Nicość z dużą dozą fantazji

Greta Wierzbińska
04.05.2009

Jest tyle możliwości, tymczasem zamiast tego siedzisz tu i sobie wyobrażasz – mówi bohater nowej powieści krakowskiego poety.

Tytułowe Lacanowskie stwierdzenie, że „stosunek seksualny nie istnieje”, oznacza, że gdy robimy to, gdy jesteśmy w trakcie samego stosunku seksualnego, potrzebujemy jakiegoś fantazmatycznego dopełnienia, musimy myśleć, fantazjować o czymś innym. Wszystko domaga się dopełnienia. Ponieważ w liberalnym świecie zaspokojenie totalne jest nieosiągalne niczym Doda, do której wzdycha Eligiusz. Wszystko jest doda­‑wane do czegoś innego, do produktu „bez właściwości”: zestaw noży do gazety, tomik Epikteta do kapci czy prezerwatywa do powieści.

Niestety bohaterowie nowej miejskiej powieści Jasia Kapeli – Eligiusz i jego alter ego Wojtek – nie są ani przystojni, ani przebojowi i dlatego dostają produkty w jednopaku, seks pozbawiony uczuć, miłość pozbawioną namiętności i całość rozpadającą się na niepowiązane ze sobą części. Mogą być kimkolwiek i zrobić cokolwiek, dlatego nie robią nic, zabijając czas na lekturze branżowej prasy dystrybuowanej przez duże hipermarkety czy wbrew założeniom Ockhamowskiej brzytwy – by nie mnożyć bytów ponad potrzebę i za Parmenidesem przyjąć, że „Byt jest a Niebytu nie ma” – plącząc się w spekulacjach rodem z platońskich dialogów. Bo przecież wcale nie jest tak, że nicości nie ma. Niebyt musi w pewnym sensie być, gdyż inaczej – czym jest to, czego nie ma?

Leniwi krakowscy metafizycy zapętlają się, wydrążając naładowany zabójczą porcją ironii język na tym przecięciu, które wyznacza swoim istnieniem podmiot ludzki, ten sam podmiot, który według późnego Wittgensteina z Dociekań jest granicą. Ale nie Wittgenstein, a Schopenhauer wydaje się ulubionym filozofem Jasia Kapeli. To Schopenhauer odmawiał nam indywidualnej woli, umieszczając ją jako element jednej wielkiej, będącej źródłem cierpienia, złej woli wszechświata. Oczywiście Schopenhauer był samotnym, wściekłym, ponurym pesymistą, który zrzucał staruszki ze schodów, ale to zupełnie inna historia.

Tak czy inaczej, ten szczegół sprawia, że bije ze Stosunku... jakaś melancholia, nostalgia związana z poczuciem braku, rozdarciem, sprzecznością między literaturą a rzeczywistością. Niestety już co najmniej od czasów Wittgensteina wiadomo, że próba opisania relacji między językiem a światem kończy się w najlepszym razie bełkotem, nieostrożne zabawy lingwistyczne prowadzą do potężnej metafizyki – patrz Heidegger rozgrywający swą gigantyczną grę językową w Nic. Ale Jaś o tym nie wie, ponieważ z punktu widzenia filologa­‑polonisty filozofia jest narracją (swoją drogą ciekawe, dlaczego filolodzy sprowadzają wszystko do poziomu dyskursu?), a każda narracja jest kłamstwem, więc dekonstruując współczesność i literaturę jako źródło wrażliwości/nadwrażliwości, próbuje budować kontrnarrację wobec nieokreślonego źródła niemożliwości, którym jest tak zwana rzeczywistość.

Bowiem świat, który nie pozwala zaspokoić własnych pragnień, pragnień, które nigdy nie ustają, nie mają zaworu, jak Schopenhauerowska Wola, jest nie do przyjęcia. Bohaterowie powieści nie wierzą w kastrację rozkoszy czystej, ponieważ dowodem na jej istnienie są olbrzymie śmietniska puszek po wypitej Coca­‑Coli. Nie wierzą też w doskonale liberalny system seksualny, w którym jedni prowadzą bujne życie erotyczne, a inni są skazani na alienację onanizmu, utrzymywanie się przy życiu na poziomie organicznym, o słońcu, wodzie i solach mineralnych, bez radości i tajemnicy. Bo przecież jaką tajemnicę może kryć w sobie sztywny, zredukowany do dwóch wariantów wyboru monolit, którym ktoś perfidnie zastąpił zmienną i do tej pory płynnie poddającą się formowaniu przestrzeń działania. Doskonale liberalny system gospodarczy, w którym jedni gromadzą fortuny, a inni żyją w nędzy, jest nie do przyjęcia. Ale jak w życiu można sobie wywalczyć sprawiedliwość? To, że Brazylijczycy tak często zostawali mistrzami świata jest sprawiedliwe.

Wiele mamy niechlubnych epizodów. Anders blokował awanse kilku oficerom, Maczek mył zęby co drugi dzień, w Katyniu natomiast internowano tylko kilku żołnierzy, zaś najgorszą stosowaną represją było podawanie do obiadu gotowanej marchewki zamiast zupy grzybowej. Ale dlaczego bohaterowie Stosunku... koniecznie chcą być Niemcami? Agramatycznie wpuszczając w mowę morderczą, rozrastającą się pustkę, rozmawiają, a raczej bełkoczą, o wielkich ideach, o Powstaniu Warszawskim snując spekulacje w rodzaju: co by było, gdyby Heidegger nie pisał książek dla zabicia czasu, gdyby Schopenhauer nie zawadzał Heglowi, gdyby Kościuszko był Jedi wymachującym mieczem niekoniecznie pod Racławicami? To taki pseudointelektualizm oświecony fenomenem dziwnego sentymentalizmu.

Brak sukcesów na płaszczyźnie relacji z płcią przeciwną, możność nawiązania kontaktu z absolutem, nadmiar świadomości odbierający odwagę czynu, jednym słowem rozczarowanie i niedosyt skłaniają bohaterów do spoglądania wstecz, a prawdę przeszłości przesłania jej romantyczna wizja. Poza ucieczką w idealizowanie przeszłości mamy tu jednak i inne próby radzenia sobie z bankructwem liberalnego systemu. Eligiusz podejmuje wprawdzie próby aktu zawłaszczenia upragnionej dziewczyny poznanej na sympatia pe­‑el, natomiast niebędący w stanie zdobyć się na jakikolwiek akt odwetu na społeczeństwie za skutki indywidualizmu Wojtek porzuca grę i przestaje robić cokolwiek, jak Melville’owski Bartleby, który na wszystko odpowiada I would prefer not to – „ja w to nie gram”.

Ten niemy protest wpisuje się w system symboliczny. Wojtek jest jak święty głupiec, czysty i nieskażony, „Wnętrze Wojtka to nie Hollywood”, z drugiej zaś strony wydaje być tym, co wyparte w Eligiuszu, nicością podświadomości, ekstremum, ekstrementem, uosobieniem tego, co przekracza próg między wnętrzem a powierzchnią, pomiędzy podmiotem a przedmiotem, pomiędzy „ja” a innymi, wstrętnym rozpadem, Kristevowskim abiektem, cuchnącą przypadkowością.

Ostatecznie, niepotrafiący się odnaleźć w przeciwieństwie do swojego alter ego na poziomie czystej subiektywności Eligiusz, jak każdy pozbawiony racjonalnego, technicznego i społecznego zaplecza, obiektywnej, zewnętrznej struktury facet po prostu ginie, by uciec przed wstrętną zwierzęcością pożądania i pełnią idealnie domkniętego systemu. Czyni to, pogrążając się w banalności, będącej smutkiem i oświeconą fałszywą świadomością, która wprawdzie składa obietnice wyzwolenia, ale wiedząc, że nigdy nie będzie w stanie się z nich wywiązać. Zatrzaśnięci w przestrzeni krakowskiego skansenu, zdeterminowanej przez nigdy nie spełnialną – jak powiedziałby Hegel – pozbawioną zniesienia Aufhebung w trzecim elemencie, okaleczoną dialektykę ponowoczesności, bohaterowie poruszają się w dwuwymiarowym kontinuum: między możliwością histerii i taniej zgrywy, egzaltacji i cynicznej rezygnacji z możliwości bycia sprawcą działań.

Jest taka scena w A bout de souffle Godarda, w której Patricia czyta Michelowi ostatnie zdanie Dzikich Palm Faulknera: „Jeśli mam wybierać między smutkiem a nicością, wybieram smutek”. Eligiusz wybiera smutek, kompromis i może cynizm, uniemożliwiający mu przeżycie do końca pewnych emocji, nienawidzi kultury masowej, ale jest nią śmiertelnie zafascynowany. Wojtek jest na takie zabawy za sprytny, w końcu wiadomo, że każdy gracz zwykle zostawia po sobie ślady, trzeba więc chcieć wszystko albo nic. Stawia więc na nicość. Jego odmowne „nie” nie stanowi jednak jednoznacznej, pełnej opozycji, sprzeciwu, lecz jest cichym, upartym zaprzeczeniem, symptomem głębokiej różnicy. Różnica zamiast tożsamości. Dlatego kiedy uświadamia sobie, że może być wolny, kiedy unicestwia realność i beztrosko uśmiecha się, bo wie, że nie potrzeba mu nawet alibi, skoro tak zwana rzeczywistość powstała ex nihilo, jest już za późno. Po unicestwieniu, rozumianym w sensie całkowitej anihilacji, pozostaje jedynie wstrząsający finał, niesmak, absolutne nic. Tę właśnie wiedzę nabywa Michel, który umierając na paryskiej ulicy wypowiada ostatnie słowa: C’est vraiment degeuleasse… to naprawdę obrzydliwe. Zero seksu, przemocy, nadziei. Doprawdy obrzydliwe.

Z nicością zawsze były kłopoty. W tej wątłej krakowskiej powieści mamy jednak nicość zabawną jak chłopięca przygoda. Jaś Kapela zabawia się nią bowiem inteligentnie, nie mniej interesująco niż pewien znany niemiecki posądzony o Nicowanie Nicości metafizyk. Z tą różnicą, że w przypadku tej miejskiej powieści metafizycznej mamy nicość smakowitą, puszystą, kremową, nicość z dużą dozą fantazji.

Jaś Kapela, Stosunek Seksualny Nie Istnieje, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009.