O języku, działaniu i wiedzy

Anna Zawadzka, Marcin Starnawski
02.08.2011

Polityka pożarła idee, zasłaniając się ich sztandarami
[Olga Bergholc – poetka, radziecka prezenterka radiowa między innymi w latach oblężenia Leningradu]1

W więzieniu do rąk wziąłem tę książkę wspaniałą
jak z drzewa wiadomości najzieleńszą gałąź.
O dreszcz nabożny przyprawił mnie tytuł,
zaledwie przeczytałem: Karol Marks – »Kapitał«.
[…] Trud myślenia i pytań, z kolegami spory…
Ale najcięższe spory wiodłem z sobą samym,
aż zeskrobałem rdzę z mózgowej kory,
aż kamień po kamieniu rozgryzłem zębami
.
[Szołem Żyrman – stolarz, poeta, komunista]2

Nasz artykuł Ostrość widzenia czy ślepota, czyli dla kogo ten barak?3 doczekał się dwóch publicznych polemik, dwóch tuzinów anonimowych komentarzy na forach internetowych, garści wypowiedzi na emailowych listach dyskusyjnych oraz opinii prywatnych. Poniżej odniesiemy się do niektórych kontrargumentów zawartych w artykułach – jednym podpisanym nazwiskiem, drugim pseudonimem znanej nam aktywistki. Za oba te głosy – jako próbę podjęcia otwartej dyskusji – jesteśmy wdzięczni.

Darujemy sobie natomiast komentowanie anonimowych wypowiedzi, robiących z nas „burżujskie pachołki”, które „służą tak naprawdę prawicy” czy „intelektualistów siedzących na kanapach […] popijając kawkę”. Do opinii, że krytykując hasło demonstracji, tworzymy „nowy system zniewolenia”, również się nie odniesiemy.

Na marginesie toczonego tu sporu zastanowiła nas dwuznaczność anonimowości. Jej celem na lewicy było zazwyczaj unikanie represji – za głoszenie nieprawomyślnych opinii, za udostępnianie zatajonych przez władze informacji, za organizowanie opozycji. Anonimowość była zatem bronią przeciwko policyjnej inwigilacji. Czasem miała także na celu ostentacyjny bojkot celebryckich nawyków, gdzie „kto” jest ważniejsze niż „co” lub – gorzej – „co” jest uprawomocnione lub zdeprecjonowane przez „kto”. Dziś anonimowość na polskiej lewicy służy przede wszystkim rzucaniu oszczerstw, personalnym atakom, słownemu wyżywaniu się na adwersarzach w obrębie własnego środowiska. Anonimowość taka nie chroni żadnej idei ani sprawy, a jedynie autora – przed odpowiedzialnością za własne słowa, konfrontacją, zmierzeniem się z krytyką własnych poglądów i działań.

Darujemy sobie także komentowanie groźby wrzucania do naszych biur koktajli Mołotowa. Groźba taka pojawiła się na forum internetowym Centrum Informacji Anarchistycznej. Wzywanie do przemocy w odpowiedzi na publicystyczną opinię stanowi działanie z repertuaru faszystów, a my nie zwykliśmy debatować z faszystami, nawet gdy określają się mianem lewicowców. Co więcej, anonimowego forumowicza o znamiennej ksywie „Prawdziwy człowiek”, szykującego nam wybuchowy poczęstunek, musimy rozczarować – nie posiadamy biur.

Banalizowanie języka

Przejdźmy do meritum. Polemika Piotra Ciszewskiego4 osnuta jest wokół tezy, że próbujemy ocenzurować działaczy i działaczki ruchów społecznych podług wymogów poprawności politycznej. Jak pisze autor:

Być może mamy do czynienia z kolejnym politycznie poprawnym ustawianiem otoczenia, tym razem ruchów społecznych. […] Widać jednak jak na dłoni niebezpieczne schematy myślowe zwolenników politycznej poprawności5.

Niestety nie wyjaśnia, jak poprawność polityczną rozumie i co jest w niej złego. Hasło to stosuje jako zrozumiałą „samo przez się” obelgę. Pozostaniemy jednak wierni zasadzie, by podważać wszelkie „oczywiste oczywistości”, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się, co skrywa się pod tym terminem.

W obrębie dyskursu prawicy polityczna poprawność funkcjonuje jak mrugnięcie okiem w reklamie piwa bezalkoholowego. Zwykle wygląda to tak: „powiedziałbym »murzyn«, ale mi nie wolno”; „nie wolno teraz mówić »pederaści«, ale o »lobby gejowskim« chyba wolno?”. Podobnym komentarzom publicystów i polityków towarzyszą salwy śmiechu lub ironiczne miny. Sugestia jest jasna: poprawność polityczna to współczesna cenzura, ale zmarginalizowany dyskurs prawicowy – ostoja niezależności i opozycyjnej tradycji – znajduje sposoby, by ją obejść. Najczęściej sposobem tym jest ironia.

W obrębie dyskursu lewicy, na której działamy, poprawność polityczną postrzega się jako knebel, szlaban na spontaniczność, inteligencką „gładką gadkę”, akademickie wymądrzanie się. Oznacza ona ograniczenie językowych odruchów, a przecież każde ograniczenie z zasady narusza wolność. W tym podejściu pobrzmiewa z kolei echo ludomanii, która z „ludem” nie ma jednak nic wspólnego. Ma za to wiele wspólnego z fantazmatem „zwykłego człowieka”, któremu poświęciliśmy część poprzedniego tekstu. Fantazmat ów opiera się między innymi na przekonaniu o większej „naturalności” – rozumianej jako wolność od represyjnych nakazów – i spontaniczności ludzi z niższych klas społecznych, a także na pozytywnym wartościowaniu obu tych cech. W ujęciu niektórych działaczy lewicowych człowiek „z ludu” jest „bliżej prawdy”. Tymczasem poprawność polityczna, jak zdają się sugerować niektórzy lewicowcy, ową prawdę zakłamuje.

Poprawność polityczną krytykuje się też za przecenianie wagi znaczenia słów. Jak ktoś może sądzić, że zamiana wyrazów powstrzyma rasizm czy homofobię? Sama zamiana słów nie zrobi tego na pewno. Nie jesteśmy zwolennikami tej tezy i nie słyszeliśmy, by ktoś na poważnie tak twierdził. Nie podoba nam się także sposób, w jaki liberalizm wykorzystuje poprawność polityczną niczym listek figowy, który ma zasłonić nierówności generowane przez system kapitalistyczny. Już sama nazwa „poprawność polityczna” sugeruje, że jest to narzędzie zmiany powierzchownej, wyrażające raczej grzeczność niż głęboko zakorzenione przekonanie. Tym samym, postawa taka dowodzi raczej znajomości konwenansów niż przyjmowania antydyskryminacyjnych postaw.

A jednak mowa jest działaniem, aktywnym stwarzaniem rzeczywistości. Gdyby tak nie było, po co robilibyśmy transparenty, krzyczeli hasła, pisali teksty, ulotki, broszury? Słowa ranią lub goją rany. Wzmacniają lub osłabiają postawy. Budują lub rozmontowują przyzwolenie, by przejść do czynów. Aprobują lub podważają oczywistości. Czynią coś normalnym lub patologicznym. Potwierdzają schematy myślowe lub je przeobrażają. Dają lub odbierają godność. Język posiada sprawczość. Gdyby tak nie było, język nie byłby narzędziem walki. Smuci nas, gdy zmiana mowy nie jest widocznym znakiem zmiany myślenia i działania, a jedynie fasadą podyktowaną modą, wymogami redakcji lub partii. Mimo wszystko uważamy, że bez względu na głębokość motywacji, lepiej, gdy ktoś mówi „gej”, a nie „pedał” – czy to na demonstracji, czy w tramwaju. Lepiej ze względu na każdego obecnego tam niehetroseksualnego mężczyznę, bo być może choć raz poczuje się on mniej zagrożony, wyszydzony, zmuszony do ukrywania. Wszak nie o dobro mówiącego tu chodzi, lecz o dobro tego, o kim jest mowa.

I co, i kto

Znaczenie ma jednak także to, kto mówi. Problem ten podniosła autorka tekstu polemicznego wobec naszej krytyki6. Pisze ona, że „hasło o Baraku nie ma nic wspólnego z kolorem jego skóry, ale wiąże się z klasą, do której należy, z jego pozycją w światowej elicie”. Zarzuca nam nieuczciwość polegającą na wskazaniu faktu, że pod hasłem „baraki dla Obamy” demonstrowali ludzie biali. Argument nasz odpiera następująco:

Miałoby to pociągać za sobą implikację, że „biali ludzie” w jakiś sposób są mniej uprawnieni do protestu w tej sytuacji. […] Czy gdyby protestujący nie byli biali, hasło byłoby OK? Czy również ich określono by jako „rasistów”? To jasne, że ktoś, kto nie jest biały również może doświadczyć nienawiści o podłożu klasowym wobec Obamy, podobnie jak (biali) aktywiści organizujący protest. Gdyby nie­‑biali powiedzieli Obamie, żeby zamieszkał w baraku, zamiast w luksusowym hotelu, czy ich też można by oskarżyć o rasizm? Lub ignorowanie rasizmu?7.

Faktycznie przychylamy się do tezy, że to samo słowo, wyrażenie czy hasło, może nieść odmienne znaczenia w zależności od tego kto, o kim, gdzie, przy jakiej okazji i do kogo je wypowiada. Weźmy słowo „pedał”. W ustach zdeklarowanego homofoba zabrzmi jednoznacznie pejoratywnie. Użyte w odpowiednim kontekście, może być sygnałem do przemocy wobec kogoś, kogo określa się w ten sposób. W ustach kogoś innego konotacji takich mieć nie musi, ale także może wywołać w homoseksualnym odbiorcy odczucia ambiwalentne lub lęk, bo słowa obelżywe działają szybciej, niż ich przypadkowym odbiorcom uda się odkryć intencje wypowiadającego – intencje często ukryte i nieoczywiste. Nie zawsze jest ku temu odkryciu okazja. Jeszcze inaczej funkcjonować będzie „pedał” jako termin poddany swoistej rewindykacji przez samych gejów i odwrócony w etykietkę oznaczającą dumę na przekór niechęci otoczenia – tak jak „Żydówa” lub „Żydek” w ustach Żydów kontrujących antysemicką kulturę, czy „suka” w antypatriarchalnym dyskursie radykalnego feminizmu.

Rasizm jest w polskim społeczeństwie problemem realnym, tak na poziomie treści kulturowych (w literaturze, dowcipach, powiedzeniach), jak i na poziomie niefizycznej i fizycznej, instytucjonalnej i „spontanicznej” przemocy dotykającej osoby wyróżniające się na przykład ciemniejszym kolorem skóry, ubiorem zdradzającym przynależność religijną czy posługujące się publicznie językiem innym niż polski bądź mówiące po polsku z wyraźnym „obcym” akcentem. Nie chodzi o to – co zarzucono nam wbrew naszej klarownej deklaracji – by bronić prezydenta Obamę jako przywódcę prowadzącego zbrodniczą politykę mocarstwa, ale by unikać w krytycznym dyskursie politycznym (na przykład na demonstracjach) konstrukcji językowych uchylających drzwi dla opisanych tu skojarzeń. Zgadzamy się z Akai47, że wybór Afroamerykanina na wysokie stanowisko państwowe nie oznacza końca rasizmu. Nigdy tego nie twierdziliśmy.

Kto się boi poprawności politycznej

Oba dyskursy – prawicowy i lewicowy – robią z poprawności politycznej straszaka. Przed czym ostrzegają? Przed cenzurą. Kogo straszą? Ludzi, do których kierują swój polityczny przekaz lub których próbują reprezentować. Po reakcjach na nasz tekst widać jednak, że poprawność polityczna zagraża przede wszystkim działaczkom i działaczom – bo do nich odnosiła się nasza krytyka – a nie ludziom, niechby już nawet „prostym” czy „zwyczajnym”.

Ktoś mógłby jednak powiedzieć, że przecież aktywiści to zwykli ludzie. Powiedział to Piotr Ciszewski: „[Starnawski i Zawadzka] zakładają tym samym, że owi »prości ludzie« to grupa zupełnie oddzielona od zawodowych (?) aktywistów […]”8. Nie pisaliśmy o „zawodowych aktywistach”, bo znając realia lewicowego aktywizmu w Polsce, trudno byłoby na ten termin przystać. Z kolei figura „prostego człowieka” w naszym tekście odnosiła się nie do realnej kategorii, ale do ukrytych założeń części aktywistów/aktywistek na temat odbiorców ich przekazu.

A jednak warto zmierzyć się z faktem, że środowisko działaczy i działaczek jest oddzielone kapitałem kulturowym (znajomość lektur politycznych i teoretycznych, opanowanie języków obcych, umiejętność publicznego wypowiadania się, zdolność systematycznej i złożonej analizy rzeczywistości, często też formalne wykształcenie, w końcu wielkomiejskie style życia i przyjmowane wartości), a czasem także ekonomicznym, od ludzi, do których próbuje się przebić ze swoim przekazem. A także od tych, których interesów chciałoby bronić. Gdyby tak nie było, na demonstracje w polskich miastach regularnie przychodziłoby 50 tysięcy ludzi, 5 tysięcy lub choćby 500, a nie 50 osób.

Ukrywanie tej różnicy za pomocą naśladownictwa ulicznego języka z jednej strony i odcinania się od refleksji teoretycznej z drugiej – poprzez piętnowanie niektórych uczestników ruchu jako „intelektualistów” – nie jest uczciwe. Zakrawa raczej na populizm i tożsamościową zabawę w „prostych ludzi” właśnie. Bywa też żenujące, niczym plucie, przeklinanie i picie wódki kierownika budowy z pracownikami, bo rzekomo „tak robią robociarze”, a on chciałby uchodzić za „swojego chłopa”. Bywa w końcu groźne, gdy naśladowany język naszpikowany jest krzywdzącymi kalkami. Nie przypadkiem lewica wypracowała i obroniła wiele pojęć, którymi da się uchwycić złożoność zjawisk, jakim się przeciwstawia. I może to robić choćby tak, jak Julian Tuwim piszący w roku 1929 do „prostego człowieka” o wojnie i szowinizmie narodowym. Nie musi epatować udawanym „prostactwem”.

W polemikach Piotra Ciszewskiego i Akai47 nasz tekst jawi się jako akt intelektualnego kolonializmu: oto analityczne umysły oderwanych od świata akademików oglądają pod lupą ludzi z ziemskiego padołu, a na dodatek mają czelność oceniać, co widzą. My tymczasem ocenialiśmy nie osoby, lecz działania. I nie działania abstrakcyjnych „zwykłych ludzi”, lecz lewicy, z którą się identyfikujemy. Czy rzeczywiście chcielibyśmy, by nie podlegały one ocenie? Czy chcielibyśmy, by kierowały nami wyłącznie emocje zamiast myślenia? Czy emocje stanowią nowy miernik słuszności gniewu? Chcemy tego, czy nie – emocje są faktem społecznym. Podlegają społecznemu kształtowaniu, mogą więc też podlegać dekonstrukcji. Naszym zdaniem, powinny przede wszystkim podlegać autorefleksji. Tymczasem niektórzy polscy aktywiści na każdą krytykę z lewa reagują furią większą niż na tę z prawa. Uważają, że posiedli słuszność z dożywotnią gwarancją, a słuszność ta opromienia i uświęca ich sposoby ekspresji i ich język, dzięki czemu nie muszą ich kontrolować. Nie ma tu miejsca na autorefleksję, jest raczej jej zakaz, gdyż autorefleksja może prowadzić do niebezpiecznego dla depozytariuszy słuszności pytania o to, czy cel uświęca środki. By ono nie padło, mamy sobie pochlebiać lub milczeć.

Dygresja o podwójnych standardach

Wygląda jednak na to, że niektórzy, choć oburzają się na kierowaną pod ich adresem krytykę, wobec innych chętnie ją stosują. W corocznych komentarzach do Manif organizowanych 8 marca, Piotr Ciszewski zarzuca feministkom, że podnoszą własne problemy, postulaty i style życia do rangi spraw wszystkich kobiet i narzucają im drogi emancypacji właściwe klasom wyższym. W dyskusji, którą tutaj toczymy, twierdzi zaś, że w naszym tekście posłużyliśmy się „tonem ekspertów”, a przecież „czas skończyć z mentorskim tonem pouczania”, będącego wyrazem „elitarystycznego podejścia”. Zarzut o mentorstwo pojawia się w jego tekście kilkakrotnie. Choć zapewne nie dogadamy się w sprawie „baraków dla Obamy” i „politycznej poprawności”, być może jedna będzie naszego tekstu zasługa: Piotr Ciszewski wreszcie zrozumie, jakim tonem przemawiał dotychczas do kobiet, zwłaszcza do tych, które są działaczkami feministycznymi.

Po raz kolejny niektórym działaczkom feministycznym trzeba było przypominać że dzień 8 marca został ustanowiony głównie po to, aby walczyć o prawa ekonomiczne kobiet. Liberalne feministki udowadniały na manifie że najważniejsza jest obecnie walka o prawa mniejszości seksualnych i wolność sztuki. W sytuacji gdy większość kobiet styka się głównie z dyskryminacją ekonomiczną tego typu hasła, okraszone postmodernistyczną szopką są po prostu śmieszne9

– pisał Ciszewski w 2005 roku o warszawskiej Manifie poświęconej walce z dyskryminacją kobiet w miejscu pracy, na transparentach której widniały hasła: „Szefie molestuj się sam” i „Rząd do pracy, za pensje pielęgniarek”.

Cieszy fakt, że na demonstracji pojawiły się hasła antywojenne i że coraz większa część ruchu feministycznego rozumie że walkę o prawa kobiet należy łączyć z walką o prawa ekonomiczne10

– pisał z kolei w 2003 roku autor, który dziś ruga nas za mentorski ton. A w 2010:

Z okazji Dnia Kobiet składam wszystkim czytelniczkom najlepsze życzenia. Przede wszystkim życzę aby dzień kobiet był dla nich codziennie. Życzę im również aby walczyły o swoje prawa pracownicze i obywatelskie, bo tylko walcząc można wygrać, a nie nabierały się na politykierskie pomysły mówiące że problemy zostaną rozwiązane przez zagwarantowanie większego udziału kobiet w systemie ucisku ekonomicznego i oligarchii politycznej11.

Składanie życzeń na Dzień Kobiet jest gestem uznania święta, które mogło zaistnieć jedynie w świecie męskiej dominacji. Jego charakter dobrze oddaje hasło: „Cały rok wyzysku, jeden dzień święta”. Życzenia Ciszewskiego trafnie skomentowała Katarzyna Szumlewicz: „Życzę też, by nigdy, nawet w słusznej sprawie, nie traktowano nas paternalistycznie, wiedząc lepiej, czego potrzebujemy oraz kto i w jaki sposób najlepiej będzie nas reprezentować”12.

Oprócz paternalizmu, w komentarzach redaktora lewicy.pl uderza budowanie podziału na feministki prawdziwe i feministki złe, a następnie antagonizowanie tych fikcyjnych zbiorów. Autor buduje obraz zwaśnionych stron, a potem jednej przypisuje słuszność, zaś drugiej „burżujstwo”.

Szczególne życzenia składam prawdziwym [podkreślenie AZ, MS] feministkom, działającym podobnie do kobiet które demonstrowały w roku 1908 – kobietom walczącym o swoje prawa w miejscach pracy, wspierającym protesty pracownicze, walczącym o prawo do godnego mieszkania lokatorkom, czy działaczkom ruchów antysystemowej lewicy”13.

Tak w 2006 roku Piotr Ciszewski oddzielał ziarna od plew. Trzy lata później antagonizował:

Życzę aby [kobiety] nie dały się oszukiwać różnym politykierom i politykierkom, obiecującym zajęcie się ich sprawami, a same aktywnie zaczęły walczyć o swoje prawa, zarówno w miejscu pracy jak i zamieszkania. Szczególnie serdeczne życzenia składam działaczkom ruchu lokatorskiego i związkowego, pokazały bowiem, że o prawa kobiet można walczyć inaczej niż licząc na zagraniczne granty, działając w ramach neoliberalnego systemu”

Tyle dygresji o „mentorskim tonie”, który zarzucił nam Piotr Ciszewski.

„Prawdziwi” i „nieprawdziwi”

Tym, co łączy stosunek Ciszewskiego do feminizmu, jego tekst „Problemy ze wzrokiem…” oraz artykuł autorstwa Akai47, jest właśnie antagonizowanie. Między „zwykłymi kobietami” a feministkami, między lewicowymi działaczami a „lewicowymi intelektualistami”, wreszcie między „lewicowymi intelektualistami” a „zwykłymi ludźmi”. Podliczmy: po dobrej stronie mocy są „zwykłe kobiety”, „zwykli ludzie” (sic!) i „autentyczni” działacze, po złej stronie lądują feministki oraz intelektualistki/ści. Zostawmy na chwilę kwestię, czy którykolwiek z tych zbiorów jest jednolity i czy naprawdę istnieje. Skupmy się na szczuciu jednych przeciwko drugim. To mniej więcej tak, jakbyśmy my napisali tekst adresowany do „zwykłych ludzi”, by następnym razem nie szli na Dni Gniewu Społecznego, bo to oszołomska impreza, zaś o organizatorach Dni Gniewu pisali per „oni”. A przecież pisaliśmy „my” i uczyniliśmy to celowo, bo podzielamy krytykę polityki Stanów Zjednoczonych i utożsamiamy się z ruchem społecznym, który organizował ten protest.

Czym jest antagonizowanie, jeśli nie zarządzaniem emocjami? Czym jest, jeśli nie uprawianiem polityki „dziel i rządź” poprzez wskazywanie ludziom: z tymi idźcie, a z tamtymi już nie? I wreszcie: komu zagrażają feministki i lewicowi intelektualiści/intelektualistki? „Zwykłym” kobietom i mężczyznom czy działaczom, którzy uważają, że seksizm i homofobia to wymysły burżuazji, a jeśli nawet jest w nich element prawdy, to można ją poświęcić na ołtarzu rewolucji? Oraz że sprawy skomplikowane należy upraszczać do chwytliwych haseł, nawet za cenę prawdy? W swoich komentarzach Ciszewski daje wyraz przeświadczeniu, że wie lepiej, co to jest dyskryminacja. Wie to lepiej od kobiet i od feministek. Wie też na pewno lepiej, czym jest rasizm, tylko nie miał okazji wytłumaczyć tego Obamie.

Antyintelektualizm jako strategia zarządzania gniewem

W pułapkę hierarchizowania ważności problemów i walk emancypacyjnych wpadła również Akai47. Powołując się na książkę Thomasa Franka Co z tym Kansas?, wyraziła ubolewanie:

To dość niepokojące, że w ostatnich latach w Polsce zyskuje popularność intelektualna lewica, która wzoruje się na amerykańskich liberałach, opisanych przez Thomasa Franka […]. Książka opisuje, jak społeczne postulaty lewicy zostały całkowicie zagubione, na rzecz kwestii obyczajowych, które odciągają uwagę od spraw społecznych i ekonomicznych o większej wadze. Nikt nie twierdzi, że kwestie obyczajowe nie są istotne, ale nie mogą one dominować nad ekonomicznymi i społecznymi problemami, które powinny znajdować się w centrum wizji lewicy. […] Tego typu walka powinna być bardziej istotna dla ludzi nazywających się lewicowymi aktywistami14.

Mniejsza o uproszczone odczytanie znakomitej książki Franka, poświęconej przede wszystkim prawicowej reakcji przeciwko zdobyczom drugiej fali feminizmu i Nowej Lewicy oraz wyzyskowi ideologicznemu, którego na amerykańskiej klasie robotniczej dokonali konserwatyści. Mniejsza o to, że Akai47 reprodukuje prawicowy stereotyp „liberalnego intelektualisty”, traktując go jako adekwatny opis rzeczywistości, a nie negatywny fantazmat służący do ideologicznego zarządzania gniewem. Mniejsza o to, że choć autorka – odwrotnie niż prawica – opowiada się za walką klas zamiast wojen kulturowych, powtarza prawicowy zabieg oddzielania „ekonomii” od „kultury”.

Autorka zarzuca nam już w tytule, że patrzymy „z góry”, że chcemy „wykazywać wciąż błędy i przyjmować postawę wyższości moralnej”, że reprezentujemy zadufany w sobie „hermetyczny intelektualizm”, tymczasem sama wyrokuje, co jest dla lewicy najistotniejsze. Jej zdaniem, stratą czasu są nie tylko drugorzędne pozaklasowe walki polityczne, ale również refleksja intelektualna:

Gdyby tylko wszyscy ci, którzy rzekomo przejmują się problemami społecznymi, spędzali mniej czasu na rozwijanie egzotycznych teorii, a więcej na działanie w ruchach społecznych, walcząc o utworzenie bardziej horyzontalnych form samoorganizacji wspólnie z wykluczonymi… Nie patrzę na to z optymizmem, gdyż mentalność intelektualistów lewicy sprawia, że jest to bardzo trudne15.

Autorka zarezerwowała nam miejsce aroganckich mędrców w wieży z kości słoniowej „cytujących przy każdej okazji Bourdieu”. Tymczasem w tekstach na portalu, którego współredaktorką jest Akai47, cytowano wielu teoretyków społecznych, a erudycja, z jaką autorka napisała polemikę do naszego tekstu, pokazuje, że nieobca jest jej wszechstronna analiza społeczno­‑kulturowa, że jest osobą doświadczoną w dysputach teoretycznych i z całą pewnością oczytaną. Kuriozalne jest obsadzenie w roli straszaka Pierre’a Bourdieu – socjologa, którego krytykować warto, ale którego koncepcje teoretyczne i wnioski badawcze pobudzają do krytycznego myślenia kolejne pokolenie, również młodych lewicowych feministek, antykapitalistek i alterglobalistów. Jeśli lewicową intelektualistką jest każdy, kto pisze o ideach, to grono nasze jest znacznie szersze i obejmuje również Akai47.

Polemiści twierdzą, że założyliśmy „brak możliwości integracji pomiędzy »prostymi ludźmi«, a wyobrażoną »klasą aktywistów«”16. Nie pisaliśmy nic o „braku możliwości integracji”, gdyż nie uznajemy realności zbioru „prości ludzie”. Nie wiemy, jaki miałby tej nazwie odpowiadać desygnat. Podejrzewamy natomiast, że kategoria „prostego człowieka” potrzebna jest wykształconym i dysponującym większym kapitałem społecznym działaczom do „uwiarygodnienia się” w obliczu tych, których postrzegają oni jako „prawdziwy lud”.

Funkcja antagonizującej retoryki, w jakiej celują Ciszewski i Akai47, jest dokładnie taka, jak swego czasu użycie słowa „wykształciuchy” przez polityków Prawa i Sprawiedliwości: „Patrzcie, oto przemądrzalcy – zepsuci, wyalienowani i niewrażliwi, zapatrzeni w siebie i swoje egzotyczne teorie. My zaś, niestrudzeni działacze­‑praktycy, wiemy, jakie są prawdziwe problemy i właśnie przygotowujemy dla was rewolucję! Chodźcie z nami!”. A zatem problem „integracji” istnieje, jednak nie tam, gdzie próbuje go wskazać Akai47. Nasza krytyka została odebrana jako coś dużo większego niż zamierzaliśmy – jako zagrożenie prawomocności w zarządzaniu protestem, forsowaniu własnych strategii i wybijaniu się na jedynie słuszne frakcje ruchu lewicowego.

Przeciwstawianie „prostoty działania” i „egzotycznej teorii” jest fałszywe. Przede wszystkim dlatego, że działanie społeczno­‑polityczne zorientowane na zmianę zawsze jest działaniem ukierunkowanym. Jako takie wymaga refleksji, począwszy od krytycznej świadomości uciśnionych na temat sytuacji, w jakiej się znajdują, poprzez wizję świata, w którym warunki takie mogłyby zostać zniesione, po namysł nad sposobami postępowania na drodze ku realizacji tej wizji. Tak, jak nie da się urzeczywistnić zmiany stosunków społecznych, poświęcając działanie na rzecz teorii, tak nie nada się owej zmianie kierunku emancypacyjnego (a nie na przykład faszystowskiego, stalinowskiego czy bazującego na jakimś innym nowym systemie władzy, dominacji i wykluczenia), poświęcając refleksję na rzecz samego działania. W pierwszym wypadku – jak ujmował to Paulo Freire w Pedagogice uciśnionych – pozostanie nam wyłącznie „werbalizm”, w drugim zaś bezrefleksyjny „aktywizm”17.

Piotr Ciszewski uważa, że nie da się łączyć refleksji teoretycznej (akademickiej) z działaniem w postaci demonstracji: „Autorzy jednak uczestniczyli w niejednej demonstracji. Powinni wiedzieć, że charakter oraz atmosfera wiecu raczej wyklucza pogłębioną analizę i akademickie dyskusje”. Właśnie z doświadczenia wiemy, że nie wyklucza, ale wymaga to przede wszystkim autorefleksji. Założenia, że opresyjne aspekty świata społecznego tkwią w nas samych – w miejsce przekonania o własnej ideowej „czystości”. Dzięki takiej refleksji można wymyślać hasła, nie ryzykując stereotypizacji. Można wybierać jedne taktyki protestu, a pomijać inne. Można wreszcie wzajemnie się uwrażliwiać – tak przed demonstracją, jak i podczas niej. Tak dzieje się przecież od kiedy działają ruchy społeczne. Właśnie dlatego, że jako ludzie nie jesteśmy idealni. A jako uczestnicy i uczestniczki ruchu lewicowo­‑wolnościowego nie jesteśmy z definicji ani „prości”, ani „elitarni”, ale skomplikowani i różnorodni psychologicznie, społecznie czy obyczajowo, i w różnych sytuacjach możemy – przynajmniej potencjalnie – przyjmować różne role i funkcje.

Wiedza może służyć

Wróćmy do wyobrażenia naszych polemistów o „prostym człowieku”. Nie miejsce tu, by analizować i oceniać boom edukacyjny ostatnich lat pod kątem jakości kształcenia czy komercjalizacji edukacji. Niemniej jednak faktem jest, że kontakt z wiedzą akademicką ma więcej ludzi niż jeszcze 10 czy 15 lat temu. Przekrój wiekowy studentów i studentek jest szeroki: od świeżo upieczonych maturzystek i maturzystów, poprzez osoby kontynuujące naukę na kolejnym kierunku, pracownice i pracowników w wieku średnim, którzy podnoszą kwalifikacje formalne i kompetencje specjalistyczne, po uniwersytety „trzeciego wieku”. Wiele studiujących osób należy w swoich rodzinach do pierwszego pokolenia, które kończy wyższe uczelnie. Masowy napływ na studia ma różne przyczyny, na przykład chęć rozwoju intelektualnego, presja rynku pracy, aspiracje do awansu społecznego.

Nie warto zatem forsować tezy, że wiedza akademicka lub oparta o teorię wiedza zawodowa nie leży w interesie klasy pracowniczej, bo właśnie ta klasa – różnorodna, ale stanowiąca przytłaczającą większość społeczeństwa – kształci się dziś na uczelniach wyższych w ramach programów licencjackich, magisterskich, doktoranckich i podyplomowych, liczniej i dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Warto raczej podejmować wysiłek na rzecz uzupełniania tej wiedzy o aspekt krytyczny oraz pogłębiania dorobku akademickiego o pytania na temat możliwości i warunki zmiany.

Taka wiedza nie zagraża ruchowi społecznemu. Przeciwnie: taka wiedza zawsze zagrażała władcom i politykierom – również politycznej elicie ruchów i partii – którzy obawiali się, że zbyt swobodna myśl podkopie ich pozycję. Wiedza teoretyczna, skonfrontowana z doświadczeniami działania społeczno­‑politycznego i uzupełniona o debaty, może pomagać w zrozumieniu własnych ograniczeń. Może wydobywać z subiektywizmu. Może dawać narzędzia do poznawania świata, a tym samym nabywania większej nań wrażliwości. My sami – autorka i autor niniejszego tekstu – wejście w ruch lewicowy zawdzięczamy szansie kształcenia się na tradycyjnej ścieżce edukacyjnej, połączonej z dostępem do wiedzy wypracowanej w ramach ruchów społecznych. Wobec społecznej lewicy, wobec naszych koleżanek i kolegów, towarzyszek i towarzyszy – autorek i autorów artykułów, wywiadów, zinów, broszur i ulotek – mamy w związku z tym ogromny dług wdzięczności. Ale mamy też zobowiązanie, które dzielimy z naszymi polemistami: nie pozwolić przesłonić idei, postulatów, programów i różnorodnych społecznych stawek, o które walczymy, sztandarami doraźnej politycznej retoryki i doraźnego interesu.

Przypisy:

1. O. Bergholc, Zakazany dziennik [w:] Oblężone, Warszawa 2001, s. 91.

2. Sz. Żyrman, Kapitał, tłum. H. Gaworski [w:] Antologia poezji żydowskiej, wybór S. Łastik, red. A. Słucki, Warszawa 1983, s. 432­‑433.

3. M. Starnawski, A. Zawadzka, Ostrość widzenia czy ślepota, czyli dla kogo ten barak? [@:] http://recyklingidei.pl/starnawski_zawadzka_ostrosc_widzenia_czy_slepota_czyli… (data dostępu: 29 lipca 2011).

4. P. Ciszewski, Problemy ze wzrokiem czyli z igły widły [@:] http://lewica.pl/?id=24677 (data dostępu: 29 lipca 2011).

5. Tamże.

6. Akai47, Z góry widać mniej – czyli o granicach percepcji intelektualnej lewicy [@:] http://cia.media.pl/z_gory_widac_mniej_czyli_o_granicach_percepcji_intelektualnej_lewicy (data dostępu: 29 lipca 2011).

7. Tamże.

8. P. Ciszewski, Problemy ze wzrokiem…

9. Demonstracja feministyczna w Warszawie [@:] http://www.lewica.pl/index.php?id=2706 (data dostępu: 29 lipca 2011).

10. Manifestacja w Warszawie [@:] http://www.lewica.pl/index.php?id=1613 (data dostępu: 29 lipca 2011).

11. Stulecie Dnia Kobiet[@:] http://www.lewica.pl/index.php?id=21126 (data dostępu: 29 lipca 2011).

12. Dziś Międzynarodowy Dzień Kobiet [@:] http://www.lewica.pl/index.php?id=18873 (data dostępu: 29 lipca 2011).

13. Międzynarodowy Dzień Kobiet [@:] http://www.lewica.pl/index.php?id=4233 (data dostępu: 29 lipca 2011).

14. Akai47, Z góry widać mniej...

15. Tamże.

16. Tamże.

17. P. Freire, Pedagogy of the Oppressed, New York 2005, s. 87.

Anna Zawadzka – socjolożka, członkini Archiwum Etnograficznego przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, reżyserka filmu dokumentalnego Żydokomuna (2010), autorka blogu To łatwo – feminizm i światło! (http://lewica.pl/blog/zawadzka)
Marcin Starnawski – socjolog i pedagog, nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji „Recyklingu Idei”.