To, czego Rumsfeld nie wie, że wie o Abu Ghraib

Slavoj Žižek
07.06.2004

Czy pamięta ktoś jeszcze nieszczęsnego Muhammeda Saeeda al­‑Sahafa? Jako minister informacji Saddama bohatersko zaprzeczał on najbardziej ewidentnym faktom i trzymał się irakijskiej linii. Nawet kiedy amerykańskie czołgi były kilkaset metrów od jego biura, al­‑Sahaf wciąż utrzymywał, że telewizyjne ujęcia owych czołgów na ulicach Bagdadu to hollywoodzkie efekty specjalne. Raz jednak zaskoczył osobliwą prawdą. Gdy powiedziano mu, że amerykańskie wojsko kontroluje już części Bagdadu, odpowiedział: „Niczego nie kontrolują – oni nie kontrolują nawet samych siebie!” Kiedy przebiły się skandaliczne informacje o upiornych rzeczach, jakie dzieją się w bagdadzkim więzieniu Abu Ghraib, mieliśmy przebłysk właśnie tego wymiaru ich samych, którego Amerykanie nie kontrolują.

W reakcji na zdjęcia ukazujące irakijskich więźniów torturowanych i upokarzanych przez żołnierzy USA, prezydent George W. Bush, jak można było oczekiwać, podkreślał, że te uczynki żołnierzy były wyizolowanymi przestępstwami, nie odzwierciedlającymi tego, za czym Ameryka się opowiada i o co walczy – wartości demokracji, wolności i godności osobistej. I fakt, że przypadek ten obrócił się w publiczny skandal, który stawia administrację Stanów Zjednoczonych w pozycji obronnej, jest pozytywnym znakiem. W naprawdę „totalitarnym” reżimie, sprawa zostałaby zwyczajnie wyciszona. (Podobnie, jest pozytywnym znakiem fakt, że siły USA nie znalazły broni masowego rażenia: prawdziwie „totalitarna” władza zrobiła by to, co gliniarze zwykle robią – podrzuciłaby narkotyki, a następnie „odkryła” dowód przestępstwa.)

Kilka niepokojących aspektów mąci jednak ten prosty obraz. Przez ostatnie parę miesięcy Komitet Międzynarodowego Czerwonego Krzyża regularnie bombardował Pentagon doniesieniami o nadużyciach w irakijskich więzieniach wojskowych i doniesienia te były systematycznie ignorowane. Nie było więc tak, że władze Stanów Zjednoczonych nie otrzymywały sygnałów o tym, co się dzieje – po prostu uznały istnienie tych zbrodni dopiero, gdy (i dlatego, że) zostały postawione przed faktem ich ujawnienia w mediach. Natychmiastowa reakcja amerykańskich oficjeli wojskowych była zaskakująca, delikatnie mówiąc. Wyjaśniali, że żołnierzy nie nauczono prawidłowo zasad Konwencji Genewskiej odnośnie traktowania jeńców wojennych – tak, jakby trzeba było się uczyć, że nie należy upokarzać i torturować więźniów!

Jednak to, co najbardziej komplikuje obraz, to kontrast między „standardowym” sposobem torturowania więźniów za reżimu Saddama a tym, jak byli torturowani pod okupacją Stanów Zjednoczonych. Za Saddama, akcent był kładziony na bezpośrednie wywołanie bólu, podczas gdy amerykańscy żołnierze koncentrowali się na psychologicznym upokorzeniu. Co więcej, nagrywanie tego upokarzania za pomocą kamery, z jednoczesnym umieszczeniem w kadrze samych sprawców, głupkowato uśmiechających się zza powyginanych nagich ciał więźniów, było nieodzowną częścią tego procesu, co pozostaje w zupełnym kontraście do skrytości tortur Saddama. Same pozycje i kostiumy więźniów sugerują teatralną inscenizację, rodzaj żywego obrazu, co przynosi na myśl amerykańską sztukę przedstawień, „teatr okrucieństwa”, fotografie Mapplethorpe’a czy zatrważające sceny z filmów Davida Lyncha.

Ta teatralność prowadzi nas do sedna sprawy: każdemu, komu znana jest rzeczywistość amerykańskiego stylu życia, te zdjęcia przypominały obsceniczną spodnią stronę kultury popularnej Stanów Zjednoczonych – inicjacyjne rytuały torturowania i upokarzania, które trzeba przejść, by zostać zaakceptowanym w jakiejś zamkniętej społeczności. Podobne zdjęcia pojawiają się z regularnych odstępach czasu w amerykańskiej prasie po tym, jak wybuchnie jakiś skandal w koszarach wojskowych lub szkolnym kampusie, kiedy takie rytuały wychodzą na powierzchnię. O wiele za często jesteśmy świadkami obrazów żołnierzy i studentów zmuszanych do przyjmowania upokarzających póz, czynienia poniżających gestów i cierpienia z powodu sadystycznych kar.

Tortury w Abu Ghraib nie były więc jedynie kwestią amerykańskiej arogancji w stosunku do ludzi z Trzeciego Świata. Poprzez poddanie upokarzającym torturom, iraccy więźniowie zostali skutecznie wprowadzeni w amerykańską kulturę: posmakowali obscenicznego spodu tej kultury, który tworzy niezbędny suplement dla powszechnie uznawanych wartości: godności osobistej, demokracji i wolności. Nic dziwnego więc, że to rytualne upokorzenie irackich więźniów nie było wyizolowanym przypadkiem, lecz częścią szeroko rozpowszechnionej praktyki. 6 maja Donald Rumsfeld był zmuszony przyznać, że ujawnione publicznie zdjęcia są jedynie „wierzchołkiem góry lodowej” i że czekają nas o wiele mocniejsze rzeczy, z taśmami video z gwałtem i morderstwem włącznie.

Taka jest rzeczywistość stojąca za zbywającym stwierdzeniem Rumsfelda sprzed paru miesięcy, że zasady Konwencji Genewskiej są „przestarzałe” jeśli chodzi o dzisiejszą wojnę.

W debacie na temat więźniów Guantanamo, często słyszy się argumenty, że ich traktowanie jest do zaakceptowania pod względem etycznym i prawnym, ponieważ „są to ci, których nie trafiły bomby”. Jako że byli celem amerykańskich bombardowań i przypadkowo przeżyli i ponieważ bombardowania te były częścią uprawnionej operacji wojskowej, nie można potępiać ich losu, gdy po bitwie wzięto ich do niewoli – jakakolwiek nie byłaby ich sytuacja, jest lepsza, mniej dotkliwa, niż bycie martwym. To rozumowanie mówi więcej niż zamierza powiedzieć. Stawia ono więźniów dosłownie w pozycji „żywych trupów”, tych, którzy w pewnym sensie są już martwi (utraciwszy prawo do życia dzięki byciu słusznym celem zabójczych bombardowań). Tym samym więźniowie ci stają się tymi, których filozof Giorgio Agamben określa mianem homo sacer, tymi, których można bezkarnie zabić, gdyż, w świetle prawa, ich życie się już nie liczy. Jeżeli więźniowie Guantanamo umiejscowieni są w przestrzeni „pomiędzy dwoma śmierciami” – martwi dla prawa (pozbawieni ustalonego statusu prawnego), a jednocześnie wciąż biologicznie żywi – to status prawny traktujących ich w ten sposób władz Stanów Zjednoczonych jest również statusem „pomiędzy”, który stanowi odpowiednik homo sacer. Działają one jako legalna władza, lecz ich działania nie są już regulowane i ograniczone prawem – operują w pustej przestrzeni, będącej mimo wszystko w sferze prawa. W ten sposób, ostatnie rewelacje na temat Abu Ghraib pokazują konsekwencje umieszczania więźniów w tym miejscu „pomiędzy dwoma śmierciami”.

W marcu 2003 roku Rumsfeld wdał się w amatorskie filozofowanie na temat związku między tym, co znane, i tym, co nieznane: „Istnieją znane wiadome. to znaczy rzeczy, o których wiemy, że je wiemy. Istnieją znane niewiadome. to znaczy rzeczy, o których wiemy, że ich nie wiemy. Lecz są również nieznane niewiadome. Istnieją rzeczy, o których nie wiemy, że ich nie wiemy”. Tym, czego zapomniał dodać, to kluczowe czwarte określenie: „nieznane wiadome”, rzeczy, o których nie wiemy, że je wiemy – co odpowiada dokładnie freudowskiemu nieświadomemu, „wiedzy, która nie zna samej siebie”, jak mawiał Lacan.

Jeżeli Rumsfeld myśli, że głównym niebezpieczeństwem w konfrontacji z Irakiem były „nieznane niewiadome”, czyli zagrożenia ze strony Saddama, których natury nie możemy nawet podejrzewać, to skandal z Abu Ghraib pokazuje, że główne zagrożenie leży w „nieznanych wiadomych” – wypartych wierzeniach, domysłach i obscenicznych praktykach, o których udajemy, że nie wiemy, nawet jeśli stanowią one tło naszych powszechnie uznawanych wartości.

Tym samym Bush się mylił. To, co otrzymujemy, gdy patrzymy na zdjęcia upokarzanych irackich więźniów, jest właśnie bezpośredni wgląd w „amerykańskie wartości”, w rdzeń obscenicznej przyjemności, która podtrzymuje amerykański styl życia.

Przełożył Jakub Maciejczyk