„Nowi Ruscy”, „nowi biedni”

Marta Żakowska
10.05.2011

Już wkrótce minie dwadzieścia lat od chwili, gdy rozpadł się Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. O jego sukcesorce – Federacji Rosyjskiej – wie się w Polsce bardzo niewiele, choć mówi dużo – nie chce przeprosić za Katyń, co jakiś czas zakręca kurek z gazem do Europy, sprzeciwia się powstaniu tarczy antyrakietowej w Polsce i coraz bardziej zdecydowanie wstaje z kolan. Za tymi hasłami kryje się skomplikowana materia rzeczywistości rosyjskiej, którą mało kto stara się zgłębić czy rozwikłać. Uwaga zagranicznych mediów i opinii publicznej skupia się na wielkiej gospodarce i wielkiej polityce. Rosyjskie społeczeństwo żyje w cieniu Gazpromu i premiera Putina.

Tymczasem w Rosji poza światłami jupiterów i kamer, w tych sferach życia, gdzie zachodzą procesy bezpośrednio dotykające zamieszkujących ją zwykłych zjadaczy chleba, dzieje się mnóstwo. Ostatnie dekady stanowiły dla nich w przeważającej mierze okres bardzo burzliwy. Wiązało się to ze wprowadzaniem w postradzieckiej Rosji nowego ustroju politycznego i gospodarczego, co dla większości jej społeczeństwa okazało się doświadczeniem traumatycznym. Przewróciło ono do góry nogami porządek świata, w którym żyły miliony ludzi; co więcej, mimo upływu czasu wielu z tych osób towarzyszy poczucie, że świat ten nadal stoi na głowie.

W Polsce szerzej nieuświadomiony pozostaje fakt, że autor pieriestrojkowych przemian, tak lubiany na Zachodzie Michaił Gorbaczow, należy w Rosji do grona najbardziej znienawidzonych osób publicznych jako ten, kto w powszechnym mniemaniu odpowiada za rozpad Związku Radzieckiego. Podobnie negatywnymi uczuciami darzony był otoczony nimbem reformatora i demokraty Borys Jelcyn, o czym świadczyły choćby komentarze internautów pod informacjami o jego śmierci w 2007 roku. O ile Leszek Balcerowicz nie cieszy się w Polsce szczególną społeczną sympatią, o tyle Jegor Gajdar, autor rosyjskiego programu reform gospodarczych na początku lat dziewięćdziesiątych, mógłby mu jej rozmiarów tak czy inaczej pozazdrościć.

Proces transformacji gospodarki centralnie planowanej1 w kapitalizm na terytorium obecnej Rosji rozpoczął się faktycznie jeszcze w Związku Radzieckim. Wstępem do niego był rozkwit tak zwanej „gospodarki komsomolskiej” w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, po zainicjowaniu przez Michaiła Gorbaczowa reform okresu pieriestrojki.Istota „gospodarki komsomolskiej” polegała na stworzeniu ram prawnych dla funkcjonowania pod egidą Komsomołu – Komunistycznego Związku Młodzieży – quasi­‑kapitalistycznych przedsiębiorstw. Oficjalnie działały one jako komórki na rzecz wsparcia działalności i realizacji pomysłów młodzieży w dziedzinie nauki i techniki, młodzieżowe kooperatywy lub centra zajmujące się organizacją czasu wolnego młodych ludzi. Zasady ich prowadzenia znacząco odbiegały od reguł, na mocy których funkcjonowały zwykłe zakłady państwowe. Przede wszystkim ich działalność opierała się na rachunku ekonomicznym, bilansie zysków i strat; poza tym dysponowały one prawem samodzielnego ustalania cen na świadczone przez siebie płatne usługi i w praktyce mogły obracać nieograniczoną ilością żywej gotówki, który to proces w przypadku innych podmiotów podlegał ścisłej kontroli i reglamentacji2.

Wprowadzenie „gospodarki komsomolskiej” wyraźnie pokazuje, w jakim kierunku parły radziecka nomenklatura i elita partyjna u schyłku istnienia ZSRR. Komsomolcy mieli pełnić rolę eksperymentalnej grupy biznesmenów, zaś ich organizacje – swoistego poligonu doświadczalnego, służącego do przećwiczenia metod uprawiania przedsiębiorczości według kapitalistycznych wzorców. Zresztą komsomolskie „firemki” stały się faktyczną kuźnią późniejszej rosyjskiej elity biznesowej – wywodzi się z nich między innymi Michaił Chodorkowski. Na temat przyczyn upadku Związku Radzieckiego można snuć rozległe dywagacje, ale zarazem, podsumowując je, stwierdzić krótko, że ZSRR rozpadł się, bo tego chciał; dźwignią tego procesu była zaś warstwa nomenklatury, a więc biurokracji z nadania partyjnego. Dążyła ona do uwłaszczenia się majątkiem państwowym w sytuacji, gdy przestało jej wystarczać zarządzanie i gospodarowanie nim, co było jej kompetencją w systemie komunistycznym.

Nomenklatura osiągnęła swoje cele przede wszystkim dzięki rozpoczętemu tuż po rozpadzie ZSRR i formalnym ukonstytuowaniu się Federacji Rosyjskiej procesowi prywatyzacji. Ze względu na to, w jaki sposób został on przeprowadzony, w społeczeństwie po dziś dzień bywa ironicznie określony mianem „prichwatizacji” (od ros. prihvatit’­‑ zagarnąć i privatizacija­‑ prywatyzacja). Według badań przeprowadzonych w 2008 roku przez Centrum Lewady, około 80 procent Rosjan uważa, że prywatyzacja dokonywała się z naruszeniem prawa i że jej rezultaty powinny być ponownie rozpatrzone3. Dlaczego tak wielu? Otóż aby na prywatyzacji skorzystać, należało w początkach lat dziewięćdziesiątych dysponować kapitałem. Jednocześnie w warunkach radzieckich, a więc na przestrzeni kilku poprzednich dekad, zgromadzenie jakichkolwiek znaczniejszych zasobów pieniężnych mogło się dokonać tylko na drodze nieprzestrzegania prawa – prowadzenia nielegalnego biznesu, handlu walutą, działalności w szarej strefie. Fakt, że w nowym systemie osoby parające się takimi zajęciami na wstępie znalazły się w uprzywilejowanej pozycji, budził i budzi społeczną niezgodę. Ponadto, zdając sobie sprawę z tego, że ilość środków finansowych znajdujących się w rękach społeczeństwa jest ogółem niewielka i że w związku z tym znalezienie nabywców dla sprzedawanego majątku państwowego będzie trudne, organizatorzy prywatyzacji znacznie zaniżali jego wartość, tak aby zwiększyć szanse na sprzedaż; to zaś wiązało się z oczywistą szkodą dla społeczeństwa jako całości. I wreszcie, prawa własności przedsiębiorstw powszechnie trafiły w ręce osób związanych z władzą – z reguły tych, które na dany moment nimi zarządzały i które, przejmując je, nie poniosły często żadnych kosztów finansowych.

Dla przeciętnego Rosjanina, który nie miał szans, aby na fali procesów transformacyjnych przekształcić się w biznesmena czy akcjonariusza – tak zwanego „nowego Ruskiego”, lata dziewięćdziesiąte stanowiły z reguły bardzo trudny okres. Szalała hiperinflacja; pieniądze złożone na rachunkach w Banku Oszczędnościowym ZSRR najpierw straciły wszelką wartość, a później zwyczajnie przestały być wypłacane; pracownicy miesiącami nie dostawali pensji lub otrzymywali ich równowartość w towarach produkowanych w danym miejscu pracy – na przykład gwoździach lub oponach samochodowych. Wszystko to spowodowało w rosyjskim społeczeństwie gwałtowną pauperyzację. Pojawiło się charakterystyczne dla krajów byłego ZSRR zjawisko ubóstwa transformacyjnego. Dotyczy ono szerokich rzesz tak zwanych „nowych biednych” – biednych „w pierwszym pokoleniu”. Charakteryzują się oni tym, że pauperyzacja nie odcisnęła jeszcze piętna na ich nawykach, gustach, stylu życia, ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu. Ofiary ubóstwa transformacyjnego, w przeciwieństwie do większości osób „dziedziczących” biedę, pracują (według jednego z raportów ONZ 50 procent niezamożnych Rosjan ma stałą pracę) – tym niemniej zapłata, jaką otrzymują, zapewnia im jedynie niski lub bardzo niski status materialny. Co również specyficzne, takie osoby często zajmują, ze względu na wykonywany zawód, wysoką pozycję społeczną. Dotyczy to szczególnie inteligentów, którzy w wyniku przemian transformacyjnych masowo zasilili szeregi ubogich – i nic dziwnego, jeżeli po dziesięciu latach ich trwania pensja nauczyciela pracującego na dwóch etatach wynosiła mniej niż minimum socjalne4.

Wraz z końcem lat dziewięćdziesiątych dane makroekonomiczne dla rosyjskiej gospodarki, które przez blisko dekadę znajdowały się w stanie opłakanym, zaczęły się poprawiać. Od tego momentu aż do obecnego kryzysu finansowego, który dotknął Rosję dość mocno, stopa wzrostu gospodarczego wynosiła 6 – 7 procent rocznie. Wielu piewców transformacji potraktowało to jako dowód na to, że obrany kierunek zmian okazał się właściwy – że po trudnych latach, przez które jednak bezwzględnie trzeba było przejść, po ogromnych, ale wszak nieuniknionych kosztach, które społeczeństwo ponieść musiało, Rosja, zgodnie z oczekiwaniami, wkracza w okres prosperity i dobrobytu. Czy faktycznie taki opis rzeczywistości jest uzasadniony? W moim przekonaniu – nie. Przypadek rosyjski pokazuje według mnie bardzo wyraźnie, że związek pomiędzy wysokością PKB a poziomem życia społeczeństwa jako całości jest w istocie dość luźny, a ulubiona metafora neoliberałów, że przypływ podnosi wszystkie łodzie, nie zawsze odpowiada prawdzie.

W krajach, które po upadku komunizmu w Europie Wschodniej weszły w okres transformacji, powszechnie zaczęto reformować gospodarki według modelu neoliberalnego, którego filary to: liberalizacja życia gospodarczego, prywatyzacja i stabilizacja finansów państwowych, przede wszystkim poprzez cięcie wydatków budżetowych i walkę z inflacją. Co więcej, zaprezentowano go społeczeństwu jako model bezalternatywny. Wskaźnik PKB zyskał status bożka, władnego zapewnić pomyślność wszystkim potrzebującym, jeśli tylko będą się do niego wystarczająco gorliwie modlić. W świetle pokładanej w niego wiary wiele faktów pozostaje jednak niewytłumaczalnych – tak jak fenomen indyjskiej prowincji Kerala, zupełnie zresztą nieznany tak w Polsce, jak i w Rosji. Podczas gdy wzrost gospodarczy jest tam niemal zerowy, a PKB na osobę – niższe, niż wynosi średnia dla całych Indii, pod względem takich wskaźników jak długość życia czy śmiertelność noworodków Kerali znacznie bliżej jest do Stanów Zjednoczonych niż do reszty swojego kraju czy generalnie do innych krajów rozwijających się. Dochody mieszkańców są niskie, za to funkcjonuje rozbudowany system bezpłatnych usług publicznych i socjalnych programów pomocowych. Od lat całkowicie świadomie nacisk w rozwoju prowincji kładziony jest nie na bogacenie się społeczeństwa, ale na lepsze zaspokajanie jego potrzeb i podnoszenie poziomu życia5.

Ów poziom życia w danym kraju zależy więc w istocie nie tyle od wysokości PKB, co od tego, do kogo trafiają, na co są przeznaczane i czemu służą rezultaty wzrostu gospodarczego. W Rosji korzystają na nim przede wszystkim elity polityczno­‑biznesowe i wąska warstwa najbogatszych. Owszem, Władimir Putin, po tym jak został w 2000 roku prezydentem Rosji, wypowiedział wojnę tak zwanym oligarchom, a więc bajecznie bogatym i wpływowym potentatom finansowo­‑przemysłowo­‑medialnym, którzy za rządów Borysa Jelcyna trzęśli Kremlem i całym państwem. Putin dokonał nawet w pewnym sensie tego, za czym tak zdecydowanie optowali Rosjanie – dokonał renacjonalizacji znacznej części wcześniej sprywatyzowanych przedsiębiorstw, otwarcie krytykując sposób, w jaki państwo się ich pozbyło. Działania prezydenta nie wynikały niestety ze szlachetnych pobudek i wydaje się, że nie przyniosły też oczekiwanych przez społeczeństwo rezultatów, skoro, według cytowanych wyżej badań, w 2008 roku większość Rosjan nadal opowiadała się za (dalszą? ponowną?) rewizją procesu prywatyzacji. Motyw decyzji Putina był prosty – przyświecała mu rozpowszechniona nie tylko w rosyjskiej polityce zasada: „Teraz, k…, my!”. Nową ekipę, która pojawiła się na Kremlu i wokół niego wraz z nowym prezydentem, należało materialnie zabezpieczyć. W dużym stopniu uczyniono to jednak na zmodyfikowanych zasadach – majątku nie przekazano w prywatne posiadanie poszczególnym osobom, lecz oddano w ich ręce kierowanie rozmaitymi koncernami i spółkami, oficjalnie należącymi do państwa. Ponieważ taki układ równie dobrze jak poprzedni pozwala na realizację przez elity partykularnych interesów, różnica ma dla nich znaczenie poślednie. Dla reszty społeczeństwa, która w podziale tortu nie uczestniczy i w jego niuansach często się nie orientuje – żadne.

Rosyjskie elity polityczno­‑biznesowe znakomicie pasują do opisu elit kompradorskich. Wyalienowane od reszty społeczeństwa, kosmopolityczne, doskonale potrafią wyciągać i monopolizować korzyści z integracji swojego kraju ze światowym rynkiem i światową gospodarką. W gospodarce tej miejsce Rosji jest jasno określone – pełni ona rolę dostarczyciela surowców energetycznych. Niczego więcej świat od Rosji nie chce i nie potrzebuje. Technologie opracowywane są w amerykańskich laboratoriach, a odzież produkuje się w Bangladeszu. Tak się bowiem przedstawia międzynarodowy podział pracy, tak jest – według ogólnoświatowego rachunku ekonomicznego – najefektywniej i najkorzystniej. Wszystko poza ropą Rosja może z powodzeniem importować za pieniądze ze sprzedaży ropy. Problem jest tylko jeden. Otóż z punktu widzenia międzynarodowego podziału pracy, większość Rosjan to ludzie całkowicie zbędni. Do zapewnienia światu wystarczającej ilości surowców energetycznych wystarczy, jeśli będzie ich nie więcej niż 50 milionów – i niektórzy zachodni ekonomiści i politycy nie wahają się mówić tego głośno6. W związku z tym, problemy społeczne, które trapią dziś rosyjskie społeczeństwo – jego alarmujący stan zdrowia, ponowny rozwój gruźlicy, obniżenie się długości życia, narkomania, alkoholizm, bardzo wysoka zachorowalność na AIDS, a w konsekwencji fatalna sytuacja demograficzna w Rosji – nie powinny w istocie nikogo martwić. Są to niejako przejawy działania niewidzialnej – i a priori nieomylnej – ręki światowego rynku.

Oparcie rozwoju Rosji na eksporcie surowców energetycznych i daleko idąca integracja w międzynarodową gospodarkę powodują, że gałęzie przemysłu niezwiązane z wydobyciem, transportem i przetwórstwem ropy naftowej są zaniedbywane, degradują się i upadają. Gros inwestycji przypada na przemysł naftowy, jako ten, który przynosi największy i najłatwiejszy zysk. Konsekwencje takiego stanu rzeczy szczególnie boleśnie odczuwają oczywiście pracownicy zatrudnieni w innych branżach, a zwłaszcza mieszkańcy tak zwanych monomiast – aglomeracji o rodowodzie radzieckim, budowanych wokół dużych przedsiębiorstw, które po pierwsze dawały pracę większości ich czynnych zawodowo mieszkańców, a po drugie – współutrzymywały infrastrukturę socjalną w mieście, tworząc żłobki i przedszkola dla dzieci pracowników, opłacając im urlopy, organizując życie kulturalne. W efekcie, kłopoty danego przedsiębiorstwa automatycznie oznaczają kłopoty całego miasta, i to w wielu dziedzinach życia. W wioskach otaczających Iwanowo, dawne centrum przemysłu odzieżowego (przypomnijmy, że dziś odzież produkuje się w Bangladeszu), ludzie w latach dziewięćdziesiątych zaczęli jeść psy i piec chleb z karmy dla prosiąt7. Nie sądzę, aby do podobnych praktyk nie byli zmuszeni uciekać się mieszkańcy innych monomiast i ich okolic. A ośrodków miejskich tego typu jest w Rosji bardzo dużo – obecnie, według badań Instytutu Polityki Regionalnej, istnieje ich czterysta sześćdziesiąt, co stanowi około 40 procent wszystkich rosyjskich miast, zaś zamieszkiwane są one przez 25 procent ludności Federacji Rosyjskiej8.

Nic dziwnego, że ludzie w miarę możliwości monomiasta opuszczają. To samo dotyczy zresztą mieszkańców wsi w wielu regionach Rosji, które stopniowo się wyludniają i na których często pozostali jedynie staruszkowie i skrajni alkoholicy. Ludzkie potoki płyną natomiast do kilkunastu największych rosyjskich miast, szczególnie tych w europejskiej części kraju, z Moskwą na czele. Koncentracja ludności w Moskwie i w tak zwanym Podmoskowie (tworzą je miasteczka okalające Moskwę, stanowiące skupiska kilkunastopiętrowych bloków mieszkalnych i pełniące rolę ogromnej sypialni) jest niewyobrażalna. Przy całym terytorialnym ogromie Federacji Rosyjskiej, żyje tam już mniej więcej co siódmy jej mieszkaniec. Efekt – między innymi gigantyczne korki uliczne i dantejskie sceny w metrze. Nad rozwiązaniem tych problemów władze stolicy biedzą się od lat, podczas gdy pozostaną one najpewniej nierozwiązywalne do momentu, kiedy zostanie wypracowana koncepcja rozwoju rosyjskiej prowincji, kiedy miejsca pracy pojawią się gdzie indziej niż tylko na placach budów i w autobusach wielkich miast i kiedy pieniądze, zamiast koncentrować się tam, gdzie skupia się elita i gdzie wydobywana jest ropa, zaczną cyrkulować po kraju.

Rozbieżności w rozwoju poszczególnych regionów wzmacniają nierówności, które charakteryzują współczesną Rosję i jej społeczeństwo, a które przekładają się na to, że przepaść między biednymi a bogatymi jest tu olbrzymia. Co więcej, systematycznie się ona pogłębia. W latach 2003­‑2007, a więc w okresie dynamicznego wzrostu rosyjskiego PKB, realne dochody biedniejszej połowy obywateli albo spadły (!), albo wzrosły średnio o kilka procent. Dochody najbogatszych 10 procent Rosjan zwiększyły się o 38 procent9. Postępujące zróżnicowanie w dochodach i poziomie życia prowadzi do tego, że powstają swoiste enklawy bogactwa otoczone skupiskami biedy. Rosyjski dziennikarz Dmitrij Gubin na łamach „Forum” (przedruk z gazety „Ogoniok”) zastanawiał się w ubiegłym roku nad przyczynami, dla których bogaci Rosjanie mają zwyczaj otaczać swoje wille bardzo wysokimi i szczelnymi płotami. Jego odpowiedź brzmi: aby odgrodzić się od okropności i szpetoty świata, który jest na zewnątrz ich posiadłości i w którym żyją wszyscy ci, „którzy nie postawili sobie płotów”10. Najbardziej bodaj ewidentnym przykładem takiej „willi za płotem” jest projekt budowy Rublowa­‑Archangielskiego, a więc prywatnego miasta ochrzczonego w mediach mianem „brylantowego getta”. Ma ono powstać w obwodzie moskiewskim i być pierwszym w Rosji ogromnym (według planów – dla 30 tysięcy osób, o terytorium równym dwukrotnej powierzchni księstwa Monako) kompleksem mieszkaniowym z zasady przeznaczonym wyłącznie dla osób o bardzo wysokich dochodach. Centrum miasta według planów będzie przypominało przedrewolucyjną Moskwę, na jego obrzeżach znajdą się biura, szkoły i kluby fitness, zaś na brzegu przepływającej obok rzeki Moskwy – przystań dla jachtów. Nazwa „brylantowe getto” jest dla Rublowa­‑Archangielskiego tym bardziej adekwatna, że powstanie ono w otoczeniu wiosek, których mieszkańcy borykają się z ciągłymi problemami z dostawami prądu, nie posiadają linii telefonicznej, a wodę w wielu przypadkach czerpią ze studni11.

Kilkuminutowa obserwacja ruchu ulicznego w Moskwie może miłośnika motoryzacji przyprawić o zawrót głowy. W salonie samochodowym Bentley na Rublowce, zamieszkiwanym przez najbogatszych moskwian zachodnim przedmieściu stolicy, kupowany jest średnio jeden samochód dziennie; jego przeciętna wartość to 230 – 240 tysięcy euro12. Liczba luksusowych aut na ulicach w żaden sposób nie wpływa jednak na poprawę jakości ich nawierzchni, która pozostaje pełna dziur i wybojów (być może nie w samej Moskwie, ale już w odległości kilkudziesięciu kilometrów od niej). Najdroższe samochody świata na od lat nieremontowanych drogach – to charakterystyczny dla Rosji obrazek i kolejny przykład, który ilustruje niedoinwestowanie sfery publicznej w tym kraju przy gwałtownym wzroście zamożności niektórych jej obywateli. Ci ostatni w zasadzie rzadko odczuwają jego skutki. Po prostu się z tej sfery publicznej wypisują. Rosyjskie państwo coraz bardziej jest państwem biednych. Bogaci funkcjonują w świecie, w którym dzieci kształci się na prywatnych uniwersytetach, choroby leczy w prywatnych klinikach, sprawy urzędowe załatwia dzięki prywatnym agencjom pośrednictwa, a na emeryturę odkłada dzięki prywatnym funduszom inwestycyjnym.

Zresztą to, że biedni kształcą się, leczą i wyrabiają paszporty w placówkach państwowych, bynajmniej nie oznacza, że nic ich to nie kosztuje. Bezpłatność usług publicznych jest w Rosji mitem – faktem natomiast pozostaje, że bez pieniędzy ani rusz. W szpitalach nie tylko wręcza się lekarzom osławione koperty, występujące i w polskim krajobrazie, ale i dopłaca się do przeprowadzanych badań, kupuje z własnych środków lekarstwa i materiały opatrunkowe, na które w tych ośrodkach nie ma pieniędzy. Podobnie jest w szkołach, gdzie rodzice często zmuszeni są pokrywać koszty remontów, opału, kredy i papieru, a niejednokrotnie godzą się dopłacać do pensji nauczycielom, żeby ci zgodzili się dalej pracować i aby było komu uczyć dzieci. Bardzo dużo szkół, szczególnie na prowincji, boryka się z brakiem nauczycieli. Jest to jedna z najczęstszych przyczyn ich zamykania i wzrostu liczby dzieci i młodzieży, które, choć oficjalnie objęte obowiązkiem szkolnym, nie uczą się, ponieważ w promieniu kilkunastu lub kilkudziesięciu kilometrów nie funkcjonuje żadna placówka oświatowa… Analfabetyzm, który w czasach radzieckich został praktycznie wykorzeniony, ponownie zatacza w Rosji coraz szersze kręgi. Tylko wspomnienia pozostały z czasów, gdy uczniowie radzieckich szkół zbierali laury na międzynarodowych olimpiadach. Z jednej strony poziom nauczania wciąż się obniża, z drugiej – coraz wyraźniej widać, że za zdobywaną wiedzę trzeba słono płacić. Na uniwersytetach studenci z ubogich rodzin są jak rodzynki w cieście. Choć za korzystanie z bibliotek i komputerów nie wprowadzono jeszcze opłat (a były takie plany), rozbudowany system korupcji na wyższych uczelniach powoduje, że często niemożliwe jest dostanie się na studia, zdanie wszystkich egzaminów we wszystkich sesjach i obrona pracy dyplomowej bez zapłacenia odpowiednich sum. Są to sprawy na tyle naturalne i zrozumiałe same przez się, że bywają omawiane głośno i bez skrępowania. Raczej mniejszość niż większość osób widzi potrzebę w ukrywaniu oczywistego faktu, że przyjęto ją na uniwersytet po tak zwanemu „błatu”.

Nie jest tak, że rosyjskie władze nie dostrzegają problemu faktycznej odpłatności za usługi publiczne albo go minimalizują. Przyznają, że istnieje i podejmują nawet kroki służące jego rozwiązaniu. Strategia, jaką w tym celu przyjęły, jest doprawdy ciekawa. Polega ona na tym, by świadczenia publiczne stały się odpłatne nie tylko w praktyce, ale i w teorii. Nazywa się to „legalizacją” opłat, ma dać możliwość ich kontrolowania i wyprowadzenie z ”szarej strefy”. Wszystko to, oczywiście, dokona się kosztem uboższej części społeczeństwa. Bogatsza nie korzysta z sektora publicznego, lecz z oferty instytucji prywatnych. Najbogatszej dotyczy to jeszcze mniej, jako że studiuje ona i leczy się z reguły za granicą.

Coraz wyraźniej widać, że Rosja współcześnie to w istocie dwie Rosje. Egzystują one często bardzo blisko siebie – wręcz o krok. Można je obie zobaczyć, stojąc przed moim akademikiem w Sankt­‑Petersburgu między rzędami budynków i odwracając głowę w różne strony. Z jednej stoją nowoczesne wieżowce z podziemnymi parkingami, centrum spa, klubami fitness, salonami piękności i restauracjami (serwującymi prawie wyłącznie sushi). Z drugiej – poobijane, pokrzywione, nieremontowane od lat szare budynki z wielkiej płyty, z balkonami oszklonymi dla ochrony przed zimnem. Z placem zabaw i sklepami spożywczymi, otoczone samochodami zasypanymi do połowy śniegiem. Nie muszę chyba dodawać, w którym rzędzie budynków stoi sam akademik (państwowego uniwersytetu w Sankt­‑Petersburgu). Choć jego okna wychodzą na południe, do pokojów na niższych piętrach słońce, przynajmniej w zimie, nie dociera. Zasłaniają je wieżowce po drugiej stronie chodnika.

Przypisy:

1. Kwestia definicji ustroju społeczno­‑gospodarczego ZSRR wywołuje wiele kontrowersji. Chętnie określany dziś w popularnym dyskursie jako komunizm, miał z nim w istocie bardzo niewiele wspólnego. Badacze proponują na określenie radzieckiego systemu różne pojęcia, takie jak „kapitalizm państwowy” czy „industropolitaryzm”. Francuski filozof Alain Badiou trafnie zauważył, że samo określenie „państwo komunistyczne” jest oksymoronem – wszak w komunizmie dokonać się miało zniesienie państwa – zob. А. Бадью, T айная катастрофа: конец государственной истины [@:] http://sociologos.narod.ru/textes/badiou.htm (data dostępu: 22 czerwca 2009).

2. Szerzej na temat „gospodarki komsomolskiej” zob. w: О. Крыштановская, Бизнес­‑элита и олигархи: итоги десятилетия [w:] „Мир России”, 2002, nr 4, s. 7­‑16.

3. Zob. Р. Капелюшников, Собственность без легитимности? [@:] http://polit.ru/analytics/2008/03/27/sobstv.html (data dostępu: 4 stycznia 2010).

4. А. Тарасов, Молодежь как объект классового эксперимента. Статья 1. Классовый подход к образованию: знания – только богатым [@:] http://www.scepsis.ru/library/id_110.html (data dostępu: 9 lutego 2010).

5. Zob. R.W. Franke, Is There a Kerala Model[@:] http://chss.montclair.edu/anthro/julypap.html (data dostępu: 5 lutego 2010), G. Palast, Miracle Cure, But The Medicine Was Bright Red[@:] http://www.gregpalast.com/miracle-cure-but-the-medicine-was-bright-red/ (data dostępu: 5 lutego 2010).

6. В. Клочков, Чем плоха сырьевая экономика? [w:] „Скепсис”, 2008, nr 5, s. 35.

7. В. Князев, Ивановские ткачи могут дать новый C овет [@:] http://www.scepsis.ru/library/id_1393.html (data dostępu: 9 lutego 2010).

8. I. Wiśniewska, A. Dubas, J. Rogoża, Rosja w kryzysie: rok pierwszy,Raport OSW, Warszawa 2010, s. 33­‑34.

9. В. Клочков, Чем плоха сырьевая экономика, s. 33­‑34.

10. D. Gubin, Pierwsze płoty za płoty [w:] „Forum”, 2009, nr 44­‑45, s. 80.

11. Zob. hasło Рублево – Архангельское na www.ru.wikipedia.org (data dostępu: 10 lutego 2010).

12. И. Копровская, В самом дорогом ресторане на Рублевке подают котлеты из лосятины „от Никиты Михалкова”, а в местном автосалоне каждый день(!) покупают по одному”Бентли” стоимостью до 300 тысяч евро [@:] http://www.facts.kiev.ua/archive/2008-02-15/22781/index.html (data dostępu: 8 lutego 2010).

Marta Żakowska – doktorantka w Instytucie Wschodnim Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Pisze pracę doktorską poświęconą współczesnej lewicy rosyjskiej. Milośniczka języka rosyjskiego i autostopowych wojaży po krajach postradzieckich.