej jakimś ukoronowaniem działalności, wisienką na torcie alterglobalizmu. Niestety, widzimy często naszą działalność tak, jak obrazują ją media – przez pryzmat akcji. W końcu rodzi się przygnębiające odczucie, że nie pokonasz Molocha, bo on jest taki duży i tak daleko, że aż wirtualny. Dajemy się wkręcać się w jego wirtualno­‑medialną gierkę. I nam się odechciewa, bo mamy naturalny głód konkretu, chcemy dostrzec w końcu jakiś efekt działania. Co my w ogóle obchodzimy elity władzy, gdy wpisujemy się w ich spektakl: skoro jest szczyt, to będzie i antyszczyt, to naturalne i nikogo nie dziwi. Nasze działania muszą odzyskać znaczenie, musimy jakoś wyrwać się z uczestnictwa w medialnej fikcji, bo przecież władza państwa i kapitału, choć woli pokazywać się symbolicznie, istnieje jak najbardziej realnie i ingeruje w naszą codzienność. Pytanie, czy jeśli stawiam na rzeczywistość i życie, udział w dużych antyszczytach ma sens, pozostawiam otwarte, ale wydaje mi się, że także sfera symbolicznych gestów ma swą wartość, szczególnie psychologiczną: integruje, dodaje otuchy i siły. Jednak jeśli nie skupimy się przede wszystkim na codzienności, szybko odsłoni się złudność tych gestów, a my poczujemy, że uczestniczyliśmy nie w życiu, a w przedstawieniu teatralnym, po wszystkim zaś pozostanie gorzkie pytanie: kto do licha jest reżyserem…?

MD: W moim przekonaniu zadaniem fundamentalnym jest edukacja, w szczególności edukacja poprzez działanie. Udowadnianie ludziom, że nawet na małą skalę można zrobić wiele, że tu i teraz „inny świat jest możliwy”. Dla mnie sprawą kluczową jest inspirowanie powstawania grup pracujących według niehierarchicznych modeli organizacji. Przykładem realizacji w praktyce takiego działania jest choćby sieć Indymediów, aktualnie najbardziej spektakularny przykład funkcjonowania wielkiej społeczności międzynarodowej w oparciu o zasady antyautorytarne.

Maciej Bachryj – politolog, stowarzyszenie ATTAC Polska

Mariusz Doluk – niezależny dziennikarz, współredaktor Recyklingu Idei, uczestnik Federacji Anarchistycznej

Katarzyna Gawlicz – absolwentka filozofii i filologii angielskiej, doktorantka socjologii, działa w feministycznej grupie Durga i Kole Naukowym Gender Studies na UWr.

Ewa Groszewska – doktorantka socjologii, pisze pracę o zagrożeniach współczesnego kapitalizmu. Człowiek partii Nowa Lewica. Poglądy lewicowo­‑humanistyczne.

Aldona Kopkiewicz – rocznik ‘84. Utrzymuje niejasne związki z Federacją Anarchistyczną, choć ostatnio nie ma pewności, czy FA istnieje. Wszystko to podejrzane i grubymi nićmi szyte, niemniej wyżej wymieniona dobrze się bawi.

Adam Moryc – uczestnik Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, student kulturoznawstwa na UWr.

Marcin Starnawski – socjolog, przygotowuje pracę doktorską na wydziale nauk społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, uczestnik grupy Społeczeństwo Aktywne oraz Wrocławskiej Koalicji Antywojennej.